W pociągu przez cały kraj

Przypadek losowy sprawił, że mam super temat na post na bloga. Chciałabym opowiedzieć wam o naszej wyprawie, o tym jak to wszystko wygląda w kwestii formalności, widoków, cen i innych. Bo nie codziennie spędza się 55 godzin w pociągu!

 

 

Zaznaczam, że dzisiejszy tekst napisany jest na podstawie naszych własnych doświadczeń i jeśli macie inne to zachęcam do dzielenia się nimi. Zaznaczam również, że jeśli zobaczę kogoś mówiącego mi, że gadam głupoty / kłamię / wprowadzam ludzi w błąd, to komentarz zostanie usunięty, bo – jak już nie raz mówiłam – każdy może mieć inne doświadczenia nawet jeśli sytuacja wydaje się taka sama. Bo nigdy nie ma dwóch takich samych :).

 

Poniżej wrzucam zdjęcia spod dworca kolejowego w San Diego, z którego autokarem jechaliśmy do Los Angeles, bo to właśnie z LA odjeżdżał nasz pociąg do Nowego Orleanu.

 

 

Wszystko było ogarniane na wariata! Nie było łatwo, bo większość ludzi kupuje bilety na tak dalekie trasy ze znacznym wyprzedzeniem czasowym, a u nas to było z dnia na dzień. Nathan kupił bilet dla mnie w pociągowym pokoiku z 15% zniżką z powodu mojej kondycji, czyli tego, że nie mogę latać. W związku z tym mieliśmy pokoik, w którym była też łazienka oraz pomoc z bagażami. Mój bilet, czyli miejscówka + pokój kosztował $800, a Nathan za siebie dopłacić musiał kolejne $200. Ceny różnią się teraz bardzo. To był pociąg na niedzielę, a w tym na piątek dostępny był ostatni bilet za… $3.000! Jak z ciekawości sprawdziłam ceny na maj 2018 to pokazało mi, że za przedział (dwa łóżka, bez łazienki) zapłacić trzeba $700 + dopłata za drugą osobę. Cena za zwykłe miejscówki bez łóżka są o wiele niższe (na maj to koszt $200 za jedną osobę) i chociaż są dość wygodne (o tym później) to jednak trzy dni w pociągu wymagają trochę więcej niż rozkładającego się do połowy fotela. W związku z rodzajem biletów mieliśmy też dostęp do mega wygodnej poczekalni, z której nie skorzystaliśmy nawet.

 

Przed wyjazdem z Los Angeles spotkaliśmy się z moją nową znajomą, którą poznałam na szkoleniu i poszliśmy razem do wegańskiej restauracji. Ja zamówiłam sobie raw vegan kelp noodles z pesto z nasion konopii i bazylii. Miejscówka ta nazywa się Cafe Gratitude i serdecznie wam polecam, jeśli jesteście weganami. Jeśli jecie na surowo to mają dwie surowe opcje oraz okazjonalne surowe desery.

 

 

Jeden pasażer mógł mieć dwa bagaże podręczne oraz dwa bagaże nadawane (max 22 kg jeden), czyli nie można było mieć wszystkich swoich rzeczy ze sobą. My nadaliśmy nasze walizki w Los Angeles, skąd wyjeżdżaliśmy, i odebraliśmy je już w Atlancie, więc w czasie przesiadki nie musieliśmy się nimi martwić.

 

Sam pociąg (Amtrak Sunset Limited) był bardzo wygodny, naprawdę. My mieliśmy dwa łóżka, jedno na dole i drugie na górze, to na dole składało się dwa fotele. Dobrze mi się spało i Nathan miał takie same wrażenia. W pociągu był przedział z kawiarnią, a na górze tego samego przedziału znajdowała się jakby restauracja. Serwowali śniadania, lunche i obiady. Wyglądało to tak, że ktoś pracujący tam chodził po pociągu i pytał pasażerów na którą chcą sobie zarezerwować miejscówkę. Szło się tam o wyznaczonym czasie, sadzali przy stolikach i można było sobie zamówić coś z karty. Generalnie wybór nie był jakiś duży, no ale zawsze coś. My dla siebie znaleźliśmy tylko deser czyli owoce oraz sałatkę. I powiem wam, że przerażało mnie to jak ludzie jedli… a raczej co jedli, no ale to temat na zupełnie inny post. Przy każdym stoliku były cztery miejscówki, więc jeśli było się w mniej niż cztery osoby to siedziało się z innymi pasażerami.

Był tam też przedział przeznaczony do podziwiania widoków. Fotele ustawione były przodem do okien, a okna rozciągały się na całe ściany oraz trochę też na suficie.

Znajdowały się tam też oczywiście przedziały z normalnymi siedzeniami, czyli dwie miejscówki obok siebie i z przodu kolejne dwie odwrócone plecami. Powiem wam szczerze, że było tam o wiele więcej miejsca niż w polskich pociągach, które pamiętam i siedzenia były wygodniejsze. Rozkładały się całkiem sporo i miały podnóżki. Mimo tego jednak dalej naprawdę nie wyobrażam sobie być w takim zwykłym przedziale przez tyle godzin, więc cieszę się, że udało nam się zdobyć ten pokoik.

 

 

 

Obowiązywała tam też cisza nocna, która oznaczała, że od godziny 22 do 6 rano nie było żadnych powiadomień przez głośnik, by ludzie mogli sobie odpocząć, ale przed każdą kolejną stacją konduktorzy przechadzali się po pociągu i budzili tych, którzy mieli wysiadać.

 

Widoki na początku były naprawdę super! Mówię na początku, bo po kilku godzinach jazdy w Teksasie widok gór, kaktusów i skał już się nudził. Tak czy siak, naprawdę fajnie było zobaczyć inną stronę kraju i być w miejscach, w których normalnie bym się nie pojawiła. Przez wiele godzin przejeżdżaliśmy w miejscach, które były totalnie puste… Sama roślinność i to w dodatku pustynna. Nie było tam żadnych domów ani niczego innego! Były też miejsca, w których mijaliśmy na przykład jeden dom i zawsze wtedy sobie myślałam, że ja to bym nie mogła tak mieszkać z dala od cywilizacji. No ale wiadomo, co kto lubi.

 

 

 

Mieliśmy kilkanaście przystanków i większość z nich była bardzo krótka, ale były też trzy trwające ok. 45 minut. Można było sobie więc wyjść na zewnątrz i pooddychać trochę świeżym powietrzem, co bardzo mi się podobało.

 

Byłam bardzo zadowolona i pozytywnie zaskoczona obsługą! Wszyscy byli mili i pomocni. Tzn. prawie wszyscy, bo był taki jeden pan, który zgrywał totalnego cwaniaka… Tak że wiecie, jak dostał pytanie to nie odpowiedział, tylko walił jakimiś głupimi tekstami i oczekiwał, że ludzie się domyślą o co mu chodzi.

 

Mieliśmy jedną przesiadkę w Nowym Orleanie, gdzie przespaliśmy się w hotelu, bo mieliśmy tam 9 godzin. Trochę miasta zobaczyłam! Co prawda z auta, no ale lepsze to niż nic, nie? O 7 rano mieliśmy pociąg do Atlanty, który miał jechać 11 godzin, ale dojechaliśmy dopiero po północy, bo po drodze… pociąg się zepsuł! Musieliśmy czekać w środku aż przyjedzie ekipa, która naprawi usterkę. Sporo tej podróży przespałam, ale tym razem mieliśmy zwykłe siedzenia, więc chociaż nie było aż tak super wygodnie jak wcześniej to jednak dalej było okej. Byliśmy naprawdę mega zmęczeni! Do domu dotarliśmy o 2 w nocy.

 

 

Powiem wam, że w ogóle się nie nudziłam! Oczywiście inaczej by to wyglądało jakbym była sama, ale skoro Nate był ze mną to wszystko było łatwiejsze. Bardzo dużo rozmawialiśmy i nie macie pojęcia jak super było pogadać bez biegających w kółko dzieci… które kocham, ale jednak czasem przydałby się przycisk „przycisz” ;). Obejrzeliśmy sobie też dwa zaległe odcinki „Gry o tron” i nieźle odpoczęłam!

Wiele osób pytało co wzięliśmy do jedzenia… Mieliśmy walizkę podręczną pełną owoców, trochę sałaty, miałam też mój chlebek pomidorowy, wodę i wodę kokosową. To był pierwszy raz, gdy jechaliśmy aż 44 godzin bez przerwy i bez możliwości wyjścia do sklepu, więc nie za bardzo wiedzieliśmy jak to wszystko ogarnąć. Okazało się, że wywalić musiałam jedynie dwa pomidory i paczkę truskawek, więc nie było aż tak źle!

 

 

Powiem wam, że po tej wyprawie stwierdziłam, że super byłoby pojechać pociągiem jeszcze gdzieś! Bo doświadczenie było super :). A wy podróżowaliście po Stanach w taki sposób?

 

 

 

Do następnego,

Aga

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram
SHARE
  • Paulina Buchwald

    Wow! Jestem pod wrażeniem, i jak widać nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło 😉

  • Ty, aleee czad! Wiem, że 55h w pociagu to sporo, ale przeżycie na pewno super. W sumie mało kto z własnej woli się decyduje na taką podróż, ale fajnie że miałaś okazje tego doświadczyć 🙂

    • Powiem Ci, że pociąg był pełny! Wszystkie miejsca były zajęte, ale ja byłam najmłodszą pasażerką… Zaraz za mną Nathan haha Wszyscy ludzie, których widziałam, byli starsi. Przypuszczam, że albo boją się latać, albo nie mogą ze względów zdrowotnych.