ciąża i macierzyństwona co dzieńzdrowie

Poród domowy bez asysty – moja historia

Posted

Jak było, jak wspominam, czy chciałabym raz jeszcze, czy bolało… Tyle pytań, a tak mało czasu na odpowiedź ;). Tym razem dłużej zeszło mi się z napisaniem tego postu, bo film na ten temat już opublikowałam. Bardzo chcę się z wami podzielić tym doświadczeniem, choć z pełną świadomością nie mówię o wszystkim. Są pewne rzeczy, które po prostu chcę zatrzymać dla siebie. Mam nadzieję, że was moja opowieść zainteresuje!

 

 

Poród to bardzo złożony proces i naprawdę rzadko zdarza się, by kobiecie odeszły wody i by urodziła po godzinie. Zazwyczaj organizm daje znaki wcześniej, że wszystko się zbliża, ale nigdy nie wiadomo, kiedy się zacznie. A znaki mogą być bardzo różne i każda kobieta doświadcza czegoś innego. Każda z nas jest też w innym stopniu świadoma własnego ciała, więc nie zawsze te znaki zauważamy. Ja, jak już wiecie, długo pracowałam nad tym, by móc powiedzieć, że potrafię słuchać swojego ciała. W tym momencie mogę powiedzieć, że tak już jest, ale dalej nie wiem czy w stu procentach. Wiedziałam natomiast, że mój poród zbliżał się wielkimi krokami.

Myślę, że największym znakiem, jaki odczułam było to, że w ciągu dwóch dni przed rozpoczęciem akcji porodowej bardzo chciało mi się jeść. Mój organizm wołał o o wiele więcej pożywienia, niż normalnie. Nie ograniczałam się, słuchałam jego potrzeb i po prostu jadłam więcej. I to trwało dwa dni. Natomiast w dniu, w którym zaczął się poród od samego rana, czyli długo przed pierwszym skurczem, nie chciało mi się jeść w ogóle. Nagle cały apetyt mi odszedł, ale nie czułam się chora ani nic takiego. Po prostu nie chciałam jeść, chciało mi się jedynie pić. Leciałam więc na wodzie kokosowej i wypiłam też trochę soku pomarańczowego.

Ciało kobiety bardzo często oczyszcza się przed porodem, bardzo często pojawia się biegunka, która pomaga organizmowi oczyścić się, zdobyć energię i zrobić więcej miejsca. W moim przypadku było więc podobnie i w trakcie tych dwóch głodnych dni zbierałam energię, a w dniu porodu ją po prostu trzymałam, zamiast marnować ją na trawienie. Po to właśnie, by zużyć ją cała później na urodzenie dziecka. Jak wiadomo poród wymaga sporo energii, siły i pracy nie tylko ze strony kobiety, ale też jej dziecka.

 

 

Pierwszy skurcz dostałam około godziny 17 w piątek. Wtedy nazywałam je falami, a nie skurczami, bo wiedziałam, że łatwiej będzie mi przez nie przejść widząc je w taki sposób. Zresztą, każdy jest naprawdę jak fala, bo przychodząc powoli wzrasta aż osiągnie swój szczyt i potem spada w dół. Moje pierwsze skurcze były dość łagodne. Czułam każdy z nich, ale nie były bolesne. Siedziałam sobie na fotelu czytając książkę, a April odpoczywała sobie na kanapie obok mnie. Natomiast gdy Nathan wrócił z pracy to zaczęłam się ruszać, robić coś i przestałam zwracać uwagę na te skurcze, które, miałam wrażenie, ustały wtedy. Nie jestem jednak tego pewna, bo, jak napisałam, nie zwracałam już uwagi.

Wszystko nasiliło się późniejszym wieczorem. Każdy kolejny skurcz był nieco silniejszy od poprzedniego i zaczęły się pojawiać bliżej siebie, choć dalej były oddalone o ok. 12-15 minut. Siedziałam sobie na piłce, spacerowałam, leżałam na boku… Tamtej nocy bardzo niewiele spałam. Zasypiałam między skurczami i na każdy się budziłam, bo były już wystarczająco silne, by nie dały mi spać. Leżenie na boku nie było jakoś super wygodne, więc w końcu wstałam i usiadłam sobie na piłce przy łóżku. Wtedy mi to pomogło, chociaż powiem wam, że później już nie mogłam na niej siedzieć. Jak przy pierwszym porodzie używałam piłkę naprawdę często, tak tym razem miałam wrażenie, że była niesamowicie niewygodna.

W nocy przyszła też do naszej sypialni April i skoro ja już nie spałam to po prostu zostawiliśmy ją u nas. Bardzo fajne to było, pogadałyśmy sobie chwilę, potowarzyszyła mi przy skurczach nie mając pojęcia co się dzieje, a potem zasnęła. Ja też próbowałam spać, ale, jak już napisałam, nie działało to jakoś super niestety.

Dlatego też rano byłam wykończona, naprawdę bardzo, bardzo zmęczona. Cały czas nie do końca dopuszczałam do siebie myśl, że to naprawdę poród. Jakoś tak nie chciałam chyba sobie podnosić nadziei, bo myślałam sobie, że co, jeśli to są dalej skurcze przepowiadające? Co, jeśli wszystko się skończy? Co, jeśli będę musiała dłużej czekać i będę zawiedziona?! Wolałam więc czekać i zobaczyć, jak wszystko pójdzie. Nathan zabrał dzieci do ich babci po to, bym mogła odpocząć w ciszy i spokoju.

Wszystko szło sobie spokojnie i dość łagodnie. Mimo tego, że skurcze się utrzymywały i były coraz mocniejsze, byłam bardzo zrelaksowana, nie miałam problemu z oddechem i nie bolały mnie. Wiem, że to dla niektórych wydawać się może dziwne, bo ogólne przekonanie jest takie, że poród jest niesamowicie bolesnym doświadczeniem. Nie musi jednak takim być i naprawdę da się nad tym zapanować. Ja mogę z pełną świadomością powiedzieć, że skurcze mnie nie bolały. Jedynym bólem, jaki czułam był ból w dole pleców, który towarzyszył mi właściwie od końcówki drugiego trymestru. Nathan bardzo mi w tym pomagał, masował mi plecy, robił ciepłe okłady… Bardzo mi to pomagało.

Nate powtarzał mi, że może to już czas, by nalać wodę do basenu… Że powinnam zadzwonić do naszej fotografki, bo skurcze już na pewno nie odejdą i na pewno urodzę tego dnia. Ja dalej powtarzałam, żeby jeszcze poczekać. Nie chciałam jej mówić, żeby przyjechała i później kazać jej wracać. Widzicie, dalej nie chciałam przyznać na 100%, że to już TO, choć gdzieś tam w głębi czułam, że wszystko idzie tak, jak powinno i już raczej nie ma odwrotu. Właśnie to jest to uczucie, że jak się naprawdę zacznie to nie ma odwrotu i myślę, że tutaj pojawia się pytanie czy ja na pewno jestem gotowa. Okazało się, że byłam gotowa w tym samym momencie, w którym gotowe było moje dziecko, więc idealnie się złożyło.

Około godziny 13 powiedziałam Nathanowi, żeby ogarnął basen. Zadzwonił też do Meghan, czyli naszej znajomej i fotografki jednocześnie, która przyjechała po około godzinie. Wtedy siedziałam już w basenie i muszę powiedzieć, że woda niesamowicie mi pomogła. Mogłam się zrelaksować jeszcze bardziej i w dodatku moje ciało odpoczęło, bo woda mnie wypychała do góry i nie musiałam za bardzo utrzymywać swojego ciężaru moimi mięśniami. Polecam!

 

 

Po jakimś czasie moje skurcze znacznie zwolniły i zaczęły się pojawiać co około 15-18 minut mimo tego, że wcześniej były co ok. 8 minut. Bardzo się sfrustrowałam, więc powiedziałam Nathanowi i Meghan, że koniec tego, zbieramy się i idziemy na spacer. I tak też zrobiliśmy! Ubrałam się i do tej pory nie wiem, jak dałam radę założyć buty z tak nisko wiszącym brzuchem, no ale udało się ;). Spacer faktycznie bardzo pomógł, bo wystarczyło, że zrobiłam kilka kroków i skurcze zaczęły się pojawiać co około minutę! Stały się bardzo, naprawdę bardzo mocne i czułam niesamowite parcie na moją szyjkę macicy. Doskonale wiedziałam, co się działo, doskonale czułam, jak mi się wszystko w środku rozciąga i otwiera. Wiedziałam, że każdy mój krok, każdy kolejny ruch bioder sprawiał, że bobas układał się w coraz lepszej pozycji i schodził coraz niżej.

Tak sobie połaziliśmy trochę i w końcu mąż powiedział, że powinniśmy wracać, bo skurcze naprawdę bardzo przybrały na sile i były bardzo blisko siebie. Ja myślałam, że dalej chciałam zostać jeszcze na zewnątrz, ale w końcu przyznałam mu rację, że ciężko byłoby mi później wrócić, jakbym poszła dalej. Postanowiliśmy więc wrócić i znów wskoczyłam do basenu.

 

 

No i tutaj niewiele już można powiedzieć poza tym, że oddychałam głęboko przy każdym skurczu po to, by spokojnie przez wszystko przejść i dalej być jak najbardziej zrelaksowaną. Wiedziałam, że każdy skurcz ma taką długość, że potrzebuję trzy głębokie oddechy. Pierwszy wdech i długi wydech na początek skurczu, drugi na punkt kulminacyjny, czyli ten najmocniejszy moment, a trzeci wdech i długi wydech na sam koniec. I przerwa. W czasie przerw między nimi odpoczywałam z zamkniętymi oczami. Bujałam się w wodzie na boki i… zasypiałam! Nathan zapytał w pewnym momencie czy medytuję, ale ja zwyczajnie zasypiałam na siedząco. To jest niesamowite jak nasz organizm działa. Byłam wykończona, a jednocześnie miałam wystarczająco energii i siły na poród. Myślę, że te króciutkie drzemki między skurczami też mi pomagały mimo tego, że były niesamowicie krótkie.

 

 

Prize jakiś czas szukałam odpowiedniej pozycji. Próbowałam piłki, próbowałam siedzieć na toalecie, na łóżku, leżeć na boku, układałam nogi w różny sposób, kucałam… Raz wylądowałam nawet na podłodze. Najwygodniej jednak było mi w basenie na kucki tak, że opierałam głowę na dłoniach lub na basenie właśnie. Większość czasu z laptopa leciała mi relaksacyjna muzyka (polecam!) i raz nawet ucięłam sobie około 15-minutową drzemkę na słuchawkach słuchając medytacji. To było super.

 

 

Doskonale wiedziałam, kiedy byłam w trakcie tzw. transition, czyli tego momentu, kiedy szyjka macicy otwiera się od około 8 do 10 cm. Ten czas jest dla większości kobiet najtrudniejszy i wiele kobiet właśnie w tym momencie zaczyna prosić o znieczulenie. Wyjaśniam to tak na szybko, byście wiedzieli, o co chodzi. No i dla mnie to też był najbardziej intensywny czas w trakcie całego porodu, jednak dalej – nie czułam bolesny. Czułam największe parcie możliwe, miałam wrażenie, że dotykając się w kroku przy każdym skurczu czułam główkę dziecka próbującą się przecisnąć, ale moje ciało nie było wtedy jeszcze do końca gotowe. Nigdy w życiu nie czułam aż takiego parcia! Próbowałam zmieniać pozycję kilka razy, ale okazało się, że najwygodniej było mi w tej, w której byłam większość czasu. Aż w końcu Nathan też wszedł do wody i oparłam moje barki o ścianę basenu. Nathan podłożył jego rękę pod moje plecy i tak się unosiłam na wodzie. To było niesamowite, bo nie czułam w ogóle ciężaru ciała i to bardzo mi pomogło.

 

 

To był czas, którego nigdy nie zapomnę. Towarzyszył mi ogrom odczuć, uczuć i emocji, których nie da się wyjaśnić słowami. Doskonale wiedziałam, że dziecko się za moment urodzi, że za moment będę mogła potrzymać moje maleństwo i przytulić je do siebie. Czułam wszystko, co się ze mną działo. Każdy kolejny skurcz, każdy kolejny centymetr, który pokonywało moje dziecko był dla mnie odczuwalny. Czułam zniecierpliwienie i jednocześnie cierpliwość. Miłość, ciepło i wsparcie płynące od mojego męża. Byłam w sytuacji, w której wszystko było tak, jak chciałam. Światła były przyciemnione, było ciepło, byłam w wodzie, miałam przy sobie męża i nie było miliona ludzi latających dookoła. Czułam się bardzo bezpiecznie i komfortowo pod każdym względem mimo ogromu rzeczy, która działa się w moim ciele.

I wiecie, jak mój organizm reagował na to wszystko? Krzykiem. To nie był krzyk z bólu czy też przerażenia. To był krzyk, którego nie mogłam powstrzymać, po prostu tak reagowało moje ciało i pozwoliłam mu na to nie zaciskając ust. I to bardzo mi pomogło w tym, że nie pękłam.

 

 

W pewnym momencie nagle odeszły mi wody, co Nathan również zauważył i widać to też na filmie (tego momentu nie publikowałam), więc fajna pamiątka! Wtedy już było widać główkę Owena pełną ciemnych włosów, która cofnęła się dwa razy, by w końcu urodzić się w całości. Główka wychodzi i się cofa, co jest całkowicie normalne i pomaga to organizmowi kobiety rozciągnąć się w odpowiednim czasie i zapobiec pęknięciu. To bardzo ważne! No i po tym, jak wyszła główka na kolejny skurcz czekałam niecałe dwie minuty i wyszło całe ciałko bez żadnego problemu.

Nie parłam. Nie zaciskałam szczęki, nie zamykałam oczu, świadomie nie napinałam żadnych mięśni w moim ciele. Pozwoliłam organizmowi i małemu pracować razem i urodził się dokładnie wtedy, gdy był na to gotowy bez zmuszania go do tego z mojej strony. To było naprawdę niesamowite! Całkowite poddanie się temu, co się dzieje, pozwolenie tak dziecku jak i własnemu ciału na współpracę, która jest tak idealna i tak potrzebna, że owocuje genialnym bezbolesnym porodem bez żadnych problemów, na końcu którego samemu można złapać swoje dziecko i położyć je sobie na klatce.

I to był najlepszy moment tego wszystkiego… Moment, w którym zanurzyłam ręce w basenie po to, by wyciągnąć własne dziecko, które urodziło się sekundy wcześniej. Złapałam go, wyciągnęłam z wody i szybko przytuliłam. Mały właściwie od razu zaczął płakać, otworzył oczy, a po paru minutach złapał mnie nawet za palec!

 

 

I moje serce urosło jeszcze bardziej. Mówi się, że miłość się dzieli na dzieci, a ja wolę powiedzieć, że ona po prostu rośnie. Moje serce ma dużą pojemność i potrzebę kochania. W tym momencie miłości jest tyle, że jestem w stanie obdarzyć nią całą moją rodzinę ze mną włącznie. To uczucie, które pojawia się w momencie, gdy można przytulić swoje dziecko po raz pierwszy w życiu jest niesamowite, nie do opisania i niezapomniane. Życzę wam wszystkim i każdemu z osobna, byście mogli czegoś takiego kiedyś doświadczyć! Ja uśmiecham się sama do siebie pisząc to wszystko.

 

Więcej zdjęć zobaczyć możecie klikając tutaj.

 

 

W niedługim czasie dodam wam post o sposobach, które według mnie pomagają w przygotowaniu siebie samej do porodu nie tylko jeśli chodzi o ciało, ale też umysł. Dodam wam też post z odpowiedziami na pytania, które już dostałam. I proszę nie pytajcie czy się bałam – nie, nie bałam się :).

 

 

A jeśli macie ochotę to zapraszam do mojego vloga z porodu.

 

 

 

To tyle na dziś… Dalej uśmiechając się sama do siebie żegnam się z wami i do zobaczenia następnym razem!

Aga

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram