ciąża i macierzyństwona co dzieńo dzieciachpogadankizdrowie

Głodówka zdrowotna półtorarocznego dziecka

Posted

Bardzo chcę wam opowiedzieć o tym, co działo się z April, gdy była chora i jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że może wzbudzić to pewne emocje w wielu z was. Chciałabym się więc na samym początku zabezpieczyć i powiedzieć, że nie zaakceptuję żadnych komentarzy, które będą obrażać lub oceniać mnie albo/i mojego męża (czyli np. jesteście beznadziejnymi rodzicami, nie dbacie o swoje dziecko, jesteście normalni, głupi, eksperymentujecie na własnym dziecku, nie wiecie co robicie, ona mogła umrzeć! itp.) Jestem otwarta na wątpliwości, pytania, rozmowy, dyskusje i wymianę doświadczeń, ale z zachowaniem kultury i szacunku oraz tylko wtedy, gdy zapoznacie się z tematem oraz z treścią tego postu. No, to tyle słowem wstępu :).

 

 

 

Organizm człowieka zaopatrzony jest w cudowny system zwany układem odpornościowym. Nasz organizm skonstruowany jest w sposób, który pozwala mu się samemu regenerować. Czy to w kwestii złamanej ręki (w końcu kości się zrastają), czy skaleczenia (rana krwawi, pozbywa się zanieczyszczeń, skóra się zrasta), czy to w przypadku grypy i wielu innych przypadłości, nawet tych poważnych. O ile oczywiście człowiek mu nie przeszkodzi. Dzieci rodzą się z układem odpornościowym, który nie jest jeszcze rozwinięty, ale tak się dzieje z jakiegoś powodu. Jakby ich układ miał być rozwinięty w 100% w momencie urodzenia to tak by się rodziły. Należy dać im szansę na to, by ten układ się rozwinął tak, jak powinien samodzielnie, a zatruwanie ich organizmu różnymi chemikaliami od samego urodzenia oraz trzymanie ich w domu przez miesiąc lub więcej po urodzeniu „dla bezpieczeństwa” niestety w tym przeszkadza. Czego efektem później jest właśnie słaba odporność, częste choroby, problemy ze skórą, trawieniem, częsty katar i wiele, wiele więcej.

Niestety żyjemy w czasach, kiedy to różne leki są w nas dosłownie wmuszane i w tym momencie na byle co tak naprawdę. Masz katar – weź te tabletki. Boli cię gardło – weź tabletki do ssania. Masz kaszel – wypij syrop. Boli cię głowa – weź ibuprom, a na bóle menstruacyjne nospę. I tak można wymieniać godzinami. No i okej, człowiek weźmie taką tabletkę na ból głowy załóżmy, ale co później? Ból przejdzie, ale nie dość, że tylko na jakiś czas, to w dodatku jego powód dalej tam będzie. Bo to jest właśnie działanie większości tego typu leków – pozbywanie się objawów, a nie przyczyny danego problemu, która zawsze jest. Nic nie bierze się bez przyczyny. I podobnie jest z antybiotykami, które są jeszcze gorsze. Przepisywane przez wielu lekarzy na cokolwiek od ręki, tak po prostu, jak cukierki. A przecież często lekarz nawet nie sprawdzi dokładnie co się dzieje, nie wyśle próbki do laboratorium i nie wie czy infekcja jest bakteryjna, czy nie i jakie to są bakterie. Mimo tego przepisuje antybiotyk. Dostają je też bardzo małe dzieci, które nie mają nic do powiedzenia i nie mają pojęcia, co się dzieje w ich ciele. Efekty zobaczą i poczują później. Ja w dzieciństwie antybiotyków miałam tony, naprawdę, jak teraz sobie o tym myślę to aż mi się niedobrze robi. Zwykłe zapalenie gardła czy mocniejsze przeziębienie – antybiotyk. I założę się, że do teraz za to płacę. Zadaniem antybiotyków jest zabicie jak największej ilości bakterii się da. Nie tylko złych, ale też dobrych, których nasz organizm zwyczajnie potrzebuje.

Nie twierdzę oczywiście, że żadne leki nie są potrzebne. Są sytuacje, kiedy ktoś ma wypadek na przykład, musi poddać się operacji, ma poważne zakażenie lub zwyczajnie jego organizm jest w takim stanie, że nie poradzi sobie z daną chorobą samodzielnie, czasem nawet ze zwykłą grypą. Niestety w takim stanie są organizmy bardzo wielu z nas i to się da naprawić, ale niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę. Są sytuacje, w których leki są konieczne i tego absolutnie nie kwestionuję. Ja sama półtora roku temu po pierwszej kolonoskopii dostałam bardzo poważnego zakażenia, które zagrażało mojemu życiu. Oczywiście więc, że przyjęłam antybiotyk, bo wolałam to, niż zejście z tego świata.

Według mnie jednak wszystko należy robić z głową. Lekarz nie powinien być autorytetem, który uznawany jest za osobę wszystkowiedzącą, bo oni sami często robią rzeczy, w które nie wierzą, które nie są potrzebne. Na przykład, kiedyś czytałam artykuł, w którym pediatrzy wypowiadali się na temat zapaleń ucha u dzieci. Przyznali, że w większości przypadków żadne leki nie są potrzebne i zapalenie przejdzie samo, a antybiotyki przepisują głównie dlatego, że nie chcą, by rodzice pozwali ich za nic nie robienie. Dla świętego spokoju przepisują antybiotyki. Pacjent jest osobą, która według mnie powinna bardziej interesować się swoim zdrowiem, niż lekarz. Moja internistka powiedziała mi ostatnio, że w całej jej karierze ja jestem pierwszą osobą, która zadaje tyle pytań, która sama szuka informacji, która ma tak dużą wiedzę na temat tego, co się z jej zdrowiem dzieje. Pierwszą osobą! A lekarką jest 20 lat. W mojej opinii pacjent musi wszystko kwestionować, zadawać szczegółowe pytania, nalegać na odpowiedzi i często konsultować z innymi osobami. Bo to jest nasze zdrowie i często życie, które tak często powierzamy innym.

 

 

 

Dobra, pozwólcie, że teraz przejdę do rzeczy.

April zaraziła się od swojej babci w jedną z grudniowych sobót, gdy zostawiliśmy mała pod jej opieką na kilka godzin. Nie wiedzieliśmy, że jej babcia miała grypę, bo nam nie powiedziała, że się źle czuła, a też przyjęła wtedy sporo leków, które pozbyły się większości objawów, a końcowo i tak chora była dłużej niż my wszyscy. Nie winię jej za to, żeby nie było, bo choroby się zdarzają i doskonale to rozumiem. Mam jedynie żal, że nic nie powiedziała, ale to inna sprawa. Generalnie najpierw April miała katar i tyle, jakoś nieszczególnie cierpiała, nic się nie działo, nie miałam z tym problemu. Wręcz przeciwnie, była dość aktywna, bawiła się normalnie, jadła tyle, co wcześniej. Dopiero pod wieczór zaczęła być trochę cichsza, ale w inny sposób, niż zawsze, gdy jest śpiąca. Kiepsko się czuła, leżała na mnie, nie bawiła się aż tak. Widziałam, że jest przeziębiona, prawdopodobnie złapała po prostu grypę.

Następnego dnia, w niedzielę, musieliśmy zostawić małą u opiekunki na 3 godziny, jednak po 1,5 godzinie owa opiekunka zadzwoniła do nas i powiedziała, że April od 15 minut bardzo krzyczy i ciągnie sobie jedno ucho. Wniosek – ból ucha. Odebraliśmy ją od razu i faktycznie widać było, że cierpiała. Jako że opiekunka, która jest pielęgniarką w gabinecie naszej pediatry, mieszka kilka domów dalej to przeszłam z April trzymając ją na rękach i zasnęła mi na klatce. Do tej pory żałuję, że nie dałam jej tak spać, tylko próbowałam zdjąć jej kurtkę i położyć na fotelu, bo się obudziła i znów bardzo zaczęła płakać. Nie mogłam jej uspokoić przez dobre 2-3 godziny, aż w końcu posmarowałam jej za uchem olejem kokosowym. Niedługo po tym mała się uspokoiła i zaczęła zasypiać.

Jak wtedy zasnęła, tak spała przez 3 dni i noce prawie non stop. Wymienialiśmy się z Nathanem, raz spała na mnie, raz na nim. Spędziliśmy większość tego czasu na naszym fotelu w salonie z kilku powodów. April nie chciała zostać sama i przypuszczam, że to była kwestia tego, że nie za bardzo wiedziała co się z nią działo i po prostu chciała mieć kogoś przy sobie, by czuć większy komfort psychiczny. Zależało mi na tym, by była w bardziej siedzącej pozycji, dlatego nie próbowałam jej kłaść na jej łóżeczku, a to dlatego, że chciałam, by wszystko jej tam spływało, by lepiej jej było oddychać. Trzecim powodem jest to, że po prostu chciałam ją obserwować.

 

 

April nie łapała się już za ucho w ogóle po tym, jak wtedy wieczorem zasnęła, ale dalej miała infekcję. Jej najwyższą gorączką było 38 stopni Celsjusza i trwała kilka godzin. Później spadła i wróciła jeszcze chyba 3 razy, ale tylko na chwilę i do maksymalnie 37,4. Gorączka to nie choroba, tylko objaw tego, że organizm walczy z infekcją. Drobnoustroje powodujące choroby najlepiej czują się w normalnej temperaturze ciała, wtedy są najszczęśliwsze i się rozmnażają. Dlatego tak ważne jest to, by nie pozbywać się gorączki, jeśli już się ona pojawi, bo to znaczy, że organizm walczy z chorobą, że próbuje zwalczyć infekcję, której powód (te wspomniane drobnoustroje) nie przeżyje w tej właśnie wyższej temperaturze. Zbijanie temperatury niestety bardzo z tym koliduje. Niesamowicie rzadko zdarza się, by gorączka doszła do 42 stopni, a dopiero wtedy, 42 stopni wzwyż, może być mowa o jakimkolwiek uszkodzeniu mózgu. Nasz organizm ma system, który reguluje temperaturę ciała, dlatego niebezpieczna temperatura pojawia się tylko wtedy, gdy coś jest naprawdę nie tak (np. jakieś uszkodzenie układu nerwowego). Zazwyczaj też dzieci jakikolwiek dyskomfort czują dopiero, gdy gorączka przekroczy 38,5 stopni lub nawet więcej, więc wcześniej nie ma sensu się tym martwić. Lepiej obserwować dziecko, bo jego zachowanie i wygląd są o wiele ważniejsze, niż liczba na termometrze. Bardziej martwiłabym się, jakby moje dziecko miało zapalenie ucha i jednocześnie nie miałoby gorączki, bo to by znaczyło, że system odpornościowy nie działa zbyt dobrze, nie próbuje zwalczyć infekcji, ciało nie zwiększa produkcji białych krwinek.

Przez ten cały czas April w ogóle nie jadła. Oferowałam jej jedzenie co jakiś czas, ale zwyczajnie nie chciała, co również jest dobrym objawem. Gdy organizm jest chory to potrzebuje energii, by tę chorobę zwalczyć, dlatego nie marnuje jej na trawienie. Zatrzymuje tę energię i wykorzystuje ją do walki z infekcją, by pozbyć się jej jak najszybciej się da. Wmuszanie w dziecko jedzenia, by tę energię miało (co niestety jest bardzo popularne i ja sama przez to przechodziłam wiele lat temu) mija się z celem, bo nie dość, że potomek nie będzie zbyt szczęśliwy i będzie czuć, że inni nie szanują jego potrzeb, to w dodatku odbierze się organizmowi tę energię, której tak bardzo potrzebuje. I zaznaczam, że ja nie zmuszałam April do głodówki! Ja jej oferowałam jedzenie, którego odmawiała. Jednocześnie piła sporo wody kokosowej, budziła się regularnie prosząc o picie. Bardzo zależało mi na tym, by się nie odwodniła i niesamowicie było obserwować ją odpowiadającą na potrzeby jej organizmu i doskonale wiedzącą, co robić.

 

 

Trzeciego dnia zjadła dwa winogrona i mnie nakarmiła kilkoma, więc widziałam, że czuła się nieco lepiej. Dalej nie było to jednak „to”, dalej prawie cały czas spała, nie ruszała się za bardzo, zmieniała tylko pozycje i wciąż piła dużo wody nie jedząc za bardzo. Następnego dnia zjadła kilka kawałków papai i wypiła kilka łyków mojego smoothie, które ja wtedy sobie zrobiłam i ona wyciągnęła po nie łapki. Było to jednak tylko, jak napisałam, kilka łyków.

Po takim czasie niejedzenia oferowałam jej tylko te bardzo lekkie produkty z dużą zawartością wody, bo trzeba zacząć powoli, lekko. Stąd te dwa winogrona i kilka kawałków papai. Pamiętajmy też, że jeśli nie je się jakiś czas to później nie ma się nawet ochoty na więcej i wszystko idzie stopniowo.

We wtorek zauważyłam jakąś wydzielinę, dlatego postanowiłam ją zabrać do pediatry. Nie ciągnęła sobie za ucho ani nic, generalnie lepiej się czuła, wypiła sporo smoothie. Wstawała sobie co jakiś czas, ułożyła wieżę z klocków, poszła do swojego łóżeczka w jej pokoju i tam się położyła na jakiś czas, potem wróciła na fotel, itp. Nasza pediatra jest osobą bardzo za naturalnymi metodami (i również jest przeciwna szczepionkom), ale niestety tego dnia widzieliśmy jej asystentkę, bo do niej samej ciężko się dostać, jest po prostu dobrą, obleganą lekarką. Jej asystentka też popiera naturalne metody, ale nie aż tak, więc próbowała wmusić w nas antybiotyki. Powiedzieliśmy jej, że to nie wchodzi w grę i koniec. Ona nas straszyła, na pewno z troski – w to nie wątpię, że infekcja przejdzie jej do mózgu i tak dalej, że na pewno zacznie wymiotować i wtedy musimy jechać na ostry dyżur. Powiedziała, że nigdy nie widziała dziecka, które samo poradziłoby sobie z infekcją w takim stadium (wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, ale po paru dniach z wyników okazało się, że April miała duży wzrost bakterii), że to niemożliwe. Zaznaczyć tu jednak trzeba, że dzieci, o których mówi, to dzieci, które już niestety miały doświadczenia z różnymi lekami wcześniej, które nie miały okazji do zbudowania tej odporności. Dodatkowo, mnóstwo z tych dzieci je nabiał, który bardzo często jest przyczyną owych problemów z uszami i warto na to zwrócić uwagę, a już zwłaszcza, gdy ten problem powraca. No ale to inny temat. Asystentka poszła do naszej pediatry, która to powiedziała, że antybiotyki to nie. Także sami widzicie. April miała ten wyciek z ucha, bo jej bębenek pękł. Wiem, że brzmi to poważnie, ale to jest naprawdę częste i nie jest takie poważne jak się wydaje, a już zwłaszcza w tym przypadku. Samo się goi, jak się go zostawi. Bębenek często pęka przy zapaleniach uszu u dzieci czy nawet przy zwykłej grypie, przy dużym katarze, przez to całe ciśnienie w środku. O wiele gorsza sytuacja jest wtedy, gdy ktoś niechcący wsadzi sobie patyczek do ucha i w taki sposób ów bębenek sobie przerwie. Wtedy pęknięcie jest większe i goi się gorzej, czasem wymagany jest zabieg.

Tego samego dnia zabrałam też April do gabinetu naszej chiropraktyk (zdjęcia z tej pierwszej wizyty poniżej), do którego ja chodzę regularnie. Doktor Tina, której tamtego dnia nie widziałyśmy, uratowała mi zdrowie, uratowała mój kręgosłup po tym, jak lekarze mówili mi, że kłamię, że mnie boli, bo tam nic nie ma… A no było i to poważniejsze niż mi się wydawało. April zabrałam do niej pierwszy raz pięć dni po urodzeniu i zabieram ją również regularnie, ale rzadziej niż ja chodzę. Kilka godzin później po tej wizycie mała zaczęła się bawić. Po prostu, wstała, wyciągnęła zabawki i zaczęła się bawić. Zaczęła więcej jeść i generalnie była o wiele bardziej aktywna. Oczywiście dalej nie była to jeszcze „normalna April”, ale różnica była ogromna! Zabrałam ją tam jeszcze później kolejne trzy razy. Ja wierzę, że te wizyty pomogły, ale nie wiem w jakim stopniu, bo wiem również, że jej organizm walczył i wiedział, co robić. Wiem też, że sporo osób tak właśnie pomaga sobie przy zapaleniach uszu oraz tak pomaga dzieckom i również widzą spore poprawy.

 

 

Poza tym wszystkim, o czym napisałam, zrobiłam olej czosnkowy. To było dzień po wizycie u pediatry. Do garnuszka włożyłam 1/4 oleju kokosowego i 4 świeże ząbki czosnku. Podgrzałam tak, aż czosnek zrobi się czarny, ale nie gotowałam. Poczekałam aż trochę ostygnie i ciepły, ale nie za ciepły, położyłam April za uchem. To znaczy, tylko troszkę. I nie wsadzałam do środka, bo ten bębenek miała pęknięty, zostałam na zewnątrz. Nakładałam nieco raz dziennie przez jakieś 3 dni, a gdy skończyłam, to mała dalej miała infekcję. Chciałam jej ulżyć trochę, ale później nie widziałam już powodu używania tego oleju dłużej. Czosnek ma właściwości antybakteryjne tak samo jak olej kokosowy, który również uśmierza ból, więc w razie co to polecam o wiele bardziej niż leki.

Ogólnie od tego momentu, gdy raz pobawiła się klockami i wróciła na fotel, wszystko zaczęło iść w dobrym kierunku i czuła się coraz lepiej każdej godziny. Była coraz aktywniejsza, coraz więcej jadła, znów zaczęła się śmiać…

Gdy poszliśmy na drugą wizytę z asystentką naszej pediatry to, mówię szczerze, była ona w ogromnym szoku. Była naprawdę bardzo, bardzo zdziwiona, że April czuje się tak dobrze, że nie stało się nic, co przepowiadała…

W tym momencie, jakiś miesiąc po rozchorowaniu się, April czuje się świetnie i nie ma żadnych problemów. Wszystko przeszło jej już jakiś czas temu. I jeśli coś znowu zaatakuje jej organizm, to będzie jeszcze bardziej zdolny to poradzenia sobie z tym oraz mniejsza jest szansa, że zapalenie ucha znów wróci.

 

 

 

Pewnie niektórzy z was zastanawiają się czy ja byłam wtedy taka spokojna, jaka jestem teraz pisząc o tym. Nie, nie byłam aż tak spokojna. Wierzyłam w to, że jej organizm sobie poradzi i widziałam poprawę, wolną bo wolną, ale poprawę. Tzn. nie wiem czy mogę powiedzieć wolną, bo jak to określić? Kiedy jest to wolna poprawa, a kiedy nie? Nie ma żadnych standardów raczej. Między innymi dlatego, że jednak byłam trochę zmartwiona, to siedziałam z nią tyle czasu, by ją obserwować, by się upewnić, że wszystko jest okej i tak dalej. Oczywiście, że byłam zestresowana na początku, bo to był pierwszy taki raz, gdy całkowicie się rozłożyła. Widziałam natomiast, jak przed chwilą napisałam, że stopniowo jej stan się poprawiał, więc moja wiara w to wszystko wzrastała. Nie chciałam, by czuła się źle, by była tak zmieszana tak dalej i bardzo chciałam, by poczuła się dobrze. Jednocześnie piękne to było do obserwowania, że tak małe dziecko wie doskonale co ma robić w takiej sytuacji. Bardzo pouczający czas.

 

 

 

No, to tyle na dziś. Post dość długi, ale uważam, że potrzebny, i że może pomóc wielu osobom. Jeśli też tak uważacie to będę wdzięczna za udostępnianie linka, a na chwilę obecną żegnam się!

 

Do następnego,

Aga

 

 

 

* * * U W A G A * * *

1. Ja NIE GŁODZIŁAM April. Oferowałam jej jedzenie, którego nie chciała, więc nie wmuszałam w nią niczego na siłę. Jakby przyjęła ode mnie jedzenie to oczywiście nie zabrałabym jej. To była tylko i wyłącznie jej wola. Nie popieram zmuszania dzieci ani do jedzenia, ani do postu.
2. Pediatra April doskonale wiedziała co się działo i wiedziała też, że mała nic nie jadła. Również przyznała, że to normalne i przyznała nam rację, że skoro nie chce, to żeby jej nie zmuszać.
3. Obserwowaliśmy April uważnie, więc wiedzieliśmy, że nic złego się nie działo.
4. Dbałam o to, by April była podniesiona nieco, aby wszystko jej tam spłynęło, co było ważne.
5. NIE ZOSTAWIŁAM APRIL SAMEJ SOBIE. Dbałam o to, by było jej jak najbardziej wygodnie się dało, obserwowałam, dawałam pić i tak dalej.

* Gabinet naszej chiropraktyk, gdzie znajdziecie ciekawe informacje – http://www.healthylifechiropractic.com
* http://www.naturallivingideas.com/home-remedies-for-ear-infection/
* https://medicalxpress.com/news/2018-01-precision-gut-bacteria-potential-colitis.html
* Dr Morse – „Lungs, Sinus & Mucus Conditions Part 1” – https://www.youtube.com/watch?v=L-Xwg20siQM&t=43s
* https://www.parents.com/health/fever/fever-benefits/

 

 

* Opowiadam tutaj tylko i wyłącznie o moim doświadczeniu i mojej wiedzy na ten temat. Ten post nie jest poradą lekarską. Absolutnie nie mówię, że ktokolwiek musi lub nawet powinien postępować tak, jak my, nie próbuję zmieniać niczyjego zdania. Nie biorę też odpowiedzialności za to, jak czytelnicy odbiorą to, co tu piszę oraz co z tym zrobią.

 

 

Jeśli lubisz tu zaglądać i czytać moje posty to będę bardzo wdzięczna, jeśli zagłosujesz na mojego bloga klikając w baner poniżej. Dzięki :)!

glosowanie

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram