Chłopiec czy dziewczynka?

W czasie pierwszej ciąży (i przed nią) miałam konkretne wyobrażenie na temat płci mojego dziecka, bo od wielu, naprawdę wielu lat wyobrażałam sobie, że pierwszego będę miała syna. Niektórzy z was na pewno pamiętają jak o tym opowiadałam i dzieliłam się z wami moimi emocjami oraz uczuciami po dowiedzeniu się, że to jednak dziewczynka. Ile ja łez wtedy wylałam, to nie macie pojęcia. I teraz wydaje się to takie błahe! Po urodzeniu April właściwie wszystko się zmieniło i już później nie miałam żadnych oczekiwań, żadnych nadziei ani nic z tych rzeczy. Po prostu stwierdziłam, że co ma być to będzie i płeć nie miała dla mnie żadnego znaczenia, bo to jest po prostu człowiek. Dalej nie ma to znaczenia. No, poza wyborem imion, bo według mnie o wiele więcej ładniejszych imion to imiona żeńskie, mnóstwo męskich w ogóle mi się nie podoba. Ciekawostka – w Stanach są też imiona uniwersalne, np. Bailey albo Tyler, które nadaje się i chłopcom, i dziewczynkom.

 

 

 

Potem na mój blog wjechały dwa posty o tym podziale na płeć, o takiej presji z zewnątrz. Chodziło tam o to, że jak się wchodzi do sklepu z ciuchami dziecięcymi to zazwyczaj dzieli się on na pół – jedna połówka obfituje w róż, brokat i serduszka, a druga w kolor niebieski i nadruki z samochodami oraz lwami (choć teraz króluje raczej szary, a nie niebieski). Bardzo mi to przeszkadza do tej pory, ale muszę tu zaznaczyć, że niektóre miejsca odchodzą od takich podziałów i coraz częściej ciuszki są mieszane, dodawane są „unisexy”, a ciuszki dla dziewczynek to już nie sam róż, ale też żółty, szary, czarny, itp. Fajne to jest i oby tak dalej!

I od razu wyjaśnię – dalej uważam, że wyobrażenia czy też nadzieje są okej. Jeśli wy marzycie o tym, by waszym pierwszym dzieckiem była córka to jest to jak najbardziej ok! Ewentualne zawiedzenie płcią też jest okej i nie sprawia, że jesteście złym rodzicem w żaden sposób. Chodzi po prostu o to, że moje podejście do tego się zmieniło i tyle.

 

 

Wiecie na pewno, że tym razem nie mówiłam nic na ten temat wcześniej właściwie nikomu. Wiedziałam ja, mój mąż i Alicia. Spowodowane było to kilkoma powodami i jednym z nich było to, że bardzo chciałam zrobić przyjęcie, na którym podzieliłabym się tą informacją z najbliższymi. Jakbym opublikowała cokolwiek na np. Instagramie to zaraz wszyscy by się dowiedzieli, bo wielu z nich mnie tam śledzi, tak samo jak wielu z nich czyta bloga czy ogląda filmiki. A ja chciałam ich po prostu zaskoczyć. Jednym z innych powodów było to, że zwyczajnie nie muszę mówić o wszystkim nawet w sytuacji, gdy jestem „osobą publiczną”, jak to mnie ludzie nazywają. Sama jakoś nie lubię tego określenia, powiem szczerze.

No i przyjęcie się jak najbardziej udało! Jak już mówiłam, będę wam jeszcze o nim pisać, a parę przepisów wrzucę do mojego ebooka, którego mam zamiar w końcu zacząć pisać. Czekajcie więc cierpliwie!

Bardzo nie chciałam robić takiego typowego gender reveal z różowo niebieskimi balonami / confetti / wstążkami / czymkolwiek. Jak już wiecie ja nie lubię takiego stereotypowego podziału absolutnie, a poza tym nie chciałam powielać tego, co robi większość. Myślałam więc o tym przez jakiś czas i w końcu wymyśliłam, że zrobię banner, na którym coś tam napiszę i narysuję. A potem nagle pogoda się zmieniła i zaczęło padać codziennie, więc ten pomysł nie wypalił do końca. Pozmieniałam co nieco i skończyło się na tym, że zrobiłam coś podobnego, ale zamiast typowego banneru zrobiłam dwa zwykłe obrazki i włożyłam do ramek w razie, jakby padało. Niby miały być burze, ale skończyło się na dwóch opadach deszczu i to już po całej zabawie. Ja jestem zadowolona!

 

 

 

Dobra, to już bez dłuższego gadania ;)…

 


 

 

 

 

Do następnego,

Aga

 

 

 

PS. Jeśli zgadliście to… nic nie wygrywacie, bo to nie były żadne zawody, sorry ;).

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram