Rodzic NIE zawsze wie najlepiej, co dobre dla jego dziecka

Jako dzieci uczymy się najpierw komunikować swoje potrzeby płaczem, czasem krzykiem. Później gestykulujemy i zaczynamy wydawać z siebie różne dźwięki aż w końcu uczymy się mówić. Uczymy się słów, które słyszymy od ludzi wokoło i po tym poznajemy ich znaczenie. No i w końcu zaczynamy układać pełne zdania. Problem w tym, że to są tylko słowa. To wszystko to tylko nic nie znaczące słowa, które mają swoje definicje, ale bez konkretnej ekspresji, uczuć czy emocji bardzo często nie mają żadnego znaczenia. To jest coś, czego dziecko nie nauczy się samo z siebie, tylko musi mieć to pokazane, musi mieć jakieś wskazówki i widzieć, jak to wszystko wygląda. A, niestety, bardzo często tego nie dostaje, o czym wspominałam już w innym poście.

 

 

Niezwykle często spotykam się z tekstem o treści:

Każdy rodzic wie, co najlepsze dla jego dziecka!

I za każdym razem, gdy to widzę lub słyszę to myślę sobie, że no nie, nie mogę się z tym zgodzić. Rozumiem przesłanie takiej wiadomości, bo mało który rodzic lubi, jak inni wtrącają się w jego sposób wychowywania, a już tym bardziej w sytuacji, gdy robione jest to w dość niekulturalny i atakujący sposób. Jednak niestety fakt spłodzenia lub urodzenia dziecka nie daje nikomu większej wiedzy i świadomości w jakiś magiczny sposób niż to, co wiedziało się wcześniej, jeśli nic w tym kierunku się nie zrobiło.

 

 

 

ZMIANY PIELUCH TO NIE WSZYSTKO

To jest jedna z tych rzeczy, z którymi się nie rodzimy, ale zmiana pieluch to akurat umiejętność, którą posiąść jest bardzo łatwo. Wystarczy, że założymy kilka krzywo i mocz przesiąknie nie tylko przez pieluchę, ale i przez ciuchy i prosto na nasze spodnie. Motywacja będzie wystarczająca do tego, by stać się mistrzem zakładania pieluch i taka sytuacja już się nie powtórzy. Z czasem nauczymy się tego, który płacz oznacza głód, a który ból. I tak można wymieniać i wymieniać.

Człowiek przyzwyczai się do wielu rzeczy i nawet budzenie się co dwie godziny po jakimś czasie stanie się normalne i choć dalej jesteśmy strasznie zmęczeni, to jesteśmy w stanie funkcjonować w taki sposób. Na pewno dużo tu robi fakt, że bardzo często zwyczajnie nie mamy innej opcji, więc lepiej to zaakceptować i iść dalej, niż z tym walczyć.

Podobnie jest z karmieniem piersią. Na początku boli, więc staramy się dopasować dzieciaczka, zmienić pozycję, włożyć więcej piersi do ust malucha i po jakimś czasie wszystko staje się łatwiejsze, a i nasze ciało się do tego przyzwyczaja.

 

 

A PÓŹNIEJ PRZYCHODZI „BUNT DWULATKA”…

…i nagle człowiek nie wie, co robić. Zaczynają się krzyki, klapsy, kary i wiele innych sposobów na poradzenie sobie z własnym dzieckiem, które pokazują totalną bezradność i frustracje rodzica. Z maluchem jest wszystko całkowicie okej, przechodzi przez normalny okres, rozwija się, uczy. Problem polega na tym, że radzenie i pomaganie w takich sytuacjach to właśnie jedne z tych umiejętności, które na rodzica nie spłyną po narodzinach dziecka same z siebie.

To, jak rozmawiać z dzieckiem i go słuchać, jak rozwiązywać problemy, jak poradzić sobie z ich czasem mega głośnym i przeszywającym mózg płaczem… Niestety, tego wszystkiego trzeba się nauczyć i, jeszcze bardziej niestety, nauka i praktyka wymagają czasu i cierpliwości. Bo to wszystko wcale nie jest takie proste… wręcz przeciwnie. Jest natomiast do zrobienia dla każdego, kto chce.

 

 

JAK WYCHOWASZ PIĄTKĘ DZIECI I BĘDZIESZ STARSZA TO DOPIERO BĘDZIESZ MOGŁA COKOLWIEK POWIEDZIEĆ

Jest tyle osób, które mają kilkoro dzieci i kilka/kilkanaście lat doświadczenia… A nie mają z nimi dobrego kontaktu. Kłócą się, krzyczą, wyzywają, karzą, biją lub znęcają się w jakikolwiek inny sposób. Jest tyle nastolatków, którzy nie ufają swoim rodzicom, którzy nie chcą z nimi rozmawiać i marzą o tym, by wyprowadzić się od razu, gdy będą mieli taką możliwość. Jest tyle rodziców, którzy mają odbierane prawa po wielu latach i dostają zakaz widzenia się z własnymi dziećmi. I to mimo tego, że mają wiele lat doświadczenia i są starsi od 20- czy 30- latków.

Opowiem wam pewną historię sprzed paru lat. Alicia bawiła się w naszym domu z koleżanką i nagle zaczęły się kłócić. Na początku nie było to nic poważnego, więc dałam im możliwość rozwiązania konfliktu we dwie, ale wszystko stawało się coraz bardziej skomplikowane i gorętsze. Zaczęły się wrzaski, płacze i aż się bałam, że zaczną się rękoczyny. Babcia Alicii próbowała interweniować, ale nic z tego nie wyszło. Były prośby i później nakazy, by się pogodziły, by podały sobie ręce. Później pojawiły się jeszcze groźby, że jak się nie pogodzą to koleżanka będzie musiała iść do domu. Myślicie, że cokolwiek to dało? No co wy, dziewczynki ignorowały babcię i dalej robiły swoje, kłócąc się tak, że aż mnie rozbolała głowa. Zaznaczę tu, że wiem, że babcia Alicii robiła co mogła, starała się pomóc jak potrafiła i chciała dobrze. Jednak jako że nic się nie poprawiało to ja weszłam do pokoju i też zainterweniowałam, ale w zupełnie inny sposób, prosząc babcię, by nas zostawiła na chwilę. I wiecie co, skończyło się na tym, że po paru minutach obie dziewczynki się uspokoiły, zaczęły normalnie rozmawiać, a na końcu bawiły się znów razem tak, jakby nigdy nic się nie stało. Nie było to proste, ale wystarczyło wiedzieć, co zrobić.

Babcia, która ma ponad 70 lat i wychowała 6 (!) własnych dzieci. I z drugiej strony ja, mająca wtedy 23 lata i nie posiadająca własnych potomków, opiekująca się jedynie Alicią i wcześniej paroma innymi dzieciaczkami.

Nie opowiedziałam wam tego po to, by pokazać, że ktoś jest lepszy, a ktoś gorszy. Zastanawiałam się czy ten przykład tutaj podać, bo nie chciałam wywoływać niepotrzebnych dyskusji ani jakichś insynuacji czy oskarżeń. Zdecydowałam jednak to zrobić, bo uważam, że jest idealny do tego tematu. Opowiedziałam po to, żeby pokazać, że nie zawsze wiele lat doświadczenia jako rodzic świadczy o większej wiedzy i lepszym podejściu do dzieci. Często wręcz przeciwnie! Często to właśnie ci z wieloma latami doświadczeń mogą się nauczyć mnóstwa różnych rzeczy od ludzi o wiele młodszych i nie raz nawet tych, którzy nie mają własnych dzieci (np. wielu psychologów, ale – uwaga! – nie tyczy się to wszystkich). Wiele osób w wieku załóżmy 22 lat ma lepsze podejście do dzieci i innych ludzi oraz większą wiedzę na temat komunikacji między ludźmi w jakimkolwiek wieku niż osoby, które mają 80 lat i wychowały całą gromadkę. I wiecie dlaczego? Dlatego, że, jak już pisałam, wiedza i świadomość nie spływają magicznie na rodzica po spłodzeniu lub urodzeniu dziecka, a z latami przychodzi doświadczenie, które nie musi wcale odzwierciedlać wspomnianego już odpowiedniego podejścia i wiedzy dotyczącej komunikacji oraz tego, jak żyć z dziećmi i innymi ludźmi, by wszyscy czuli się kochani, zaakceptowani i ufni. Tego wszystkiego trzeba się nauczyć, spędzić nad tym czas, pracować i ćwiczyć umiejętności aż staną się naturalnymi czynnościami w życiu, zamiast myśleć, że jak się ma 50 lat i dorosłe dzieci to wie się wszystko, bo tak.

 

 

NIE MA LUDZI IDEALNYCH

Ja nie jestem wszystkowiedząca, nie jestem idealna i na pewno nie pozjadałam wszystkich rozumów. Uważam natomiast, że moja wiedza na temat relacji międzyludzkich, na temat tego jak radzić sobie z dziećmi, jak z nimi rozmawiać i tak dalej jest naprawdę spora i na pewno większa niż ta niejednego rodzica z wieloletnim doświadczeniem zdobytym wychowując kilkoro dzieci. Uważam, że wiele starszych osób dużo mogłoby się nauczyć tak ode mnie, jak i od wielu innych młodych ludzi, którzy nie mają tak samo długiego doświadczenia, oraz że dzięki mnie mogliby otworzyć oczy na rzeczy, o których wcześniej nie mieli pojęcia, bo nikt im tego nie pokazał, a sami żyli w sposób, jaki znają od swoich rodziców i zwyczajnie się nad niczym nie zastanawiali.

Młody nie oznacza głupszy. Młodość nie oznacza braku wiedzy. Nie oznacza też braku świadomości i podejścia. Oraz, przede wszystkim, nie oznacza braku chęci do nauki, dowiadywania się nowych rzeczy, otwartości i elastyczności. Jeśli ktoś, mówiąc kolokwialnie, rzuca się na osobę młodszą i atakuje ją broniąc samego siebie i mówiąc, że „ha! Co za głupoty, zobaczysz jak będziesz miała więcej dzieci!” albo prześmiewczym wręcz tonem „taka młodziutka jeszcze jesteś, jak będziesz w moim wieku to będziesz mogła o tym mówić” to oznacza nie mniej, nie więcej jak to, że zwyczajnie wcale nie jest pewien swojego. Bo jeśli ktoś jest pewny siebie i tego, co robi, to nie będzie miał żadnej, ale to absolutnie żadnej potrzeby reagowania w taki sposób.

I, co najważniejsze, brak umiejętności w danej dziedzinie nie oznacza, że jest się głupim. Ja uważam, że nie ma ludzi głupich, po prostu nie ma. Słowo głupi to obelga, którą kieruje się do innych w celu ich urażenia, rozładowania swoich emocji lub zwyczajnego odwrócenia uwagi od samego siebie. Są natomiast ludzie, którzy są ignorantami, którzy są zamknięci, nieufni. Są ludzie, którzy są bardzo zawstydzeni tym, że ktoś inny – a już tym bardziej młodszy! – wie więcej, wie co zrobić, gdy oni w danej sytuacji nie wiedzą. Zdają sobie z tego sprawę, ale nigdy się do tego nie przyznają, bo to według nich pokazałoby ich słabość, którą chcieli ukrywać. Zwyczajnie też chcą być pewną siebie osobą wiedzącą co robić, jak się zachować, jak pomóc sobie i innym. W tym nie ma nic złego. Jednakże obrażanie innych, wyzywanie ich w jakikolwiek sposób, podważanie ich kompetencji i inne tego typu rzeczy w celu podwyższenia swojej samooceny to już zupełnie inna sprawa, której ja osobiście nie potrafię zaakceptować. Niezależnie czy wychodzi to od ludzi młodych, czy starych, bo wiek to tylko liczba. I to się tyczy tak naprawdę wszystkiego, co związane jest z wychowaniem dzieci, czyli nie tylko z rozmowami, ale też jedzeniem, lekami, itd.

 

 

Tym, którzy tego potrzebują życzę więcej pewności siebie. I też więcej szacunku tak do siebie samego, jak i do innych ludzi.

 

 

 

Do następnego,

Aga

 

 

 

 

Jeśli lubisz tu zaglądać i czytać moje posty to będę bardzo wdzięczna, jeśli zagłosujesz na mojego bloga klikając w baner poniżej. Dzięki :)!

glosowanie

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram
SHARE