New York, New York!

Drugą wycieczką, o której chciałam wam opowiedzieć była ta do Nowego Jorku. Spotkałam się tam z Dorotą, która przyleciała do Stanów na krótkie wakacje i właśnie Nowy Jork był jej pierwszym przystankiem. Z Dorotą poznałyśmy się na szkoleniu au pair, bo przyleciałyśmy tego samego dnia, a później odwiedziłam ją raz w Detroit.

Tym razem leciałam linią Frontier i było o wiele lepiej niż w Spirit, więc na podstawie tego doświadczenia mogę polecić Frontier. Lot z Atlanty do Nowego Jorku to niecałe dwie godziny, więc całkiem szybko. Podróż w tamtą stronę przespałam, bo żeby dotrzeć na lotnisko o czasue to musiałam wstać w środku nocy – o 3:30, a i tak do bramki doszłam w momencie, gdy już wpuszczali ludzi do samolotu.

Nie byłyśmy przywiązane do żadnych konkretnych planów, byłyśmy raczej otwarte i gotowe na zmiany. Tym bardziej, że, jak już większość z was pewnie wie, pogoda wcale nam nie dopisywała. Było naprawdę zimno jak na maj! Tzn. ja nie wiem jak w Nowym Jorku zazwyczaj jest w maju, ale jak byłam tam w listopadzie wieczorem to nie było tak zimno jak tym razem. Pierwszego dnia dosłownie się trzęsłam mimo tego, że cały czas chodziłyśmy po mieście, w dodatku padał deszcz. Drugiego dnia było już troszkę lepiej, bezdeszczowo, ale… kupiłam sobie gruby sweter. Od razu było mi lepiej!

Nasz hostel (Broadway Hotel) znajdował się bardzo blisko Central Parku, więc to właśnie tam poszłyśmy pierwszego dnia. Ten park jest olbrzymi, a my przeszłyśmy z jednego końca na drugi. Generalnie nie było szału, jakoś tak nagle stwierdziłam, że to taki zwykły park haha Przyjemnie, ale zwyczajnie. I nawet nie macie pojęcia ilu ludzi tam biegało! Nie było momentu, by jakiś biegacz nas nie minął i byli to ludzie w każdym wieku, od nastolatków do osób starszych. Fajnie, podobało mi się to.

 

 

Później musiałyśmy się gdzieś schować i ogrzać przez chwilę, więc wstąpiłyśmy do American Museum of Natural History i nie poszłyśmy na żadną wystawę ani nic, połaziłyśmy tylko trochę w środku w miejscu, gdzie nie trzeba było mieć biletów. Miejsce to znać możecie z wielu filmów, m.in. „Noc w Muzeum„. Ten jeden szkielet dinozaura był tak wysoki, że ciężko było zrobić dobre zdjęcie z jakiejkolwiek strony.

 

 

No i po tym wróciłyśmy znów do Central Parku, bo naszym głównym celem był Plaza Hotel, czyli hotel znany z filmu „Kevin sam w Nowym Jorku”. W sumie to ja bardziej chciałam tam pójść niż Dorota, ale, jak już pisałam, obie byłyśmy dość otwarte na to co zobaczymy. Pod hotelem rosły bardzo ładne tulipany, dość wysokie – wcześniej tak wysokich tulipanów nie widziałam! I żałuję, że nie weszłyśmy na chwilę do środka, jakoś totalnie o tym nie pomyślałam.

 

 

Będąc w Nowym Jorku trzeba się przygotować na to, że będzie duuuuużo chodzenia. Naszym celem po Plaza Hotel był Grand Central, czyli dworzec kolejowy, który również na pewno wiele z was zna z mnóstwa filmów. Po drodze wpadłyśmy do przypadkowej restauracji, która okazała się całkiem fajnym miejscem i trafiłyśmy nawet na słynny znak LOVE, który nie był w ogóle na naszej liście. Wpadałyśmy też po drodzę do sklepów z ciuchami w poszukiwaniu jakichś swetrów, ale wszędzie były już letnie rzeczy, więc skończyło się na tym, że tamtego dnia kupiłam sobie sukienkę. Akurat była promocja na dzień matki -50%, więc jak mogłam nie skorzystać ;)! Jeśli wyobrażacie sobie Nowy Jork jako miasto pełne ludzi, tętniące życiem i hałasem to macie rację, tak właśnie tam jest. Charakterystyczne dla tego miejsca są też schody na zewnątrz budynków, które widuje się co chwilę oraz ogromne chmury pary wydostające się spod ziemi.

 

 

Jakiś czas temu przenocowałam u nas w domu trzy dziewczyny, au pair, które zorganizowały sobie wyjazd po kilku stanach. Jedną z nich była Martyna, która mieszka bardzo blisko Nowego Jorku, więc postanowiłyśmy się spotkać! Przyprowadziła ze sobą Samantę, więc w czwórkę połaziłyśmy trochę po mieście (tak, znowu to chodzenie!), dotarłyśmy też na Times Square i później zaproponowałam im zjedzenie w surowej wegańskiej restauracji Rockin’ raw. Ciekawa byłam czy im posmakuje i okazało się, że smakowało im bardzo i wszystkie były nieźle zaskoczone. Tam pojechałyśmy już autem korzystając z ubera. Ja zamówiłam burgera, a Dorota burrito i podzieliłyśmy się po połowie. Dorzucam wam zdjęcie kawałka menu, żebyście mogli sobie zobaczyć więcej opcji.

 

 

Plany na następny dzień również były dość otwarte głównie dlatego, że wszystko zależało od pogody. Chciałyśmy wykupić sobie rejs i dopłynąć do statuy wolności i w sumie byłyśmy na to zdecydowane, ale końcowo postanowiłyśmy tego nie robić m.in. dlatego, że zamarzłybyśmy przez wiatr, a poza tym drogo by nas to wyniosło. Wjechałyśmy natomiast na szczyt One World Observatory i zobaczyłyśmy panoramę całego miasta. Powiem wam, że kiedyś niesamowicie mnie jarały takie widoki, ale już ich tyle zaliczyłam, że chyba trochę przywykłam i mimo tego, że ogólnie mi się podobało to nie byłam jakoś zachwycona. Wjazd na górę to koszt $37 (lub $34, jeśli kupuje się przez internet) no i jest to dość sporo, ale raz można :). Jeśli się tam wybieracie to polecam kupić wejściówki przez internet, bo wtedy nie czeka się w kolejce do kas.

Od razu po zejściu z obserwatorium podeszłyśmy sobie na 9/11 Memorial, czyli do miejsca, gdzie kiedyś znajdowały się wieże World Trade Center. Nie wchodziłyśmy jednak do muzeum.

 

 

Kolejnym miejscem, które odwiedziłyśmy, był Brooklyn Bridge, czyli miejsce, gdzie chyba każdy turysta robi sobie zdjęcie. Najpierw przejechałyśmy metrem na drugą stronę mostu, a później wzięłyśmy ubera na powrót i nasz kierowca wysadził nas wystarczająco blisko, byśmy mogły sobie przejść kawałek po moście. Co ciekawe, kierowca okazał się być mężczyzną urodzonym na Dominikanie, który mieszka w USA, ale nie lubi żadnego z tych miejsc i bardzo chciałby wrócić do Polski, gdzie wcześniej mieszkał kilka lat i gdzie ma córkę. Widzicie, bardzo ciekawych ludzi można poznać przypadkiem!

 

 

Później to już gdzie nas nogi zaniosły :). Trafiłyśmy do China Town oraz Little Italy, które są miejscami dość specyficznymi i generalnie nie polecałabym ich turystom jakoś specjalnie, chyba że kogoś interesują takie klimaty. Co mi się podobało najbardziej to stoiska z egzotycznymi owocami, ale jak zaczęli próbować nam sprzedawać „torebki Chanel” to mi się przypomniał warszawski stadion dziesięciolecia ;). Wpadłyśmy też pod budynek znany z serialu „Przyjaciele”!

Po drodze widziałam piętrowe parkingi, jakich u mnie nie ma, a przynajmniej nigdy wcześniej nigdzie się z nimi nie spotkałam. Na pewno są fajną opcją dla zatłoczonych miast, a takim na pewno jest Nowy Jork.

 

 

Jak wielu z was już wie, w Nowym Jorku do tej pory byłam raz i moja wizyta tam trwała zaledwie trzy godzinki, bo było to w czasie wycieczki z innymi au pair w czasie szkolenia, gdy przyleciałam do Stanów. Już wtedy powiedziałam, że nie chciałabym tam mieszkać, bo jest tam za głośno, zbyt dużo ludzi, zbyt brudno i tak dalej. Podtrzymuję tę opinię i zdecydowanie wolę moją Atlantę, ale dodam jeszcze, że ogólnie ten wypad bardzo mi się udał. Nie tylko dlatego, że miałam super towarzystwo, ale też dlatego, że zobaczyłam trochę nowych miejsc, coś innego. Ogólnie całe miasto na pewno ma jakiś urok, tylko po prostu trzeba to lubić, bo jest on specyficzny. Warto też zauważyć, że miejsca, które ja odwiedziłam to miejsca najbardziej turystyczne i nie cały Nowy Jork tak wygląda. To miasto to nie tylko wielkie wieżowce, śmieci na ulicach i hałas metra, ale też urocze i klimatyczne uliczki czy piękne, zadbane parki. Znajdziecie je w innych miejscach niż te pokazane powyżej, ale takie miejscówki też są!

 

Poniżej znajdziecie mój vlog nagrany w ciągu tych dwóch dni. Zapraszam do obejrzenia, jeśli jesteście ciekawi!

 

 

A wy byliście? Podobało wam się?

 

 

Do następnego,

Aga

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram
SHARE
  • Bardzo lubie New York, ale tak tylko na tydzien, bo wlasnie za duzo brudu i halasu. W sumie to tylko, moim skromnym zdaniem, jedzie sie tam na zakupy, runde po teatrach, restauracjach, muzeach i trzeba zmykac… 🙂 Central Park uwielbiam i zawsze staram sie isc do Boat House na lunch i przejsc kolo pomnika Jagielly, ktory jakos taki tam przesmiesznie zlowrogi i wymachujacy mieczami…

  • Patrycja

    W maju jest zazwyczaj zdecydowanie cieplej. Trafiłaś najprawdopodobniej na tych kilka okropnie zimnych dni. Nowy Jork jest bardzo specyficzny. To taka Ameryka w pigułce. Fanów Manhattanu trudno znaleźć wśród mieszkańców metropolii – zazwyczaj są nimi turyści albo tzw. świeży narybek, który dopiero co przyjechał. Im dalej w las, tym zachwyconych ludzi mniej, a po kilku-kilkunastu latach większość ludzi zwiewa z tego miasta, na to miejsce wskakują przyjezdni i koło się zamyka. Staten Island jest bardzo ładne, typowa podmiejska dzielnica z wypielęgnowanymi ogródkami i białymi plotkami ale obecnie walczy z największa w dziejach plagą osób uzależnionych od leków i narkotyków (chociaż podobna tendencja wzrostowa niestety panuje obecnie w całym USA). Brooklyn jak to Brooklyn – kto tu raz był, zostawia w nim serce 😉
    Zapraszamy ponownie jesienią. Wrzesień-październik to świetny czas to zwiedzania miasta, znikają już powoli ogłuszające klimatyzacje i jesli nie pada to jest naprawdę kolorowo.