Life update: czym ja się właściwie zajmuję?!

Jakiś czas temu opowiadałam wam o szkoleniu, na które poleciałam do San Diego, więc jeśli tamtego postu jeszcze nie widzieliście to zapraszam serdecznie.

 

Wiecie już doskonale, że od dłuższego czasu staram się mieć jakiś wpływ na innych, jeśli chodzi o komunikację międzyludzką. Bo wszyscy doskonale wiemy, że niestety w dzisiejszych czasach najwięcej jest kłótni, wyzywania, obrażania (jest dopiero 7:50 rano, a już przeczytałam, że jestem „idiotką”) i tego typu sposobów wyrażania swojej opinii. A gdzie zwyczajna rozmowa czy nawet dyskusja, ale w normalnym tonie? Gdzie szacunek, zrozumienie i akceptacja drugiej osoby, jej wyborów życiowych i opinii? Przecież to, że mamy dwa zupełnie inne zdania nie oznacza absolutnie, że nie możemy dalej być przyjaciółmi. Nie oznacza też, że musimy się kłócić i przekonywać na siłę do naszego zdania oczekując, że druga osoba zmieni jej.

 

I to samo tyczy się dzieci, tylko niestety w tym przypadku ci mali ludzie mają mniej możliwości, mniejszą siłę przebicia, mniejsze doświadczenie, są słabsi i często zwyczajnie nie potrafią jeszcze nawet mówić, nie wspominając o braku umiejętności nazywania uczuć i emocji.

A mimo to krzyczy się na nie, używa się siły psychicznej oraz fizycznej. Daje się im rozkazy i nakazy, wyzywa się je, śmieje się z nich… Nie raz bije lub szarpie. Traktuje się je gorzej niż znajomą, która przychodzi na kawę, i z którą się nie zgadzamy w jakiejś kwestii. Bo jak ona rozleje tę kawę niechcący na dywan to gospodyni domu nie nawrzeszczy na nią wyzywając ją od niezdar i wysyłając do kąta. Z traktowaniem w ten sposób dziecka nie będzie jednak problemu.

 

 

Bardzo chciałabym to zmienić. To przeświadczenie, że dziecko to własność rodzica, z którym można robić cokolwiek się chce. Które można przekładać z kąta w kąt jak nam się podoba, na które możemy zrzucać oczekiwania, że będzie robić to, co my chcemy i kiedy chcemy bez żadnego zająknięcia, a jak tylko śmie się sprzeciwić to od razu dostanie karę lub/i będzie nazywane niegrzecznym. Bo nie chciało iść za naszym rozkazem… niczym niewolnik za rozkazem pana.

 

Jest sporo ludzi na tym świecie, którzy źle czują się z tym, jak traktują swoje dzieci. Używają przemocy psychicznej, bo nauczeni byli, że tak traktuje się maluchy, ale nie czują się z tym dobrze. Mają poczucie winy, jest im przykro, czasem nawet płaczą, ale… nie wiedzą jak inaczej, nie znają innego sposobu, więc trzymają się reguły mówiącej, że dziecko należy do rodzica i koniec. No bo przecież w przeciwnym razie wejdzie im na głowę i nigdy nie dadzą sobie z nim rady.

Inni z kolei poddają się wszystkiemu, co chce dziecko. Robią wszystko, o co ich maluch poprosi, czego zażąda, nie sprzeciwiają się, nie ustalają własnych granic w żaden sposób. Uważają, że dziecko jest najważniejsze, że to jemu należy się pierwszeństwo, bo w przeciwnym razie, jak nie da mu się wszystkiego, to nie będzie rodziców kochać, nie będzie ich szanować. I też są w tej pułapce, z której nie wiedzą jak wyjść.

Głównie (ale nie tylko) do tych ludzi kieruję moje zajęcia. Bo między tymi dwiema opcjami, o których przed chwilą wspomniałam, jest jeszcze jedna, z której większość nie zdaje sobie sprawy. A ta trzecia opcja jest tą, która da nam spokój, miłość, zaufanie, ciepło.

 

 

I ja jestem właśnie po to, by im tę trzecią opcję pokazać. By pokazać im, że dzieci to tacy sami ludzie jak my, a jedyną różnicą jest tak naprawdę wiek. Dziecko to tylko termin określający człowieka od urodzenia do ukończenia 18. roku życia. Słowo to nie zmienia faktu, że ci mali ludzie mają swoje uczucia, emocje, zachcianki, opinie i wszystko inne, co posiadamy my. Przez jakiś czas potrzebują naszej pomocy i są od nas zależne, to prawda. Dalej są to jednak oddzielni ludzie, zupełnie inni niż my, które również zasługują na szacunek, zrozumienie, akceptację i ludzkie traktowanie.

Jak ktoś pyta mnie o co chodzi w moich zajęciach to odpowiadam, że o szacunek. O to, by wiedzieć jak go sobie nawzajem okazywać, jak okazywać go dzieciom i jak efektywnie bronić swoich granic. Jak rozmawiać, rozwiązywać problemy i im zapobiegać. Jak słuchać i pomagać dzieciom samodzielnie rozwiązywać ich problemy. Jak sprawić, by życie rodzinne stało się spokojne, pełne ciepła i zrozumienia nie tylko do maluchów, ale i do nas jako rodziców.

 

Nie ma jednego uniwersalnego sposobu na wychowanie wszystkich dzieci, bo każdy człowiek jest inny. Różnimy się charakterem, podejściem do życia, mamy różne upodobania, różne marzenia, lubimy i nie lubimy różnych rzeczy. Są jednak takie wartości (np. szacunek, zrozumienie) i umiejętności (np. aktywne słuchanie), które działają na wszystkich niezależnie od wieku.

 

 

Jeśli chcecie poczytać więcej to zapraszam na moją stronę internetową :).

Jej nazwa to Rewarding Parenting. Jakiś czas temu na kilku platformach społecznościowych zapytałam obserwujących mnie rodziców o to, by wymienili po 3 słowa, którymi opisaliby rodzicielstwo. Z tych wszystkich słów często powtarzało się „satysfakcjonujące”, więc to też wybrałam jako nazwę mojej strony i w sumie myśl przewodnią mojego kursu.

 

Mam konkretny schemat, którym muszę iść w trakcie zajęć, mam limit ludzi i konkretne wytyczne wypisane w dość obszernym podręczniku. Jednak co jest piękne i mega przydatne dla mnie to fakt, że sama decyduję o tym kiedy i gdzie będę prowadzić kursy, sama zbieram kursantów, promuję moje zajęcia, sama decyduję o tym ile będą one kosztować, jak będzie wyglądać grafik, itp. Mam dużą swobodę. Nie ukrywam też, że mimo wszystko jest z tym sporo pracy. Zorganizowanie wszystkiego, wypromowanie, ogarnięcie strony, przygotowanie zajęć i wiele, wiele więcej zjada naprawdę dużo czasu i energii. Piękne jest jednak to, że jednocześnie daje ogrom satysfakcji, a jak po zajęciach słyszę, że ludziom bardzo się podobało, że wiele im wyjaśniłam, nagle bardzo dużo stało się jasne czy też że ich życie w domu zmienia się na lepsze to oblewa mnie szczęście :).

 

 

Jeśli ktoś z was mieszka w Georgii lub okolicach to serdecznie zapraszam :).

Do następnego,

Aga

 

 

 

PS. Ja sama owego kursu nie stworzyłam. Współpracuję z Gordon Training International, od których dostałam certyfikat (po zdobyciu odpowiedniej wiedzy oraz po szkoleniu i przeprowadzeniu pierwszych grupowych zajęć), i którzy to mają również swój oddział w Polsce, a wszystko stworzone jest na podstawie książki, którą już wam kiedyś polecałam – „Parent Effectiveness Training” autorstwa Dr Thomasa Gordona (w Polsce tytuł książki to „Rodzicielstwo bez porażek”).

 

 

 

Jeśli lubisz tu zaglądać i czytać moje posty to będę bardzo wdzięczna, jeśli zagłosujesz na mojego bloga klikając w baner poniżej. Dzięki :)!

glosowanie

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram
SHARE