101 sposobów na to jak (NIE) wychowywać dzieci

W ciągu ostatnich paru tygodni dostałam kilka książek do zrecenzowania i napisałam do tej pory tylko o jednej, bo reszta kłóciła się w jakiś sposób z moim stylem życia, z moimi wierzeniami. Jest jednak jedna pozycja, która wzbudziła we mnie takie emocje, że opowiadając o tym Nathanowi usłyszałam od niego: „powinnaś napisać o tym na blogu”. Stwierdziłam, że ma rację, dlatego też teraz zabieram się za opowiedzenie wam paru rzeczy, które sprawiły, że czytałam to cała nabuzowana, i że nie odrzucę tej propozycji tak po prostu bez wspominania o tym tutaj na blogu. Wręcz przeciwnie, bo mam nadzieję, że jak najmniej osób weźmie sobie słowa z owej publikacji do serca.

.

.

Książkę napisał Jim Gromer i jej tytuł to „How to Raise Great Kids – 101 Fun & easy ideas”. Moją pierwszą myślą było to, że to 101 pomysłów na zabawy, na to jak spędzać z dziećmi czas i tego typu rzeczy, a już od samego początku książki przekonałam się, że chociaż takich pomysłów też trochę jest to ogólnie zwyczajnie chodzi o tresowanie swoich dzieci. Tresowanie, inaczej tego nie mogę nazwać. Słowo „great” natomiast w tym przypadku oznacza nie „świetne”, a „poddane mi”. Wy wiecie już, że ja jestem przeciwna takim prayktykom, więc na pewno nie będziecie zaskoczeni tym, o czym tutaj opowiem.

.

.

.

Zawsze mi się wydawało, że rodzice uwielbiają słyszeć te pierwsze słowa jak mama czy tata, że tak im się ciepło na sercu robi, gdy ich dziecko się tak do nich zwraca. Ja sama nie mogę się doczekać aż April powie do mnie mom, ale – tego wam nigdy nie mówiłam, więc uwaga! – nie będę miała nic, ale to nic przeciwko temu, żeby mówiła do mnie też po imieniu tak jak Alicia zwraca się do mnie – mommy albo Aga – oraz do Nathana – dad albo Nate. Jak im wygodnie tak jest okej, mi to w ogóle nie ubliża, a przecież Aga to moje imię. W każdym razie, Polsce na pewno też się to zdarza, ale nigdy nie widziałam tego, co zauważyłam tutaj i co bardzo mnie zaskoczyło i zniesmaczyło. Chodzi o to, że czasami dzieci mówią do swojej mamy ma’am, a do taty sir, czyli po prostu pani i pan. Wiecie, na zasadzie, że Alicia wstaje rano, wchodzi do kuchni i widzi mnie siedzącą przy stole. Mówi więc „dzień dobry, proszę pani!” zamiast zwykłego „cześć, mamo/Aga!” No kurcze, widzicie jak to brzmi? Wróćmy teraz do książki, a dokładnie na trzecią jej stronę.

Gdy poproszę naszego syna o posprzątanie jego pokoju to on musi odpowiedzieć „tak, proszę pana”, zanim będzie mógł zapytać „mogę posprzątać pokój jak skończę grę, proszę?” Uczymy go tego, że bycie posłusznym jest ważne, ale dajemy mu też wolność do podzielenia się własnym zdaniem. (…) Kto chciałby mieć w domu dziecko, które mówi „nie” za każdym razem, gdy mówicie mu, by coś zrobiło? Nie chcesz wychować strachliwych małych robotów, ale posłuszeństwo powinno być największym priorytetem w waszym domu.

To posłuszeństwo, o którym autor pisze to robienie wszystkiego, czego sobie rodzic zażyczy i najlepiej bez mrugnięcia okiem. To podejście mnie jednak nie dziwi, bo jest niesamowicie powszechne na całym świecie, co nie oznacza jednak, że je popieram. Bardziej nie rozumiem wymagania od dzieci, że będą zwracały się do swoich rodziców w taki sposób. Przypuszczam, że rodzice uważają, że to znaczy, że dzieci okazują im szacunek, ale… nie, według mnie tu nie ma żadnego szacunku. Tu jest tylko wykonywanie tego, co dorośli każą, bo w przeciwnym razie zostanie się ukaranym. Zamiast szacunku jest więc strach. Niczym niewolnik i jego pan, serio, tylko z tym mi się to kojarzy. Takie uważanie siebie samego jako jakiegoś boga, kogoś maksymalnie ponad dziecko, które nigdy nie będzie mogło się z nim równać. Naprawdę, nie ma żadnej równości, a tylko traktowanie innych domowników jak obcych ludzi. Bo ja nie uważam, żeby prawdziwą, kochającą się, pełną szacunku i ciepła rodziną była grupa ludzi, w której dzieci muszą nazywać matkę – pani, a ojca – pan. Swoją drogą, wyobraźcie sobie, że mężczyźnie zachciewa się łóżkowych igraszek, a jego żona jest tak wykończona, że zasypia prawie na siedząco. Odpowiada mu więc: „oczywiście, proszę pana!”, a po chwili: „a czy moglibyśmy jednak zrobić to innego dnia, proszę?” Przeczytajcie to na głos i wyobraźcie sobie siebie w takiej sytuacji. Trochę to niedorzeczne, nie? Nie tylko nazywanie męża „pan”, ale też zgadzanie się bez mrugnięcia okiem najpierw, zanim wyrazi się swój sprzeciw. Ja czułabym się zwyczajnie poniżona, nie wspominając o tym poczuciu, że coś jest nie tak, że to wszystko jest bardzo dziwne. Nie wydaje mi się, żeby autor książki traktował tak żonę i pewnie by mnie wyśmiał, jakbym zapytała dlaczego. Ale co do dzieci to nie ma żadnych skrupułów, bo przecież dzieci to tylko dzieci i nie mają prawa mieć żadnego zdania, żadnych uczuć ani pokazać żadnego sprzeciwu, bo to rodzic jest ich panem.

.

.

.

Drugą rzeczą, o której chcę tu wspomnieć jest to, że Jim uważa, że dzieci nie powinny widzieć w swoich rodzicach przyjaciół. Powinni widzieć tylko rodziców… Co to tak naprawdę oznacza? Dlaczego przyjmujemy tego typu role zamiast po prostu żyć tak, jak nam instynkt podpowiada? To jest na zasadzie: „jestem jej matką, więc muszę zachowywać się w taki sposób, bo tak przystoi na rodzica”, ale według mnie nie ma tu żadnych zasad. Jest tyle osób, które nie płaczą przed dziećmi, nie pokazują słabości, nie przyznają się do popełnionego błędu, nie przepraszają… Bo są rodzicami. A później maluchy widzą dorosłych jako jakieś roboty bez uczuć. No, może nie do końca, bo w pokazywaniu złości są przecież mistrzami. Jeśli to jest definicja rodzica to nie, ja dziękuję. Mogę to zrozumieć ogólnie jakby tak spojrzeć na maluszki, no bo taka April na przykład jest ode mnie totalnie zależna przez większość czasu, jednak ta zależność się dość szybko skończy. Później natomiast dzieciaki potrzebują drugiego człowieka, który będzie je kochał, troszczył się, słuchał, pomagał gdy jest taka potrzeba i przede wszystkim dał im żyć własnym życiem. To jest naprawdę mega proste.

Info: te żółte podkreślenia to nie książka, ja sobie zaznaczałam niektóre rzeczy.

.

.

.

Jeśli twój niejadek nie chce nawet spróbować jednego kęsa to zamieniamy to w dwa lub trzy. Jeśli już musisz wysłać swoją córkę do kąta za nie próbowanie tego co jest w menu to powiedz jej, że jak wróci to dalej musi spróbować choć jeden kęs. 

Powiem wam szczerze, że jak to przeczytałam to złapałam się za głowę. Wiecie skąd się te niejadki biorą? No głównie właśnie przez takie zachowania dorosłych, którzy wmuszają jedzenie w dziecko. Jakby nie było odgórnie narzuconych zasad, że TRZEBA spróbować wszystkiego, to dziecko samo spróbowałoby więcej niż w momencie, gdy te zasady są. Poza tym, nie oszukujmy się, ale tak ja nie chciałabym zjeść wszystkiego co ktoś inny mi da, ani nikt z was nie byłby tak odważny. Dlaczego oczekuje się tego od dzieci? Bo są młodsze i nie mają prawa głosu? Przecież one też mają swoje gusta! Możliwe, że np. dzisiaj nie mają po prostu ochoty na ziemniaki i zjedzą sobie samą sałatkę, przecież to się zdarza i jest całkowicie normalne. Nie wyobrażam sobie karać dziecka za to, że nie ma ochoty na spróbowanie czegoś, co rodzic podaje. Inną sprawą jest to, że niesamowicie mało osób w ogóle konsultuje z dziećmi jakiekolwiek menu, a jeśli nie konsultują to nie powinni się dziwić, że ten „niejadek” odmawia.

.

.

.

Jak przeczytałam tę część to aż się roześmiałam.

Jeśli naprawdę nienawidzisz czegoś co twoja córka na siebie zakłada to spraw, że w czasie następnego prania rzecz ta magicznie zniknie. Jeśli pozwalasz jej wybierać ciuchy przez większość czasu to masz prawo powiedzieć jej, co ma na siebie założyć w innych momentach. (…) I ona musi się zgodzić. Przecież to ty jesteś szefem (lub powinieneś być).

Dobra, ja rozumiem, że nie zawsze mogą nam się podobać wybory naszych dzieci w kwestii ciuchowej. Rozumiem też, że raczej mało kto czułby się komfortowo, jakby 7-letnia dziewczynka założyła spódniczkę odkrywającą jej pośladki i koszulkę z głębokim dekoltem na urodziny u babci. Wiadomo, ja też nie byłabym z tego powodu szczęśliwa. Są jednak inne sposoby do podzielenia się swoimi obawami jednocześnie pokazując dziecku szacunek, nie kłamiąc i nie robiąc z siebie idioty, bo przecież wszyscy – nawet dzieci – wiedzą, że bluzka tak po prostu magicznie nie zniknęła. Nie rozumiem tej potrzeby Jima do pokazywania dziecku, że „to ja jestem szefem” nawet w tym przypadku i nakazywania mu ubrania tego, czego ojciec sobie zażyczy… bo tak. I znowu, jakoś nie wyobrażam sobie, żeby był szczęśliwy, jakby to jego żona wybierała mu ciuchy do pracy. No ludzie, dajmy tym dzieciom trochę wolności i nie przekraczajmy ich granic.

.

.

.

Szczerze nie znoszę tłamszenia uczuć. Bardzo nie popieram wpajania dzieciom, że nie mogą pokazywać żadnych uczuć poza szczęściem, że nie mają prawa się zezłościć z żadnego powodu. Wierzę, że każda taka akcja ma konkretny i dobry powód! Jeśli 4-letnie dziecko męczy się nad jakimś obrazkiem przez godzinę, na który później ktoś niechcący wyleje kawę to dzieciaczek się zezłości, może zacznie krzyczeć, płakać albo powie, że tej osoby nienawidzi. I dla tego, kto tę kawę wylał wydawać się to może błahe, bo przecież to tylko obrazek, a poza tym dziecko nie ma prawa zachowywać się w taki sposób! Dla tego malucha natomiast to była godzina pracy, skupienia, radości z tego co robił i tak dalej. I dla niego ta wylana kawa, chociaż było to niechcący, jest zwyczajnym zniszczeniem jego całej pracy, w którą włożył tyle serca! Ma więc mieszankę uczuć, z których największym jest zapewne smutek, ale 4-letnie dziecko nie jest w stanie jeszcze tak dobrze nazwać wszystkich emocji, wyłapać co dokładnie się dzieje i sobie ze wszystkim poradzić. Tłamszenie tego, mówienie dziecku, że ma się uspokoić i tego typu rzeczy tylko wszystko pogorszą. Pisałam kiedyś o tym, że według mnie w takich sytuacjach najlepszym wyjściem jest pokazanie potomkowi zrozumienia i akceptacji.

Namów swoje dziecko, by odeszło. (…) Powiedz: „to wszystko co masz? Możesz krzyczeć głośniej. Możesz kopać mocniej niż teraz.” (…) Albo odejdź, gdy się złości. Jeśli zostawisz młodą krzyczącą i odstawiającą sceny to w końcu się zorientuje, że nikogo nie interesuje to, że zachowuje się jak jakiś bachor.

Cytat powyżej pokazuje jak totalnie zignorować dziecko, okazać mu braka zrozumienia, brak miłości. Pokazać, że dziecko nie może liczyć na dorosłego w trudnych momentach, że nie dostanie żadnej pomocy. Jest to też zostawienie dziecka w poczuciu, że jest samotne, że to co robi jest złe, że ono jest złe. No i całkowicie tu brak szacunku, o który to rodzic tak ostro cały czas walczy… Straszne, naprawdę straszne. Takie coś bardzo odbija się na dziecku i pozostaje w nim na długie lata, czasem nawet na zawsze, bo później ludzie rzadko zdają sobie sprawę z tego, że wiele ich problemów w dorosłym życiu ma swoje źródło właśnie dokładnie w byciu traktowanym w taki sposób, gdy byli dziećmi.

.

Jest jeszcze jeden fragment, który sobie zaznaczyłam kilka kartek dalej, ale mniej więcej o tym samym.

Za każdym razem, gdy [córka] narzeka, że musi zrobić coś co jej powiedziałeś, przydziel jej dodatkowe zadanie.

To tak jakbym kazała Nathanowi posprzątać całą kuchnię nie zwracając uwagi na to jak się czuje, czy jest zmęczony, czy robi coś innego, a może chciałby właśnie teraz zająć się czymś innym. Gdy on powie, że woli później albo żebym ja mu pomogła, bo nie chce robić tego sam to ja odpowiem „to w takim razie jak sprzątniesz kuchnię to zajmij się jeszcze łazienką, skoro tak narzekasz”. Przecież to nie ma żadnego sensu. Dzieci nie są jakimiś niewolnikami, którzy zawsze i wszędzie muszą wykonywać polecenia swojego „pana” i naprawdę przykro mi jest obserwować tego typu akcje.

.

.

.

To ty jesteś w domu osobą odpowiedzialną, więc proszę przejmij kontrolę nad tym jak twoje dziecko mówi, je i jak się zachowuje. (…) Wstyd, jaki poczuje gdy trzymasz jego ręce i kierujesz nimi, by zrobił to co chcesz da mu wystarczająco inspiracji, by następnym razem zrobił to samodzielnie.

Mówiłam, że to tak jakby mieć w domu niewolnika i znowu mam to samo wrażenie. Jim radzi przejąć kontrolę nad dzieckiem we wszystkich aspektach życia, nawet tych podstawowych czynnościach jak mówienie. Bo przecież dziecko nie może mieć wolnej woli i zawsze musi się podporządkować i robić wszystko, co jego rodzic chce, nie? To jest niedorzeczne oczekiwanie, bo to są dwie różne osoby z różnymi charakterami i to, co podoba się rodzicowi nie musi się podobać dziecku. A jeśli ojciec uważa, że musi odnieść się do kompromitowania i zawstydzania swojego dziecka po to, by zrobiło ono to czego on oczekuje to sorry, ale relacje między wami są wręcz beznadziejne. Gdyby były okej to szanowalibyście się nawzajem, a sprawianie, że dziecko czuje wstyd, by osiągnąć swój cel jest oznaką totalnej bezradności, która niestety odbije się na potomku.

.

.

.

Ogólnie autor uważa, że za wszystkie przewinienia trzeba dziecko karać. I mówiąc przewinienia mam na myśli to, że dziecko po prostu ma własne zdanie i uczucia, które stara się obronić i nie chce się podporządkować wszystkiemu, co wychodzi od rodzica. Przecież to jest takie naturalne! Tak samo jak jego rodzic nie podporządkowałby się wszystkiemu, co mówi jego ojciec czy mama. Sugeruje też, że dzieci są na tyle głupie, że trzeba im wbijać wszystko do głowy tak wcześniej jak tylko można, bo inaczej nigdy się nie nauczą i będą robić daną rzecz do końca życia.

Jeśli twoje dziecko nie nauczy się tego wcześniej, nigdy tego nie zrozumie.

I tak się zdarzy tylko wtedy, gdy dana potrzeba malucha nie zostanie zaspokojona. I będzie on robić to samo w kółko aż w końcu dostanie to czego potrzebuje (i to nie musi być rzecz, ale np. więcej czułości, uściski, itp.), aż w końcu zwróci na siebie uwagę rodzica. Potem niestety sam zapomni czego tak naprawdę chciał, ale poczucie braku czegoś ważnego zawsze zostanie. Jest tyle innych sposobów na rozmowy z dziećmi, że naprawdę nie rozumiem konieczności poniżania, zawstydzania i manipulowania.

.

.

.

Niestety twój syn zwierza się zazwyczaj tylko wtedy, gdy jest w nastroju, a to może nie zdarzać się zbyt często.

To jest trochę interesujące podejście, bo, według mnie, tu wcale nie chodzi o nastrój. Jakby dziecko – czy ktokolwiek inny – czuło się bezpiecznie to nie miałoby problemu ze zwierzaniem się z czegokolwiek, nie miałoby problemu z wyrażaniem swoich uczuć, emocji czy też doświadczeń używając języka mówionego i żaden „tani notes” nie byłby potrzebny. A jeśli zdarza się to rzadko to nie jest to kwestia bycia w nastroju, ale tego, że relacje między na przykład ojcem a dzieckiem są kiepskie i dziecko nie czuje, że może ojcu zaufać, więc jak może się zwierzyć z czegokolwiek? To jest takie oczywiste! A jeśli ktoś zdecyduje się wychowywać malucha według tego co zawarte jest w tej książce to tego zaufania nigdy nie będzie. Będzie zaufanie udawane i spowodowane tym, że potomek zwyczajnie nie chce zostać ukarany, nie chce być poniżany, nie chce mieć kłopotów.

.

.

.

I na koniec cytatów dodam fragmencik, który mnie niesamowicie zdziwił.

Zrób wszystko co w twojej mocy, by chronić twoje dzieci przed złymi ludźmi. To tyczy się też waszej rodziny! Jeśli twoja mama znęca się nad twoim dzieckiem psychicznie to nie spędzaj z nią zbyt dużo czasu.

Oczywiście tutaj się zgadzam całkowicie, tylko wtedy do głowy przychodzi mi jedno proste pytanie. Skoro wspomniana babcia nie może spędzać czasu z dzieckiem z tego powodu, to dlaczego własny ojciec uważa, że może się nad tym samym dzieckiem znęcać? Bo jest ojcem? Niestety dla niego, ale wyśmiewanie, kontrolowanie we wszystkich sferach życia, zmuszanie do jedzenia, karanie za wszystko, zawstydzanie i inne wspomniane w książce to znęcanie psychiczne.

.

.

.

.

Wiem, że jestem tu dość bezpośrednia i nie do końca spokojna, ale powiem wam szczerze, że tak nie mogłam jak i nie chciałam inaczej. Ludzie bardzo często dziwią się, że April jest taka spokojna i szczęśliwa gdziekolwiek jesteśmy. Po prostu obcy ludzie podchodzą i mówią, że wow, jaka ona jest zadowolona, jaka grzeczna! I często widzę tych ludzi szarpiących swoje dzieci, popychających je, krzyczących na nie, karcących je za byle co. Nie rozumiem więc czemu się dziwią, że ich dzieciaczki wcale nie są zadowolone, że się buntują i są „nieznośne”. Mają ku temu powody.

I zanim ktokolwiek mi powie, że się tu wymądrzam, a nie mam nawet wykształcenia pedagogicznego chcę zaznaczyć, że tu żadne wykształcenie nie jest potrzebne. Co jest istotne w tworzeniu kochającej się rodziny to przede wszystkim empatia, akceptacja i traktowanie się nawzajem z szacunkiem. I przeraża mnie to, że ktoś totalnie tego pozbawiony pisze poradnik dla rodziców. Wiecie ile jest książek tego typu? Tysiące. A wiecie, ile jest książek, w których jedną z proponowanych metod wychowawczych jest bicie dzieci? Też mnóstwo i aktualnie czytam fragmenty jednej z takich pozycji.

Dobra, ulżyło mi trochę. I naprawdę szczerze proponuję, byście przy czytaniu książek, szczególnie poradników, nie brali wszystkiego aż tak do serca. Jeśli czytacie, że by być super rodzicem i wychować dzieci „na porządnych ludzi” to wymagane jest to, by je karać, a wy bardzo źle się czujecie tak postępując to tego zwyczajnie nie róbcie! Wasze przeczucia w zdecydowanej większości przypadków są tym, czego powinniście słuchać.

.

.

Do następnego,
Aga

.

.

.

.

Jeśli lubisz tu zaglądać i czytać moje posty to będę bardzo wdzięczna, jeśli zagłosujesz na mojego bloga klikając w baner poniżej. Dzięki :)!

glosowanie

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram
SHARE
  • Tak, przerazajace jest to, ze kazdy kto czuje potrzebe moze wypuscic na rynek wypocine w postaci „poradnika”… Jim Gromel nie ma w tym zakresie zadnego wyksztalcenia. Jego spaczone podejscie mozna zrozumiec, jesli sie wie, ze byl w U.S. Navy i ze na tyle go widac ta kultura zafascynowala, ze postanowil swoja czworke dzieci zamienic w malych zolnierzy (przykladowo naduzycie odpowiadania: „yes, sir” albo „ma’am”, czy brak jakiejkolwiek dyskusji). Plus, ma masters z teologii, wiec to w ogole juz wybuchowa mieszanka. Dawno temu dzieci mowily do rodzicow per sir albo ma’am glownie jak byly opieprzane i musialy przytaknac, ze zrozumialy, co zawinily i ze np. tego wiecej nie zrobia. Wiec byla to metoda zaakcentowania powaznosci sytuacji, skruchy, zrozumienia bledu, ale nie codziennej formy zwracania sie w rodzinie. A ten facet to po prostu poprzekrecal i wypaczyl, i jak mowie, traktuje dzieci jak malych zolnierzy! Ksiazka nie byla weryfikowana przez fachowcow co by mieli w dziedzinie wychowania i o rozwoju dziecka jakies pojecie. To wysilek rodzinny, wiec po prostu wydrukowali sobie co im slina na jezyk przyniosla. Wszystko sie wiec sprowadza znow do tego, ze zanim uwierzymy w jakiekolwiek porady, dobrze sprawdzic zrodlo i nie bac sie byc krytycznym, bo pelno niestety smiecia na sklepowych polkach…

    • Aga

      Nie wiedziałam tego o nim, więc dzięki za info. Wiedziałaś to wcześniej czy sobie wygooglowałaś po prostu?
      Dawno temu może i tak i pewnie w niektórych rodzinach dalej chodzi o to co napisałaś, ale to sir i ma’am wciąż jest widoczne też w normalnych sytuacjach. Na przykład jedna moja znajoma oczekuje, że jej dzieci będą tak do niej mówić właściwie cały czas. Gdy np. zadaje im jakieś pytanie to oni odpowiadając „yes” muszą dodać „ma’am”, bo w przeciwnym razie ona wprost zapyta „i co powinieneś powiedzieć?” Straszne to jest według mnie i naprawdę bardzo dziwne.
      Zgadzam się z tym, że warto sprawdzać i nie bać się być krytycznym.

      • Wygooglowalam, bo chcialam zobaczyc czy to moze gosc, ktorego wlasnie nazwiska nie pamietam, co propagowal trzaskanie dzieci rozgami i w ogole jakies sredniowieczne i traumatyczne metody. Tamten wygladal jak lesny dziadek i mial kolo 70-tki, wiec jak wygooglowalam to stalo sie jasne, ze to inny maniak… On tez zreszta kazal dzieciom mowic do rodzicow Ma’am and Sir w kazdej sentencji. Absolutnie niezwykle i przerazajace.

      • Aga

        No niestety sporo jest takich ludzi… Mam nadzieję, że każde kolejne pokolenie będzie łaskawsze i bardziej świadome.

    • To bardzo wieletłumaczy…
      Cóż za podejście. Nie wiem kto dał Ci tę książkę Aga, ale może już więcej od tej osoby nie bierz 😛

      • Aga

        Mam nadzieję, że więcej książek już nie wydadzą 😉

  • Paulina

    Aga,

    Czytając to jestem w OGROMNYM szoku. To jest książka, która mówi o tym co zrobić, aby dziecko znienawidziło swoich rodziców oraz o tym jak dziecko skrzywdzić, jak się nie zachowywać/nie wychowywać. Jestem zdziwiona, że w ogóle ktoś dopuścił takie brednie do druku. Mam nadzieję, że ludzie używają na tyle swojego mózgu, żeby wiedzieć, że takie postępowanie jest po prostu złe i krzywdzące, nie rozumiem jak ktoś kto kocha swoje dziecko mógłby się tak zachować. A autor tej książki Jim ‚jakiśtam’ powinien otrzymać zakaz zbliżania się do jakiegokolwiek dziecka!

    • Aga

      Dokładnie tak, mamy takie same wrażenia. I niestety tak to jest, że wiele ludzi nie widzi nic takiego jako coś negatywnego, wręcz przeciwnie. Wiele osób uważa, że robią to „dla dobra dzieci”.

  • Aneta

    Jestem w szoku po przeczytaniu co w tej książce jest opisywane i proponowane. To jakieś średniowieczne metody! Dla mnie to samo poniżanie, tlamszenie dziecka, odbieranie mu dzieciństwa i radości z tego czasu. Nie wierzę, że można coś takiego w ogóle proponować. Ciekawe co by autor zrobił, jakby ktos go postawił w sytuacji takiego dziecka, czy byłby zadowolony z odbierania podstawowych praw. Kojarzy mi się tutaj „metoda” zniechęcania do palenia papierosów, polegająca na zmuszaniu dziecka/nastolatka do palenia jednego papierosa po drugim, aż mu się zrobi niedobrze. Rozumiem, że rodzic może nie chcieć żeby dziecko paliło, sama jestem przeciwna paleniu papierosów ale ta metoda jest straszna. Jak będziemy na siłę coś jeść lub pić to też w pewnym momencie zrobi nam się niedobrze, nawet jeśli to będzie najzdrowsza rzecz, bo zwyczajnie każdy ma jakiś limit ile może w danym momencie zjeść. Uważam, że w takich momentach przede wszystkim należy rozmawiać. A odchodzenie od dziecka gdy jest zdenerwowane? Nic dziwnego, że później nie chce się zwierzac. I w przyszłości to się raczej nie zmieni. Jeśli ja bym była tak traktowana jako dziecko, teraz, jako osoba dorosła nie chciałabym utrzymywać z nimi kontaktu.
    Super że Twoja April jest tak wesołym dzieckiem 🙂 na pewno będziecie miały dzięki temu super relacje, jak podrośnie i będzie wiedziała że ma w rodzicach oparcie i będzie mogła przyjść do Was z każdym problemem. 🙂

    • Aga

      No właśnie problem w tym, że autor tej książki chyba nie za bardzo chce, żeby jego dzieci były szczęśliwe. Kilkakrotnie powtórzył natomiast, że bardzo zależy mu, żeby były one posłuszne, bardzo pracowite, itp.
      Ehh to co napisałaś o papierosach jest okropne… Naprawdę super metodę sobie ktoś wymyślił :/

  • ppp

    wow, jestem w szoku… mam wrażenie, że ta książka to jakaś marna prowokacja, bo to co autor wypisuje w głowie się nie mieści… paranoja

    • Aga

      Szczerze to podobnie pomyślałam na początku. Przez chwilę aż się zastanowiłam czy on sobie jakiegoś żartu nie robi 😉 Bo w mailach wydawał się mega sympatyczny. No ale wiesz… Pisał ze mną, a nie z dzieckiem.

  • AgulaW

    Wiesz Aga nie czytam poradnikow. Opracowania naukowe owszem I jak najbardziej.
    Ale poradniki? Szkoda mi zycia. Zazwyczaj wlasnie to jest cos takiego. Ni to pies ni wydra. Ani w te ani wewte. Po co sie denerwowac I jeszcze dawac zarobic nawiedzonemu autorowi bzdur?
    Owszem wychowanie ma pewne wzorce, ale te wzorce mozna przykladac w sposob ogolny do dzieci zdrowych. Tzw neurotypowych. Sa przeciez jeszcze dzieci mniej lub bardziej zaburzone. Sa rozne sposoby wychowania dyktowane warunkami, przekonaniami, religia.
    Ale w tym wszystkim najwazniejsze jest dziecko. Czlowiek od nas zalezny. CZLOWIEK. Nie zabawka, zachcianka, czy spelnienie naszych niespelnionych przagnien I marzen. Osobny czlowiek.
    Wiesz popelnilam sporo bledow przy wychowywaniu, sporo udalo sie naprawic na czas. Niek nie jest doskonaly. Ale da sie. Jak sie kocha to sie da.
    A jak widze kogos, kto szarpie dziecko to sie zawsze pytam: pania tez szef bije jak pani robi cos inaczej niz on chce? Dziala:D
    Pozdr.
    AgulaW

    • Aga

      Haha „ni pies ni wydra”, dokładnie 😉 Jak widać poradnik każdy sobie może napisać o czymkolwiek. To tak jakbym ja teraz wydała książkę o tym jak się malować, chociaż pojęcia o tym nie mam prawie żadnego. Ale co z tego, mogę przecież. Porównanie kiepskie, bo mój beznadziejny poradnik makijażowy nie sprawiłby nikomu krzywdy do końca życia, w przeciwieństwie do książki, o której napisałam.
      Pewnie, że się da! Trzeba chcieć.
      A ten tekst, którego używasz do innych to sobie zapamiętam i naprawdę chcę w końcu zacząć się odzywać w takich sytuacjach.

  • Pela

    Agnieszka, mam jedna uwage stylistyczna (wybacz, zboczenie zawodowe) – mozna „odnosic sie do kogos z szacunkiem”, „wzajemnie okazywac sobie szacunek” lub „wzajemnie szanowac”. „Szanowanie sie nawzajem z szacunkiem” raczej nie brzmi dobrze 🙂

    Jesli chodzi o post (blog calosciowo) – wszystko to, co zwykle opowiadasz na temat ‚jakim powinno sie byc rodzicem, partnerem, przyjacielem’, to jakie zwykle przedstawiasz cechy majace w tym przypadku znaczenie, to jest mam wrazenie wypisz, wymaluj moja mama. Kiedys powtarzalam, ze nie chce nigdy byc matka, gdyz nigdy nie bede w stanie byc takim rodzicem dla swojego dziecka, jakim ona jest dla mnie. I gdyby mi kiedykolwiek przyszlo do glowy, zeby stosowac sie do takich wlasnie ‚poradnikow’, predzej czy pozniej widzialabym siebie jako potwor, nie – troskliwy opiekun i jedna z najwazniejszych osob w zyciu dziecka. Najbanalniejsze ‚nie rob drugiemu co tobie niemile’ sie w roli rodzica sprawdza w stu procentach. W stosunku do tej ksiazki jest to raczej stwierdzenie przeciwne.

    Trzymaj sie cieplo,
    Pela

    • Aga

      Chodziło mi o „traktowanie się z szacunkiem”, niechcący dodałam to samo słowo. Spokojnie, nie mam jeszcze problemów z językiem polskim ;).

      Poczekaj, bo nie do końca zrozumiałam Twój komentarz. Chodzi Ci o to, że to co piszę na blogu o podejściu innych, o tym podejściu, które mi się nie podoba, to jakby Twoja mama? Czy Twoja mama zachowywała się tak, jak ja uważam za dobre zachowanie? Nie załapałam tego.

      • Pela

        Domyśliłam się, że nie chciałaś tego ująć w ten sposób. Ot, musiałam się przyczepić do czegoś, aby nie było zbyt różowo:) I nie, nie myślę, że masz problemy z j. polskim – co więcej, Twoja umiejętność wypowiadania się w swoim ojczystym języku jest znacznie lepsza od mojej, a to ja jestem ta czepialska 🙂
        Przykład – brak zrozumienia o co mi chodziło w poprzednim komentarzu.

        Już wyjaśniam – Ty, Twoje podejście i wiele opinii (wnioskując oczywiście wyłącznie z tego, co piszesz na blogu) bardzo się pokrywa z tym, jaką osobą jest moja mama. Nie pamiętam sytuacji, w której by na mnie krzyknęła, zamknęła za karę w pokoju, zmuszała do jedzenia, nie chciała słuchać czy powiedziała „bo ja tak mówię”. Zawsze stawiała na rozmowę, wzajemne zrozumienie, szacunek, wysłuchiwała ze spokojem nawet najdziwniejszych argumentów wysnuwanych przeze mnie lub mojego brata (kiedy podstępem chcieliśmy coś osiągnąć) bez zbędnego prychania, mówienia „weź się palnij w czółko” czy innych tego typu rzeczy. A wspominam o tym dlatego, że sama nie mogę się zbytnio wypowiedzieć o tym jak powinno się wychowywać dzieci, co robić, a czego nie robić, bo zwyczajnie nie mam o tym pojęcia. Jeśli jednak będzie mi kiedyś dane zostać rodzicem, chciałabym podążać za tym, czym kierowała się moja mama lub o czym Ty wielokrotnie wspominałaś. Czyli krótko mówiąc byłabym przeciwieństwem „rodzica idealnego” wykreowanego w książce, którą zrecenzowałaś.

        Mam nadzieję, że tym razem to, co powiedziałam miało nieco więcej sensu 🙂
        (Mam jakiś problem z komputerem – jeśli dodałam dwa razy ten sam komentarz to nie było to zamierzone.)

        Pela

      • Aga

        Aaaa, to wszystko jasne! Widać nie musisz mieć nie wiadomo jakiej wiedzy, bo kierujesz się uczuciami i zdrowym rozsądkiem, a to naprawdę bardzo dużo 🙂

  • Ale dawno się tu nie odzywałam (nie myślałam, że kiedykolwiek brak czasu dopadnie mnie aż tak, żeby nie mieć czasu napisać komentarza ;)). Lepiej późno niż wcale więc Aga: dużo zdrowia! (piszę to i do Twojej przeszłości i przeszłości :)) A teraz przechodząc do Twojego wpisu: rodzice zapominają, że ich dzieci są lustrami, które po prostu odwzorowują zachowania ich rodziców (szczególnie jak są male). Dlatego zawsze mnie bawi jak jakaś madka (błąd zamierzony 😉 ) opowiada na fb czy w internecie jakie to ma złe i niewychowane dziecko BO (i tutaj tyrada na temat przedszkola, szkoly, nauczycielki, koleżanki, byłego męża – ojca dziecka, wiadomo: wymówki, wymówki, wymówki). To zabawne jak madka mówi „moje dziecko jest uparte jak osioł i mnie nie słucha”, bo wiadomo, że (nie ZAWSZE ale w większości przypadków) to nie wzięło się znikąd. Ja jestem kopią moich rodziców. Trochę wzięłam z zachowań mamy, trochę z taty. Ale napewno moje zachowania nie wzięły się znikąd. I tak jest w większości przypadków 😉 To bardzo łatwo zaobserwować. Jak byłam mała wszyscy się dziwili, że „taka mała a lubi ryby, dzieci przecież nie lubią ryb”. Gucio. Po prostu odkąd pamiętam moi rodzice lubili ryby, kupowali je na kilogramy, jedli je i dzielili się nimi ze mną, pozwalali mi wybierać w sklepie moje ulubione rodzaje i kupowali mi je jeśli tylko chciałam. Nigdy nawet nie pomyślałam, że to dziwne, że jako dziecko lubiłam i jadłam ryby 😉 Po prostu taki mialam przykład. Jednocześnie nie lubiłam jajek (pod koniec podstawówki mi przeszło:D) i wszyscy to szanowali, nikt ich we mnie nie wpychał, każdy dbał, żebym w swoim posiłku nie znalazła jajka bo ich po prostu nie lubię. Zawsze się np dziwiłam, że moje koleżanki nie mogły czytać książek po nocy. Odkąd pamiętam: szłam spać jak mi się chciało. Oczywiście. O (przykładowo) 20 rodzice przychodzili do pokoju pożegnać się ze mną i z moją siostrą, tata czytał nam książkę na dobranoc i … wychodził 😉 Czy poszłam spać o 21 czy o 22:30 – nie obchodziło ich to. Miałam być (cicho) w swoim pokoju ale jeśli się nie wyspałam następnego dnia: wiedziałam, że nie mogę marudzić bo to była moje decyzja, że nie chcę iść spać o tej przykładowej 20:30. Zawsze się dziwiłam jak koleżanki mi mówiły, że chowają latarki pod poduszkę i czytają książki pod kołdrą (znałam to głównie z filmów i ich opowiadań) bo rodzice kazali im chodzić spać o (znowu tej przykładowej :p ) 20:30 i koniec kropka. Moi rodzice wiedząc, że jestem molem książkowym i uwielbiam czytać po nocach (znowu: wzięłam to po nich) specjalnie kupili mi super lampkę na stolik obok łóżka i zrobili materiałową zasłonkę w okół mojego łóżka, żebym mogła świecić do której chciałam, jednoczesnie nie przeszkadzając mojej siostrze z którą miałam pokój. Do tej pory rozmawiając ze znajomymi napotykam BARDZO różne sytuacje, które mnie dziwią. Że rodzice ich tresowali a nie traktowali jak ludzi. Jestem bardzo wdzięczna moim rodzicom, że bez żadnych kursów, szkoleń i blogów parentingowych wychowywali mnie i moją siostrę zgodnie ze swoją intuicją te kilkanaście lat temu. Wiadomo: nie pozwalali mi na wszystko (np u mnie w domu w ogóle nie było słodyczy, bo nie i już – co teraz uważam, za lekką głupotę ale to już inna sprawa :D) czy też już wtedy (intuicyjnie) wiedzieli, że od pierwszej klasy podstawówki mam być odpowiedzialna sama za swoje lekcje. Żadne z rodziców NIGDY nie sprawdzało mi zeszytu, czy się spakowałam, czy wszystko wzięłam. Teraz nawet ja wiem, że gdyby to robili to byliby nikim innym jak rodzicami helikopterami ale kto by te 18 lat temu o tym myslał 😉 Dzięki temu (i serio nie przesadzam) ja od zerówki bylam najbardziej odpowiedzialnym dzieckiem w klasie 😉 Wiedzialam, że jak sama nie przypilnuję: rodzice za mnie tego nie zrobią. Oczywiście: jeśli potrzebowałam ich pomocy to mi pomagali ale dzięki temu tez od zawsze miałam świadomość, że jestem sobie sterem i okrętem jeśli chodzi o szkołę. Moi rodzice nie byli i nie są idealni (np brak im konsekwencji jeśli chodzi o zakazy :p ) ale ja np. nigdy nie czułam mniej ważna niż oni. Byłysmy z siostrą angażowane w większość decyzji w domu: od tego co jemy na obiad przez wybór koloru samochodu i gdzie pojedziemy na wakacje. Nie zawsze nasz głos był decydujący ale miałyśmy w ogóle możliwość zagłosowania (co też nie jest takie oczywiste niestety). Wiadomo, że na mnóstwo sytuacji moi rodzice mogli zareagować inaczej, odpuścić albo podejść do mnie czy do mojej siostry inaczej, ale nikt nie jest idealnym rodzicem 🙂 Szkoda tylko, że takie książki jak ta z wpisu się w ogóle pojawiają bo część rodziców połknie je jak pelikany. ŻADEN z fragmentów tej książki nie jest wytłumaczalny i żadnego nie zrozumiem. Wspłóczuje wszystkim (i rodzicom i dzieciom), którzy w jakikolwiek sposób będą dotknięci pomysłami które się znalazły w tej książce. Tragedia. Coraz częściej myslę, że w ogóle nie trzeba być rodzicem, żeby mieć mądre i normalne (!) podejście do dzieci…

    • oczywiście zapomniałam dodać, że jest mnóstwo tematów i Twoich wypowiedzi z którymi się nie zgadzam, ale jeśli chodzi o podejście do Alicii (dwa i? sama nie wiem :D) i April oraz ich wychowywanie: nie wiem jak ktoś mógłby w jakikolwiek sposób kwestionować to co robicie z Natanem 😉 Wiadomo: np temat Waszego jedzenia zawsze będzie kontrowersyjny ale ja np wierzę, że jeśli 6 letnia April powie Ci „mamo wiesz co, chciałabym spróbować jak smakuje kurczak” to jej na to pozwolisz (zaraz po tym jak przypomnisz jej dlaczego nie jecie mięsa 😉 ), bo mimo odzwierciedlania naszymi postawami postaw naszych rodziców: każdy z nas jest innym człowiekiem i tak jak ja wiem, że moi rodzice zaakceptowaliby gdybym nagle została weganką, tak April będzie wiedziała, że jeśli nagle zechcę jeść mięso: to też nie złamię Ci tym serca 😉 (a przynajmniej mam nadzieję w imieniu April, że tak będzie 😀 jest duża szansa, że ona nigdy nie wypowie takiego zdania ale… nigdy nie mówmy nigdy 😀 ) A w gruncie rzeczy i tak najważniejsze w życiu jest to, żeby być szczęśliwym (oczywiście pamiętając o granicach wolności, które kończą się tam, gdzie zaczynają granice drugiego człowieka 😉 żeby mi ktoś zaraz nie wyjechał z argumentem „a co z ludźmi którzy będą szcżesliwi zabijając innych ludzi…” ). Kolejny poemat mi wyszedł 😉

    • Aga

      Oczywiście, że to się nie wzięło znikąd, ale też z drugiej strony – czy dziecko naprawdę musi robić wszystko, co rodzic chce? No nie, ma przecież też swój własny rozum 😀
      Dzięki za tak obszerny komentarz i za podzielenie się swoją historią! Super jest mi czytać, że miałaś taki fajny kontakt z rodzicami, że nie trzymali Cię jak w klatce i nie podejmowali za Ciebie wszystkich decyzji. I widzisz, nie wyrosłaś na kryminalistkę, wręcz przeciwnie 😉
      Często czytam w internecie komentarze, że jesli ktoś nie ma dzieci to nie powinien się wypowiadać w kwestii wychowania. A ja, tak jak Ty, myślę sobie, że często wcale tych dzieci mieć nie trzeba. Często ludzie bezdzietni mają o wiele lepszy kontakt z dzieciakami, niż rodzice. No niestety, ten argument w ogóle do mnie nie przemawia.

  • Mel

    Cos Co przeczytalam dzisiaj: „The way we resolve difficult moments (bickering, refusing to put dishes in the sink after a meal, whining) is by giving them the scaffolding they need to get through it. Sometimes that means doing 90% of the task with them while they do 10% independently, because sometimes a child really is too tired or too distracted to do all of what you are asking. Sometimes it means getting right down at eye level with an angry, screaming preschooler and asking quietly and kindly with open arms, “Do you need a hug?” (That one stopped most tantrums for my boys.) If there is tension between the two children, we give them words to say to each other (instead of “You NEVER let me use that Lego!” we give them the words, “When will it be my turn?” and help them ask).

    An example of scaffolding to get chores done: When they were four years old, we had a period when they didn’t want to take their dishes to the sink after meals, so we made a game of it and each child would lay on the floor with his dish on his belly and I would drag him by the legs to the kitchen (giggling the whole way, obviously), right up to the sink, and then he’d stand up and put the dish in the sink. For a few days it was extra work for me to drag two silly, giggling boys to the kitchen by their legs, but it reaffirmed that we each do our job without getting into any kind of power struggle over it. It helps build the muscle-memory of behaving well instead of escalating into conflict.

    The idea is that an angry moment is not a teachable moment. Children don’t learn to behave kindly or do their part caring for their home and family by being punished. They learn by being kind and caring for their home and family every day and seeing those behaviors modeled by their adults. So in those moments when they aren’t able to meet those expectations, we meet them where they are and support them to getting their feelings back under control with warmth and firmness.”

    • Aga

      Dzięki za podzielenie się tym!

  • Kasia

    Jestem przerażona fragmentami, które przytoczyłaś! To mają być „fun & easy ideas”? Zastanawiam się skąd autor wziął te pomysły i jak sam bardzo został skrzywdzony w dzieciństwie.

    Papier niestety zniesie wiele. Czytałam kiedyś o poradniku, również do tresury dzieci, gdzie autorzy (rodzice kilkorga) zalecali karę poprzez bicie plastikową rurką czy jakimś przewodem (nie chcę tego przekręcić, ale sam pomysł był koszmarem), w efekcie czego inni nienormalni rodzice skatowali swoje dzieci czy dziecko na śmierć (to było kilka lat temu, nie umiem teraz znaleźć tego artykułu, wydaje mi się, że działo się to w Stanach). I tak jak popieram wolność słowa i uważam cenzurę za złą, tak są sytuacje, gdzie przydałaby się weryfikacja szerzonych idei.

    • Aga

      Właśnie też się zastanawiałam…
      Ty wspominasz o rurce albo przewodzie, a ja aktualnie czytam książkę napisaną w Niemczech dawno, dawno temu, w której autor wyraźnie podpowiada, by nieposłuszne dzieci bić kijem… Najgorsze jest to, że mimo tego, że to było dawno temu to niestety dalej jest to aktualne w wielu miejscach 🙁

  • AnneMarie

    Az muszę zostawić komentarz! Książka nadaje sie jedynie do spalenia. A kocham książki, więc to znaczy duzo! Ja mam wykształcenie pedagogiczne (no już prawie ;)) i zgadzam się chyba ze wszystkim co piszesz o wychowaniu dzieci. Mam też kwalifikacje z pedagogiki Montessori, ktora mam wrazenie stosujesz moze nawet nie wiedząc. W jednym zdaniu „podążanie za dzieckiem”. Mam nadzieje, ze wiecej rodzicow zda sie na instynkt niz te pseudo poradniki i kontynuuj pisanie o rodzicielstwie, bo masz zasięg i moze chociaz ocalisz jedno dziecko od tresury.
    I ostatnia sprawa, ze mam te same obserwacje dotyczace mojego dziecka i dziecka znajomych w tym samym wieku. Mam wrazenie, ze jego mama nie moze sie pogodzic z „utrata” dawnego zycia, wiec ciaga dziecko wszedzie, dostosowuje wszystko pod siebie a biedne dziecko nie ma zadnej rutyny, zadnego poczucia bezpieczenstwa i pomimo ze ma dopiero rok da sie zauwazyc, ze dziecko jest niespokojne, drazliwe itp. My z kolei staramy sie utrzymac rutyne i odowiadac na kazda potrzebe i widze, ze to dziala. Maly jest zawsze usmiechniety, ufny i radosny. Domyslam sie, ze z April jest tak samo 🙂
    I oczywiscie swietna rada, zeby uczyc nazywac dzieci emocje! Dla nas to takie oczywiste, a one sa zagubione, bo nie wiedza jak nazwac to co sie z nimi dzieje.
    Swietny post Aga 🙂

    Ps. Wiem, ze w usa Montessori jest bardzo popularne, masz jakas opinie na ten temat? 🙂

    • Aga

      To jest właśnie jeden z powodów dla których piszę tego typu posty – chcę pomóc dzieciom. Cieszę się, że myślisz, że jest to możliwe.
      Właśnie! To jest częsta sprawa, że mamy ciągają dzieci wszędzie gdzie idą, nie raz na całe dnie w centrum handlowym, a potem każą dzieciom być cicho, krzyczą na nie, itp. Mnie oczywiście totalnie nie chodzi o to, żeby mama nagle zapomniała o swoim życiu, nie! Chodzi o to, żeby zachować równowagę, bo tak mama może nie mieć ochoty zostawać całymi dniami z dzieckiem non stop, tak dziecko może nie mieć ochoty być ciąganym za mamą wszędzie każdego dnia. Fajnie, że o tym wspomniałaś, i że u Was to działa 🙂
      Ogólnie metoda Montessori jest zdecydowanie bliższa tak mi jak i Nathanowi, niż tradycyjne szkoły. Jednak niektóre szkoły, które przedstawiają się jako Montessori school nie do końca działają tak jak powinny, przynajmniej według mnie. W niekórych miejscach kładą tak duży nacisk na edykację dzieci, że te wcale nie są takie wolne. Jeśli tylko dziecko usiądzie na chwilę odpocząć czy po prostu posiedzieć nic nie robiąc to wychowawcy wmawiają im, że marnujączas, że są leniwi, że muszą być produktywni i tak dalej. To mi się nie podoba 🙁 Ludzie czasem mają niestety błędne pojęcie.

  • Ania

    zgadzam sie z wiekszoscia co napisalas, z tym watkiem ze rodzic ma byc najpierw rodzicem to sie czesciowo zgadzam bo rodzicow ma sie jednych a przyjaciol wielu 🙂 do niedawna byl taki tred ze rodzice mieli byc przedewszystkim przyjaciolmi a dzieci jak dorosly to narzekaly na takich rodzicow (zyczajnie potrzebowaly kogos kto powie im np co powinny zrobic)

    Mam pytanie dlaczego nie uczysz April polskiego (mieszkam w Uk i poznalam polakow nie mowiacych/uczacych sie polskiego w doroslym zyciu i wszyscy mieli za zle rodzicom ze ich nie polskiego nie uczyli), nauka drugiego jezyka niesamicie rozwija (po zatym nie musi mowic idealnie:))