ciąża i macierzyństwona co dzień

Life update: ciąża!

Posted

Wszyscy już wiecie, że jestem w drugiej ciąży! Yaaaaayyy! Ciężko nie wiedzieć w sumie haha Już teraz pojawiło się sporo pytań, ale odpowiedzi na nie zostawię na inny post. Zaznaczam dwie rzeczy – pierwszą jest to, że pytania na temat diety i suplementów już się pojawiły, więc tego nie musicie dodawać, a drugą jest to, że nie będę opowiadać o wszystkich szczegółach, więc fakt, iż o coś zapytacie nie oznacza, że na to odpowiem :).

Dziś chciałabym wam opowiedzieć tak mniej więcej jak się czuję z tym wszystkim. Chcę się tym podzielić tutaj, bo duża część z was towarzyszy mi od bardzo dawna, więc w sumie mogę was nazwać moimi internetowymi znajomymi. A ja lubię swoich znajomych. To znaczy, większość z nich ;). Ktoś ostatnio zostawił mi komentarz, że po co robię taką szopkę z tą ciążą, że wystarczyło wspomnieć o tym gdzieś w jakimś filmie i tyle… Także tak na wszelki wypadek dodam, że jeśli kogoś ten temat denerwuje to już teraz polecam zamknąć to okno :). Poza tym zdaję sobie też sprawę z tego, że jest was tak dużo tak tutaj na blogu, jak i na YouTube, że nie ma szans, bym nie dostawała pytań. Wiem, że jesteście ciekawi i nie mam wam tego za złe, dlatego chcę wyjaśnić kilka kwestii, które sama chcę poruszyć, a reszta zostanie moją słodką tajemnicą i, jak napiszę później jeszcze kilka razy, chcę, byście to uszanowali.

 

 

Oboje bardzo się cieszymy, bo od dawna chcieliśmy mieć większą rodzinę i chcieliśmy, by kolejny bobas był blisko wiekiem do April. I to nie jest jakaś dziwna zachłanność, by robić zdjęcia na Instagram, co dwie osoby wcześniej mi zarzuciły (wtf?!), tylko po prostu ogromna chęć stworzenia super kochającej się rodziny i pozostawienia po sobie czegoś wartościowego. Oczywiście nie zawsze wszystko idzie tak jak powinno i czasami wiele osób nie ma możliwości na zrealizowanie takiego marzenia, czego ja nawet nie mogę sobie wyobrazić. Bardzo mi przykro jak słyszę o historiach ludzi, którzy marzą o potomku, a nie są w stanie zajść w ciążę, naprawdę. U nas na szczęście takich problemów nie było, nie ma i raczej nie będzie.

Muszę tu zaznaczyć, że w pewnym momencie myślałam, że nic takiego się nie stanie. Było to w wtedy, gdy dowiedziałam się o mojej mutacji genetycznej i o tym, jak duże jest ryzyko przekazania jej dzieciom. W tamtym momencie powiedziałam Nathanowi, że nie możemy mieć już dzieci w naturalny sposób, bo ryzyko jest za wysokie i nie chcę narażać nikogo na życie z tym, z czym ja muszę żyć.

 

 

Po drodze zupełnie przypadkiem dowiedziałam się o opcji z in vitro. Pierwszą wizytę w klinice w Atlancie miałam aż rok temu. Od tamtego czasu byliśmy w tym procesie, więc, jak widzicie, trochę to wszystko zajęło. Sporo rozmów z lekarzami, sporo czytania, rozważania, badań nie tylko tam w klinice, ale też jeśli chodzi o moje zdrowie, bo ważne dla mnie było to, by mieć pewność, że wszystko jest ze mną dobrze zanim zajdę w ciążę.

Pobrali mi moje jajeczko oraz plemniki Nathana, po czym pozwolili im się zapłodnić samodzielnie. Następnie poczekali parę dni aż zarodek zacznie się rozwijać, bo było oczywiście ryzyko, że się to nie uda. Na szczęście udało się, więc zamrozili ów zarodek i wysłali na badania genetyczne, podczas których pobrali malutki jego fragment i sprawdzili czy jest tam moja mutacja. Po dwóch tygodniach okazało się, że mutacji nie ma! Zrobili też badania pod kątem wad w chromosomach i wszystko tutaj też jest idealne. No i znamy też płeć! A w ciążę zaszłam za pierwszym razem.

Wiele osób koniecznie chce wiedzieć jaka to płeć i wymyślają, że na pewno chłopiec, bo to i tamto, a inni mówią, że na pewno dziewczynka, bo coś innego. Chciałabym, byście uszanowali moją decyzję co do tego, że płci nie zdradzę przez większość mojej ciąży. I nie, w naszym przypadku tak się złożyło, że płci wybrać nie mogliśmy, więc, mówiąc kolokwialnie, wzięliśmy to, co było :).

Chciałabym tu tylko powiedzieć, że nasz proces wyglądał inaczej niż u ludzi, którzy mają problemy z płodnością, bo my takich problemów nie mamy, u nas powód korzystania z tej możliwości był inny. Dlatego też w naszym przypadku było sporo różnic i w wielu kwestiach nanieśliśmy zmiany. Są rzeczy, które na szczęście mogliśmy pominąć. Nie chcę rozpoczynać żadnej serii w stylu proces in vitro ani nic takiego. Nie chcę wchodzić w szczegóły i o tym dokładnie odpowiadać. Za dużo tego jest, musiałabym opowiadać o wszystkich innych badaniach i tak dalej, za dużo też różnic między innymi procesami, więc nie chcę w to wchodzić. Proszę, byście to uszanowali i nie wnikali w szczegóły.

 

 

Tak czy siak, wszystko jest dobrze! Jak pewnie pamiętacie z cotygodniowej serii o pierwszej ciąży, o ile mnie wtedy czytaliście, czułam się fatalnie właściwie od samego początku. Mdłości miałam od około 5. tygodnia, a szybko po tym, jak się zaczęły, zaczęłam wymiotować jak szalona. W sumie mdłości to za mało powiedziane… Nie mogłam jeść, nie miałam siły, sporo schudłam i aż mój ginekolog zaczął się niepokoić. Naprawdę dużo czasu spędziłam na kanapie, bo nie miałam energii na nic. Kręciło mi się też w głowie, byłam biała jak ściana. Masakra. Wiem, że to strasznie brzmi, ale serio czułam się fatalnie, aż ciężko mi to opisać, by przekazać jak to naprawdę było.

Teraz jestem na początku 9. tygodnia i na chwilę obecną jestem bardzo zmęczona, ale to tyle. Tzn. właściwie to jestem wykończona. Nie mam jednak żadnych mdłości, nie mam żadnych innych problemów poza wspomnianym zmęczeniem. Zazwyczaj ucinam sobie drzemkę w tym samym czasie co April lub po prostu śpię, gdy ona się bawi sama. Nie zawsze się to udaje, więc gdy nie uda mi się przespać to faktycznie jest kiepsko i ledwo jestem w stanie dożyć do końca dnia. Mam jednak nadzieję, że tak będzie dalej i inne kiepskie objawy mnie nie dopadną.

Poprzednim razem zdjęcia rosnącego brzuszka robiłam codziennie, ale teraz nie mam zamiaru szaleć aż tak. To się tak wydaje, że jedno zdjęcie dziennie to nie dużo, ale jednak dużo jak się ma tyle innych rzeczy do roboty, łącznie z opieką nad 2-letnim dzieckiem. Wiem, że zwyczajnie nie pamiętałabym o tym. Robię je więc co tydzień i jak najbardziej mi to pasuje! Poniżej ja i mój wychudzony brzuch, ekhm ;). Tak swoją drogą, czuję potrzebę wyjaśnienia jednej rzeczy. Bliznę po operacji wycięcia fragmentu jelita mam w takim miejscu, że wydaje się, jakby mi wystawał brzuch w taki charakterystyczny „ciążowy” sposób. To jest po prostu kwestia tego, że w tamtym miejscu, tuż pod tym „zgrubieniem”, kończy mi się blizna i taki stwarza to efekt. Ciążowego brzuszka jeszcze nie mam, ale mam nadzieję, że pojawi się szybciej niż poprzednim razem.

 

 

 

Alicia wiedziała od samego początku o całym procesie, opowiadałam jej o kolejnych krokach i tak dalej, więc nie było zaskoczenia. Trzymała kciuki! April to wiadomo, że jest jeszcze malutka i choć powtarza baby in belly! to nie rozumie o co w ogóle chodzi. Pewnie będzie w szoku jak zobaczy mój rosnący brzuch.

 

 

Wiem, że wiele osób dziwi się, że powiedziałam o ciąży tak wcześnie, ale, jak już wiecie, nie mam z tym problemu. Napisałam o tym też post na moim Instagramie, który porusza ten temat z trochę innej strony niż zapeszanie, więc zapraszam do poczytania, wrzucę go poniżej. O pierwszej ciąży również powiedziałam wcześnie. Nie wierzę w przesądy i w to, że moje słowa we wczesnej ciąży tak dużo znaczą, i że sprawią, że coś się stanie. Jakby coś się miało stać to stanie się niezależnie od tego, kiedy i komu o tym powiem. Zdarza się przecież, że kobiety rodzą martwe dzieci… Ja się cieszę i chcę się tym podzielić! Proszę więc, byście i to uszanowali.

 

Dostalam od kilku osob pytanie czy nie balam sie informowac o ciazy tak wczesnie, bo przeciez cos sie moze stac i w moim przypadku wylalaby sie fala hejtu. Odpowiem na to tutaj. . Moja kolezanka poronila dwa razy. Pierwszy raz chwile po tym jak sie o ciazy dowiedziala, a drugi raz w okolo 15. tygodniu, czyli juz po tym czasie, kiedy zaleca sie ostroznosc. Kolezanka je tak mieso, jak i nabial. Nikt nigdy nie zasugerowal jej, ze to moze kwestia tego co je. . Moja druga kolezanka poronila w okolo 17. tygodniu ciazy. Ma znaczna nadwage. Rowniez je mieso i nabial. Nikt nie powiedzial jej, ze to moze wina diety, lub ze moze jej nadwaga tez odgrywa tu role. . Moja znajoma urodzila martwe dziecko mimo tego, ze cala ciaze wszystko bylo dobrze. Je mieso i nabial, a dwa dni przed porodem otrzymala zastrzyk przeciwko grypie (ktory, tak swoja droga, nie byl testowany na kobietach w ciazy). Nikt jej nie zasugerowal, ze co, jesli to dieta? Nikt nie powiazal tez smierci dziecka z otrzymanym chwile wczesniej zastrzykiem. Lekarz powiedzial, ze „tak sie zdarza”. Wiecie, tak sie zdarza, ze zdrowe dzieci po prostu umieraja. . Z drugiej strony kilka dni temu jedna weganka powiedziala, ze poronila. Chyba w okolo 20. tyg, wiec pozno. I wiecie co? Ludzie z jej otoczenia rzucaja oskarzeniami, ze to na pewno wina tego, ze jest weganka! Ze przeciez w ciazy trzeba jesc mieso!!!! Wiecie, co ja bym miala, gdyby u mnie cos sie stalo? Nazwana bylabym pewnie morderczynia. Ludzie mowiliby mi, ze zabilam wlasne dziecko. . Dlaczego nikt nic takiego nie mowi tym kobietom, ktore jedza niezdrowo i doswiadczaja poronien? Mieso, nabial, tona tluszczy, hormonow, cukru, soli, konserwantow, nie raz kieliszek wina tu i tam i inne? Bo nie wypada?! . W USA rocznie jest ponad 3mln przypadkow poronien, a wegan (kobiet, mezczyzn i dzieci) w USA jest w sumie ok. 1mln… Czy to wiec aby na pewno wina braku martwych zwierzat w diecie? . Takie teksty sa od ludzi, ktorzy charakteryzuja sie ogromna ignorancja, brakiem empatii, zrozumienia i ogromnym brakiem wiedzy. . Zastanowcie sie nad tym, zanim oskarzycie matke cierpiaca po stracie dziecka o to, ze sama je zabila…

A post shared by Aga Kirchner (@againamerica_com) on

 

 

Myślę, że to tyle na dzisiaj. Wielkie dzięki za wszystkie gratulacje! Ich ilość mnie przerosła i mówię szczerze. Mam nadzieję, że wszystko będzie szło tak, jak do tej pory.

 

 

 

Do następnego,

Aga

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram