Mam idealnego męża, a on ma idealną żonę

Strasznie przykro mi się robi, gdy widzę kolejne i kolejne małżeństwo, które składa pozew o rozwód. Mam wrażenie, że kończy im się coś, co wcale nie musi się kończyć. To tak, jakby się poddali zamiast walczyć. I ja nie mówię o walce w rodzaju rzucania talerzami, ale o konkretnej pracy nad sobą i nad związkiem. Oczywiście są sytuacje, kiedy rozwód jest najlepszym wyjściem i nie twierdzę, że nie. Różnie bywa, każdy ma inną sytuację. Boli mnie jednak to, że ludzie tak często idą na łatwiznę i pogrzebują szansę na super życie. Niezgodność charakterów? Inaczej bym to nazwała.

Czasem myślę sobie o moim związku z Nathanem i dziwne myśli przychodzą mi do głowy, zastanawiam się na przykład co musiałoby się stać, żebyśmy się rozwiedli. I co przychodzi mi do głowy… W przeszłości dobrym powodem dla mnie byłoby to, gdyby on nie chciał mieć więcej dzieci, bo było to dla mnie tak ważne, że zrezygnowanie z tego oznaczałoby tylko to, że byłabym bardzo nieszczęśliwa. On z kolei nie chciałby ze mną być, gdybym totalnie nie interesowała się Alicią i gdybym chciała mieć dzieci tylko po to, by potem wysłać je do żłobka, przedszkola i później szkoły. Żadne z nas jednak nie rzuciłoby pozwu rozwodowego na stół bez wcześniejszej konkretnej… naprawdę konkretnej rozmowy na ten temat.

Bo wiecie w czym jest problem? Ludzie ze sobą nie rozmawiają. I możecie mi powiedzieć „przecież rozmawiam, czasem aż mi nerwy puszczają!”, ale mi właśnie nie o to chodzi. Nie chodzi mi tu o wrzaski, wbijanie szpil, wyzywanie, obrażanie, obwinianie i tak dalej. Chodzi mi tu o rozmowę i SŁUCHANIE siebie nawzajem, zamiast kłócenia się o wszystko. I wiecie co jest najlepsze? To, że można być wkurzonym i jednocześnie odnosić się do drugiego człowieka z szacunkiem.

Ostatnio pomyślałam sobie, że pewnie niektórzy z mojego bloga mogą wysnuć błędne wnioski, że ja wysyłam wam sygnały, że nasze życie jest idealne, że wszystko jest super i my to nigdy nie mamy żadnych nieporozumień. A wcale tak nie jest, tylko ja o tych sytuacjach nie piszę na blogu. Powiem wam jednak teraz, że jak mnie Nate czasem wnerwi to pojęcia nie macie! Strasznie mnie irytuje to, że na przykład po nakarmieniu April zostawia butelki gdzie popadnie i ja potem łażę tylko po domu i je zbieram, po czym muszę wypażyć, bo są obrzydliwe. Albo to, że czasem jak mu powiem coś dla mnie ważnego to on o tym totalnie zapomina i jest wielce zaskoczony jak mu przypominam. To są przykłady takich mniejszych rzeczy, ale i te większe się czasem również pojawiają. Tylko kurcze, jakoś potrafimy obejść się bez obrażania się nawzajem, bez zdzielania w twarz, bez obrzucania się błotem i wypominania tego, co działo się kiedyś.

Ja dalej walczę jeszcze z przeszłością, więc zdarza mi się wybuchnąć i podnieść głos. Czasami mówię Nathanowi, że w tym momencie mam straszną ochotę go uderzyć w twarz, bo jestem tak wnerwiona, że aż mi ciężko usiedzieć w jednym miejscu. Ale nigdy go nie obrażam, nigdy nie wyzywam ani świadomie nie wrzucam w poczucie winy. I wiecie co, sęk w tym, że w większości przypadków ten mój stan spowodowany jest nie tylko tym co on zrobił albo powiedział, ale też innymi rzeczami jak np. moje zmęczenie czy inne problemy. Wszystko się tak kumuluje czasem we mnie i jeśli nie będę na bieżąco rozmawiać o tych mniejszych problemikach to po jakimś czasie przeistoczą się w ogromne problemy i nie będzie fajnie.

Tylko jemu się to nie zdarza. On nie wybucha. Potrafi wszystko wyjaśnić zachowując mega szacunek do drugiego człowieka nawet wtedy, gdy widać, że jest mega sfrustrowany i zdecydowanie nie daje sobą pomiatać. Nie walczy ze sobą i nie zmusza się do tego by być spokojnym, tak po prostu jest. Dlatego po naszych kłótniach nikt nie wychodzi trzaskając drzwiami ani nie wysyłam go do spania na kanapie… Wręcz przeciwnie. Wszystko jest przegadane, problemy rozwiązane albo oczekujące rozwiązania, wszystko powiedziane, więc nie ma dziwnej atmosfery i można się przytulić bez żadnych obaw.

Złość to też mega ciekawa sprawa, bo jakby się tak nad tym zastanowić to jest to bardziej skomplikowane niż nam się na początku wydaje. Lubimy powtarzać, że jesteśmy na kogoś wkurzeni, ale czy na pewno tak jest, że to jest właśnie dokładnie to co się dzieje? A co ze smutkiem? Według mnie smutek jest zawsze pierwszy, tylko akurat to uczucie jest ignorowane… z wielu powodów. Może dlatego, że ktoś się wstydzi bycia smutnym, bo myśli, że inni zaczną się śmiać. Albo dlatego, że w dzieciństwie rodzice nie pozwalali mu płakać („no już, przestań się mazać, duża dziewczynka jesteś!”). Ale chyba największym powodem jest to, że przyznając się przed kimś do naszego smutku stajemy się zwyczajnie bezbronni. Dlatego tak łatwo przechodzi się do złości, tak jest zwyczajnie bezpieczniej i wtedy to my ranimy, więc jesteśmy na wygranej pozycji na starcie. Zróbcie sobie eksperyment któregoś razu jak zaczniecie czuć, że się w was zbiera wkurzenie. Zatrzymajcie się na chwilę i zapytajcie sami siebie co tak naprawdę czujecie, nie biorąc złości pod uwagę w ogóle. Zastanówcie się co konkretnie się z wami dzieje, jak sytuacja na was wpływa. Gwarantuję, że w większości przypadków będzie to smutek.

Kojarzycie pewnie sceny z filmów, w których jedna osoba co jakiś czas wciąż wypomina swojemu partnerowi to, co zrobił w przeszłości i ma do niego żal. Ma ten żal, bo ta sprawa nigdy nie została rozwiązana! Nie zgadzam się z twierdzeniem, że czasem dobrze jest się na siebie powydzierać, bo to oczyszcza atmosferę. Jeśli ktoś czuje się oczyszczony to spoko, niech się wydziera, ale musi mieć świadomość, że to by było na tyle, bo problem dalej zostanie. Te wszystkie urazy i żale tam dalej są i później zwyczajnie się o nich nie rozmawia. Wypomina się je natomiast i o, po jakimś czasie rozwód gotowy.

My nie jesteśmy idealni dla całego świata, bo ogólnie w końcu „nie ma idealnych ludzi”, a poza tym każdy ma inne wyobrażenie na temat tego co to słowo w ogóle mogłoby oznaczać. Jesteśmy idealni sami dla siebie w swój własny sposób. Dajemy radę i mimo ciężkich momentów, które też się zdarzają, idziemy przez życie razem. I czasem mamy mega ciężkie rozmowy, takie kiedy to siedzę przez pięć minut bez słowa, bo tak trudno jest mi coś powiedzieć. Ale warto walczyć o takie zaufanie i taki związek, w którym będziemy czuli się bezpiecznie i nawet te najtrudniejsze rzeczy w końcu przejdą przez gardło. I my w to brniemy, bo nam zależy i nie chcemy iść na łatwiznę.

.

.

Do następnego!

Aga

.

.

Zobacz także:

Mam swoje własne zdanie!

Aktywne słuchanie cz. 1 – czego się nauczyłam i jak to pomaga

I-statement – jak skonfrontować innych z naszym problemem?

.

.

Jeśli lubisz tu zaglądać i czytać moje posty to będę bardzo wdzięczna, jeśli zagłosujesz na mojego bloga klikając w baner poniżej. Dzięki :)!

glosowanie

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram