Tego już nie kupuję i żyje mi się o wiele lepiej

Konsumpcjonizm opanował świat! Serio, kupujemy na potęgę i to bardzo często rzeczy, które nawet nie są nam potrzebne. Kilkanaście par szpilek „bo są ładne i kiedyś je założę”, kolejny samochodzik dla syna, jeszcze jeden stanik no i oczywiście kolejny krem do rąk na wypróbowanie. O prezentach „bo wypada” lub nawet braniu kredytów przed świętami nie wspominam. A właśnie, a’propos świąt, u mnie w połowie lipca w jednym ze sklepów sprzątali letnie dekoracje i ustawiali te bożonarodzeniowe. W połowie lipca. W tym momencie od jakiegoś czasu w sklepach tego typu na pewnej części półek znajdziecie ozdoby jesienne i halloweenowe, a na reszcie – i to w większej części w dodatku – te na Boże Narodzenie. No i ludzie kupują. Bo ładne, bo tanie, bo mają za mało.

I ja kiedyś żyłam podobnie – kupowałam bez konkretnego powodu. Nigdy nie było tak, bym wywalała pieniądze aż tak, żebym teraz myślała, że byłam głupia, no ale zmarnowałam sporo kasy, energii, czasu, miejsca, a przy okazji nieźle zanieczyściłam środowisko. Dlatego dziś chciałam się z wami podzielić kilkunastoma rzeczami, których już nie kupuję i które polecam ograniczyć. Mam nadzieję, że znajdziecie tu jakąś inspirację, a jeśli sami chcielibyście dorzucić coś od siebie to piszcie w komentarzach!

 

 

1. Duperele, ozdoby

Wiecie, te wszystkie fajne tabliczki z super cytatami, które to się kupuje, by postawić w miejscu, gdzie wszyscy będą to widzieć, bo taki super przekaz… A potem leżą w szafie, bo zwyczajnie nie ma na nie miejsca. Albo jakieś figurki przedstawiający zabytek znajdujący się w miejscu, które odwiedziłam.

Problem polega na tym, że te sklepiki z pamiątkami są zawsze takie zachęcające! Wszystko się świeci, ładnie wygląda, jest kolorowo i zazwyczaj tanio. Przed wejściem do danego sklepu najczęściej widać tablicę ogłaszającą jakąś promocję, a o sklepach z ozdobami do domu to już w ogóle nie wspomnę, bo oni są w tym wszystkim mistrzami. I tak się kupuje jedną rzecz tu, jedną tam i mimo tego, że każda mała to jednak końcowo okazuje się, że zebrało się cały zapas, którego się zwyczajnie nie potrzebuje.

Nie twierdzę, że nie mam żadnych ozdób, nie. Ale teraz robię to wszystko z głową. A z wyjazdów nagrywam filmiki i robię dużo zdjęć. To oraz kilka pocztówek (dla siebie zatrzymuję dwie lub trzy i zawsze kilka wysyłam innym) w zupełności mi wystarcza.

 

2. Zabawki

Nie kupuję tony zabawek dla moich dzieci. Często spotykam się z tym, jak rodzice mówią, że chcą dać dzieciom to, czego sami nie mieli i przejawia się to właśnie kupowaniem różności, które te dzieci chcą. I potem takie dziecko pobawi się jedną rzeczą tydzień i rzuci w kąt, bo mu się znudzi. Rodzic kończy z bałaganem, większą ilością plastiku w domu (a później na wysypiskach) i przy okazji cieńszym portfelem. Ja przestałam kupować rzeczy, które są zabawkami interaktywnymi. Takie, które grają muzyczki, świecą, ruszają się. Spowodowane jest to tym, że malutkie dzieci są zwyczajnie nadmiernie stymulowane tego typu rzeczami (i to nie jest mój wymysł, a fakt związany z rozwijającym się układem nerwowym), a później im starsze tym bardziej polegają na tym, że coś je zajmie zamiast używać swojej wyobraźni i kreatywności. To są główne powody, czemu April ma niewiele zabawek. Poza tym, zdecydowana większość, poza paroma pluszakami, to zabawki drewniane, którymi bawić się może na milion różnych sposobów, a drewniane klocki nie znudziły jej się do tej pory.

 

3. Kosmetyki

Słuchajcie, ile ja kiedyś miałam błyszczyków! O lakierach do paznokci nie wspominając. Walały się wszędzie, gdzie tylko się dało, a kończyło się na tym, że używałam po jednym, maksymalnie dwóch odcieniach zostawiając resztę „na później” lub „na specjalne okazje”. Tu coś kupiłam, bo promocja, a tam z kolei, bo po prostu spodobał mi się kolor. Bez sensu. Kosmetyków kolorowych do twarzy jakoś nigdy wiele nie miałam, ale teraz nie mam nawet pudru i mi z tym dobrze.

Gdy zaczęłam zagłębiać się w temat zdrowego stylu życia i czytać etykiety, a potem szukać informacji na temat każdego ze składników po kolei to zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo niszczyłam sobie zdrowie. Jeden kosmetyk sprawił, że pojawiały mi się wypryski, więc zamiast go wywalić kupowałam inny, który miał mi te wypryski zniszczyć, ale z kolei wysuszał skórę, więc musiałam kupić kolejny, który mi tę skórę nawilży… Na swoją obronę mam to, że po pierwsze zwyczajnie nie wiedziałam co robiłam, a po drugie nie jestem w tym sama ;). Na szczęście w końcu się opanowałam i zdałam sobie sprawę z tego, że im zdrowsze ciało wewnątrz, tym zdrowsza skóra na zewnątrz i mniejsze zapotrzebowanie na cokolwiek tak naprawdę. Zaoszczędzam więc czas na szukaniu, energię, pieniądze, dbam również nie tylko o swoje zdrowie, ale też o środowisko, bo nie wywalam teraz miliona plastikowych opakowań do śmieci tak, jak kiedyś.

 

4. Biżuteria

Kojarzycie pewnie te stoiska z tanią biżuterią porozstawiane po Rossmannie albo tuż obok kasy w innych sklepach? Wiecie, zestaw 10 kolczyków za 10,99 zł albo komplet pięciu bransoletek za 7,99 zł. Ja nie ukrywam, że się na to nabierałam i potem miałam pokaźny zestaw takiej właśnie biżuterii, którą i tak rzadko nosiłam. Takie produkty nie dość, że często uczulają to w dodatku tracą kolor i szybko się rozwalają, co z kolei oznacza, że „trzeba kupić nowe”. Teraz wychodzę z założenia, że lepiej zainwestować w coś dobrego i wydać trochę więcej raz a porządnie, zamiast kupować co chwilę coś, co jest słabej jakości. Osobiście jestem też taką osobą, która jakoś nieszczególnie lubi nosić biżuterię, więc generalnie mam kolczyki, które mam zawsze w uszach, pierścionek po mamie, który później nosiła moja siostra oraz oczywiście obrączkę i pierścionek zaręczynowy. W pudełeczku mam dosłownie kilka par innych kolczyków i trzy naszyjniki, które noszę od święta i chcę sobie kupić pewien naszyjnik, na który poluję już od jakiegoś czasu. Mnie to wystarcza.

 

5. Notesy, kalendarze

W dzisiejszych czasach produkowane są tak piękne notesy, zeszyty i kalendarze, że czasami jak idę do TJMaxx to stoję i tylko je oglądam jak głupek :D. Naprawdę, nie chodzi tu tylko o wzory, ale też materiały, z których są wykonane. Powiem wam, że ja zawsze lubiłam takie produkty i wpadałam w pułapkę, z której ciężko było wyjść, bo tu kupiłam jeden notes, tam drugi, potem z kolei kalendarz, a potem jeszcze jeden, ale mniejszy… No bez sensu zupełnie.

Mam w swoim gabinecie jedną półkę, na której mam notesy i zeszyty. Postanowiłam, że jeśli na tej półce jest ciasno to znaczy, że mam ich zwyczajnie za dużo. I świetnie mi się to sprawdza! Od jakiegoś czasu też praktykuję bullet journal, co sprawiło, że nie mam już problemu z tym, że w gotowych kalendarzach miałam za mało miejsca na cokolwiek i z tego powodu dokupowałam jakieś notesy. Polecam!

 

6. Buty

Założę się, że większość z was drogie panie (choć panowie może też?) choć raz w życiu kupiła jakąś parę butów tylko dlatego, że wam się spodobała. Coś na zasadzie „piękne szpilki, kiedyś założę!” Nie mówcie, że nie! Ja tak miałam i jakoś na początku tego roku jak pewnego ranka weszłam do garderoby i spojrzałam na szafkę z butami to sobie pomyślałam, że kurde, Agnieszka, ogarnij się. Miałam kilka par szpilek, które faktycznie były bardzo ładne i większość z nich w bardzo dobrym stanie. A wiecie, dlaczego były w dobrym stanie? Bo miałam je na stopach raz, może dwa i leżały po prostu nieruszane.

Teraz stawiam głównie na wygodę oraz praktyczność. Wiecie, mam trójkę dzieci, z czego dwójka jest bardzo aktywna i lubi spędzać czas na dworze. Gdy na przykład zabieram April na plac zabaw to naprawdę wolę założyć buty, które są po prostu wygodne i oddychają (moje ukochane adidasy) niezależnie od tego czy pasują do moich ciuchów kolorystycznie, czy nie ;). Mam szpilki, oczywiście, ale to są buty, które od czasu do czasu faktycznie założę i pasują do bardzo wielu rzeczy.

 

7. Torebki

To samo co butów, tyczy się też torebek, więc tu rozwodzić się już nie będę.

 

8. Przetworzone jedzenie

U mnie to kwestia tego, że ja po prostu nie jem takich rzeczy, ale ogólnie rzecz biorąc nie polecam. Ani to zdrowe dla was, ani dla środowiska. Chodzi mi tu o gotowce w plastikowych pojemniczkach, które wkłada się na minutę do mikrofali i ma się gotowy obiad. Tak, jest szybko, ale czy to dobrze? Zdecydowanie nie popieram.

 

9. Najtańsze produkty

Okej, mam statyw do aparatu, który był najtańszym na Amazonie, ale działa. Używam go cały czas, sprawuje się tak, jak powinien, nie mam z nim żadnego problemu. Nie wymagałam dużo, po prostu chciałam, by statyw trzymał mi aparat i dopiero teraz, po właściwie dwóch latach od zakupu tego, zaczęłam myśleć nad kupnem czegoś porządniejszego, co będzie miało więcej opcji. Wcześniej nie było mi to potrzebne, ale teraz na pewno się przyda.

Nie kupuję jednak najtańszych koszulek tylko dlatego, że są tanie. Bo później na przykład przy praniu szew się wykrzywi albo dziura się zrobi, albo w ogóle się skurczy. I trzeba będzie kupić nowe… I później znowu i znowu. To jest takie błędne koło, wiecie? Trochę tak też działają sklepy z tanimi ciuchami, gdzie się idzie po to, by sobie kupić coś konkretnego, a wychodzi się z całą siatką ubrań. Bo spodnie fajne i tanie, bo koszula się przyda, a spódnicę na pewno się założy pewnego dnia. I kończy się na pełnej szafie, a w głowie dalej wybrzmiewa myśl „nie mam się w co ubrać”.

Wolę kupić kilka uniwersalnych rzeczy, które są droższe, ale lepszej jakości, bo starczy mi na dłużej i nie wywalam pieniędzy ani czasu w błoto.

 

10. BO PRZECENA!

Słuchajcie, wiecie jak to działa? Załóżmy, że wchodzicie do sklepu i macie etykietkę z napisem „50% OFF!” i obok cena $7, a nad nią przekreślone $14. I ludzie myślą, że to faktycznie taka duża przecena, więc biorą dwie sztuki, a co! A prawda jest taka, że marketing działa tak, że oryginalną ceną za ten produkt jest właśnie to 7 dolców, a 14 wpisane jest tylko po to, by ludzi oszukać.

Nie dajcie się na to nabierać. To jest nagminna taktyka stosowana na całym świecie.

 

11. Środki czystości

Niedawno, po długim czasie ogarniania tego tematu, zdałam sobie sprawę z tego, że naprawdę nie trzeba mieć oddzielnego środka do mycia okien, innego do podłogi, innego do mebli, a jeszcze innego do blatów w kuchni. Zdecydowanie nie. To jest świetna taktyka, by ludzie kupowali więcej, wydawali więcej pieniędzy i zużywali więcej miejsca w domu i by firmy zarabiały więcej. I to wszystko. Prawda jest taka, że można sobie samodzielnie zrobić własne środki do czyszczenia, które sprawdzą się do wszystkiego i będzie ich nie tylko znacznie mniej, ale będą jednocześnie zdrowsze dla was i całej waszej rodziny oraz tańsze. Same plusy!

 

 

Serio żyje mi się jakoś tak lepiej, nie jestem zagracona i nie dostaję oczopląsu od świecących ozdóbek :D. A co wy byście dodali do listy?

 

 

Do następnego,

Aga

 

 

Zdjęcie w nagłówku postu: C Q

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram