Czy mieć dzieci, gdy jest się obciążonym mutacją genetyczną?

Jedną z pierwszych myśli, jaka przyszła mi do głowy po otrzymaniu diagnozy o byciu nosicielką zespołu Li-Fraumeni było to, że nie będę mogła już nigdy mieć dzieci. Myśl o tym, że miałabym narażać drugiego człowieka na życie w stresie, strachu, z obszernymi badaniami dość często i w tak wysokim ryzyku zachorowania na raka sprawiła, że od razu odrzuciłam od siebie tę opcję. W miarę upływu czasu, gdy dowiadywałam się więcej informacji na temat wspomnianej mutacji genetycznej utwierdzałam się tylko w przekonaniu, że to będzie najlepsze wyjście.

I bolało. Nagle moje marzenia o większej rodzinie legły w gruzach. Moje wyobrażenia o tym, jak moje życie będzie wyglądać, plany i cele z tym związane zwyczajnie upadły i w tamtym momencie nie miałam żadnych nadziei.

Przestałam o tym myśleć przez jakiś czas i skupiłam się na tym, by zadbać o moje zdrowie. Bardzo dużo przeszłam w ciągu półtora roku… Dowiedzenie się o mutacji, rozpoczęcie całej machiny, dziesiątki rezonansów, badania krwi non stop, początkowe stadium raka jelita, narośl w mózgu, trzy operacje – w tym jedna bardzo poważna, bo podwójna mastektomia, więc i ogromna zmiana nie tylko w moim ciele, ale i w psychice. Zapadnięte płuco, choroba i śmierć mojej jedynej siostry, całkowite odcięcie się od toksycznych członków rodziny, strata kilku bliskich znajomych, którzy się ode mnie zwyczajnie odwrócili. Stres, płacz, wiele nieprzespanych nocy, strach, ból fizyczny i psychiczny, wiele zmian w moim życiu, które dalej się pojawiają. I później słyszę od innych, że wyglądam „inaczej” i „starzej” niż kilka lat temu. No cóż, doświadczenia i czas zmieniają ludzi. Długo nie mogłam zrozumieć dlaczego to akurat ja muszę przechodzić przez to wszystko, zaczynając od wczesnych lat dziecięcych przez czas nastoletni, aż do teraz… I skąd mam wiedzieć, co będzie dalej, prawda? Nie wiem czy teraz cokolwiek rozumiem, ale nie myślę o tym za bardzo już w taki sposób. Zaakceptowałam to i w momencie, gdy wszystko stało się beznadziejne… zwyczajnie wzięłam sprawy w swoje ręce.

Wiecie, pomyślałam sobie, że nigdy w życiu nie chciałabym, by moje dziecko znalazło się w podobnej sytuacji. Mimo tego, że mam większą wiedzę i świadomość w temacie zdrowia oraz odżywiania, to dalej dziecko musiałoby mieć rezonanse co trzy miesiące, dalej miałabym świadomość, że jest ryzyko, że będzie stres, strach i co, jeśli pojawi się też żal? Co do badań to okej, może nie tyle musiałoby, co byłoby to wskazane, a ja z kolei nie byłabym w stanie ani nie robić badań i liczyć na to, że wszystko jest okej nie mając pojęcia co się dzieje w środku, ani zmuszać bobasa do leżenia w maszynie do rezonansu co trzy miesiące.

Nie odbierzcie tego źle, ja nikogo nie oceniam. Mogę czegoś nie rozumieć i nie popierać, ale wasze życie to wasza sprawa i podejmujecie swoje własne decyzje. Inną sprawą jest też to, że są bardzo różne mutacje i naprawdę mnóstwo nie jest nawet w połowie tak poważna, jak moja. Ostatnio sobie jednak o tym myślałam, bo jak tak patrzę na April to czuję tak ogromną ulgę, że jednak szczęście stanęło wtedy po naszej stronie i mała nie odziedziczyła mojej mutacji. Czytając historie innych i przeżycia innych dzieci wyobrażam sobie April w takiej sytuacji i aż łezka mi się w oku kręci. I znowu – ogromna ulga, że z April wszystko jest ok. Czasem do tego stopnia, że nagle chcę ją po prostu złapać i porządnie wyściskać.

W tego typu sytuacji jest kilka opcji tak naprawdę. Brak dzieci, adopcja, in vitro (z badaniami genetycznymi lub z dawcą nasienia/jajeczka) lub podjęcie ryzyka i zajście w ciążę w naturalny sposób. A wybór zależy już do każdego z osobna. Ja bardzo cieszę się z tego, jaką decyzję podjęłam z moim mężem.

Ah, wiecie, że czasami warto to wszystko z siebie wywalić.

 

 

Do następnego,

Aga

 

 

 

Jeśli lubisz tu zaglądać i czytać moje posty to będę bardzo wdzięczna, jeśli zagłosujesz na mojego bloga klikając w baner poniżej. Dzięki :)!

glosowanie

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram
SHARE