Profilaktyczna mastektomia: żegnajcie moje piersi, dobrze mi służyłyście!

Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek stanę przed koniecznością podjęcia takiej decyzji, ale, jak wszyscy wiemy, życie potrafi zaskakiwać. Decyzja została podjęta. Usuwam piersi. Usuwam je po to, by uratować swoje życie.

.

Gdy opowiadałam wam o mojej mutacji genetycznej wspominałam też o tym, że ze względu na ogromne ryzyko wystąpienia raka piersi w moim przypadku rekomendowana jest podwójna mastektomia. Wspominałam, że rozważam, ale nic więcej wam już nie mówiłam. A w międzyczasie widziałam dwóch chirurgów plastycznych na konsultacjach, bardzo dużo o tym czytałam i rozmawiałam z wieloma kobietami, które poddały się tej operacji. Na podstawie tego wszystkiego podjęłam decyzję, że to jest najlepsze wyjście dla mnie. Ryzyko jest za duże i ja zwyczajnie nie chcę go podejmować. Operacja ta znacznie zmniejszy ryzyko zachorowania (o ok. 90%), ale nigdy nie da pewności.

Na początku gdy się zastanawiałam i dyskutowałam to z Nathanem myśleliśmy sobie, że skoro będę miała rezonanse biustu co sześć miesięcy to wszystko będzie okej. Bo ostatnie wyniki były dobre, nic tam się nie pokazało, więc w ciągu pół roku nic strasznego nie powinno się zadziać. Ale później pomyślałam sobie, że nie chcę czekać na nowotwór, a to by było w sumie takie czekanie. Robienie badań co sześć miesięcy do końca mojego życia, stresowanie się za każdym razem o wyniki i czekanie na ten jeden raz, kiedy mi powiedzą, że mam raka. I co wtedy, tak czy siak usunęłabym piersi, ale już z rakiem. A co, jakby się dostał do węzłów chłonnych przez ten czas? Poza tym duże byłoby ryzyko, że miałabym nawrót. Później rozmawiałam też z innymi kobietami z mutacjami w genach BRCA1 i BRCA2 (zwiększone ryzyko zachorowania na nowotwór piersi i jajników, ale i tak o wiele mniejsze niż u mnie) i kilka z nich powiedziało, że miały robione rezonanse nawet tuż przed operacją i wszystko było okej, lekarze nic a nic nie widzieli. A po zbadaniu wyciętych tkanek słyszały, że podjęły dobrą decyzję, bo był nowotwór, którego inne badania nie wykryły. To wszystko zwyczajnie nie jest tego warte i powiem wam, że cieszę się, że nie czekam prawie w ogóle na żadne wizyty, bo ja już teraz czuję presję czasu. Czuję, że jestem jak taka tykająca bomba i mówię to całkowicie poważnie. Poza tym teraz jest też dobry moment, by to zrobić w związku z tym, że jestem młoda, silna, ogólnie zdrowa, więc moje ciało zniesie to wszystko bardzo dobrze.

Moja dzisiejsza wizyta z drugim chirurgiem (pierwszy nie przypdł mi do gustu) przebiegła bardzo pomyślnie i czułam się tam bardzo komfortowo. Nie miałam żadnych zastrzeżeń, o tym lekarzu czytałam opinie w internecie, a poza tym poleciła mi go jedna z kobiet, z którą rozmawiałam. Najlepsze jest to, że on pracuje ze specjalistką do spraw piersi, z którą chciałam zostać, co jest genialne i nie spodziewałam się tego. Lekarz wyjaśnił mi wszystko, obszernie odpowiadał na moje pytania, pokazał mi implanty i tak dalej. Tak on jak i inne osoby pracujące w tym gabinecie sprawiają, że człowiek po prostu dobrze się tam czuje, a to jest niesamowicie ważne. Gdy dojechałam do domu to zadzwoniłam do gabinetu pani doktor specjalizującej się w nowotworach piersi, która to usunie mi wszystkie thanki, które tam ma usunąć (widziałam ją już wcześniej) i powiedziałam, że zdecydowałam się na operację i chciałabym ją umówić. Pielęgniarka do mnie oddzwoniła po godzinie i powiedziała, że lekarka chce mnie najpierw jeszcze raz zobaczyć i wszystko dokładnie obgadać, więc idę na wizytę w poniedziałek.

.

Jak to wszystko będzie wyglądać? (Opowiadam ze szczegółami.)

Gdy już operacja będzie umówiona to o konkretnej godzinie tego samego dnia pojadę do szpitala. Tam przygotują mnie do wszystkiego, podadzą leki i tak dalej. Operacja potrwa ok. 4 godziny. Najpierw wspomniana pani doktor zrobi nacięcie pod biustem i wytnie wszystkie thanki biustu, ale zostawi sutki. Gdy ona skończy swoją pracę to wejdzie chirurg plastyczny i pod mięśnie włoży tzw. „rozszerzacze„, czyli puste implanty. Zamknie wszystko i przyszyje sutki do skóry. Tutaj zawsze jest jakieś ryzyko, że sutki obumrą, bo normalnie dostają krew również z tkanek biustu, a po mastektomii będą ją dostawać tylko ze skóry, więc muszą się na to przestawić i przyzwyczaić się do tego. Gdy wszystko będzie okej to lekarz napełni te puste implanty roztworem wody z solą, ale nie do końca. Później będę musiała chodzić na wizyty i stopniowo napełniać je bardziej i bardziej. Zazwyczaj kobiety chodzą co tydzień, ale powiedział, że w moim przypadku może się udać napełnić je za pierwszym razem na tyle, że będę mogła mieć te wizyty rzadziej. Wszystko po to, by skóra i mięśnie ładnie się rozciągnęły zwłaszcza, jeśli chce się mieć większy rozmiar niż przed operacją. W czasie operacji lekarz założy mi też dreny, które będą odprowadzać płyny gromadzące się w moich piersiach (krew na przykład), sama będę musiała je opróżniać i zostaną wyjęte po ok. tygodniu. Po jakichś trzech miesiącach będę miała drugą operację, w czasie której lekarz wymieni te implanty na inne, które zostaną już na stałe. Lekarz pokazał mi dzisiaj różne kształty i rozmiary obu rodzajów implantów. Zmierzył mnie dokładnie i na podstawie tego dobrał rozszerzacze, a końcowy rozmiar zależy ode mnie. Co do kształtu to okaże się przed drugą operacją, bo wszystko zależy od tego, jak mój biust będzie wtedy wyglądać. Chirurg powiedział też, że użyje trochę tłuszczu z mojego ciała i włoży go obok implantów, żeby wszystko wyglądało bardziej naturalnie. Pierwszy chirurg powiedział, że tego nie zrobi, bo jestem za chuda, a ten, że jednak się da, co bardziej mi się podoba.

Jeśli chodzi o dochodzenie do siebie po operacji to lekarz powiedział, że będę musiała na siebie uważać od 3 do 6 tygodni w zależności od tego, jak wszystko będzie się goić, jak się będę czuć i tak dalej. Na samym początku na przykład nie będę mogła sama myć sobie włosów, nosić nic cięższego, będę musiała mieć bluzki zapinane z przodu, bo nie będę mogła nic przez głowę zakładać. Wiecie, co z tego wszystkiego będzie najgorsze? Zdecydowanie to, że nie będę mogła podnosić April, przytulać jej tak jak teraz, siedzieć z nią na fotelu. Ktoś może mi ją posadzić na kolana, ale ona się lubi przytulać i sama się wspina i kładzie mi głowę na klatce piersiowej, a po operacji przez kilka tygodni nie będzie mogła tego robić. To będzie mega przykre i założę się, że nie raz będę płakać. Alicia jest na tyle duża, że zrozumie całą sprawę, ale April nic nie będzie rozumieć, więc jak będzie do mnie wyciągać ręce (a tak robi), a ja jej nie podniosę to nie będzie miała pojęcia dlaczego, a ja nie będę wiedziała co ona sobie myśli, co czuje. Teraz przechodzi przez ten okres, kiedy czasami zaczyna płakać, gdy wychodzę z pokoju nawet do łazienki! Boję się więc, że to wszystko się jakoś na niej odbije i zostawi jakiś trwały ślad. Ale z drugiej strony wolę przejść przez tych kilka ciężkich tygodni teraz, niż zostawić ją na resztę życia. Chociaż, jak już jedna osoba mi powiedziała, ja będę to pewnie przeżywać bardziej niż ona.

Drugą beznadziejną rzeczą jest to, że po operacji nie będę miała czucia w sutkach lub/i całych piersiach. Nigdy więcej. Pierwszy chirurg powiedział, że nerwy będą próbować się regenerować przez ok. 3 lata, ale lepiej nie robić sobie nadziei. To będzie trudne, bo jak kogoś przytulę to dziwnie tak będzie nie czuć tego, nie wspominając o życiu seksualnym. Niektóre kobiety mają szczęście i mają sporo czucia, inne mają je tylko np. na skórze między piersiami, jeszcze inne tylko w jednej piersi… Różnie to bywa, ale jednak większość nie odzyskuje go w ogóle.

.

Sprawdzałam co na ten temat ma do powiedzenia nasze ubezpieczenie i mówią, że pokrywają mastektomię w całości, jeśli spełnia się kryteria (ja spełniam oczywiście), a prawo federalne mówi, że rekonstrukcja również musi być pokryta w 100%.

.

Sporo jeszcze będę miała do opowiadania na ten temat, ale to już będę pisać na bieżąco, bo na razie sam niewiele więcej wiem. Nie mam pojęcia, jak będę się z tym wszystkim czuła później tak fizycznie jak i psychicznie, ale na chwilę obecną mogę wam powiedzieć, że się nie boję i nie jestem już tym zestresowana. A to bardzo ważne. Czuję, że robię coś, co pomoże mi żyć dłużej i jeśli żaden inny nowotwór się już nie przypałęta, a tego też nie wiem, to będzie super.

.

Jeśli macie jakiekolwiek pytania, piszcie!

.

Do następnego!

Aga

.

.

Jeśli lubisz tu zaglądać i czytać moje posty to będę bardzo wdzięczna, jeśli zagłosujesz na mojego bloga klikając w baner poniżej. Dzięki!

glosowanie

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram
SHARE
  • Majka

    Aga, Młoda Kobieto, podziwiam Twoją mądrość. Trochę mnie przeraziła ta decyzja, ale argumenty Twoje są tak przekonywujące, że jestem całym sercem z Tobą! Jestem tą osobą, która musi robić co 6 m-cy dokładne badania piersi i masz rację, zawsze mam wątpliwości, czy maszyny i ludzie czegoś nie przeoczą. Ja wiem, że Twoja decyzja jest bardzo mądra. Pozdrawiam-„babcia” Majka

    • Aga

      Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko będzie okej! Dzięki za wsparcie!

  • Basia

    Bardzo trudna decyzja i pewnie też niełatwe chwile przed Tobą. Czasami jesteśmy „zmuszeni” do podjęcia trudnych decyzji, ale jeżeli ma to uchronić przed czymś znacznie gorszym to trzeba i już. Życzę dużo siły i przesyłam pozytywne myśli!

    • Aga

      No nie będzie łatwo, ale dam radę! Dzięki!

  • Annimula

    Uwazam, ze to dobra decyzja. Pamietam, ze jakis czas temu duzo sie mowilo na temat masktektomii gdy Angelia Jolie przyznala, ze poddala sie temu zabiegowi. Niektorzy nie rozumieli tego wyboru, ale ja w pelni ja popieralam. Jesli dobrze pamietam, to zrobila to, bo jej matka miala raka piersi, a ona nie chciala ryzykowac, przede wszystkim z powodu swoich dzieci.

    • Aga

      Pamiętam ten czas, kiedy ona o tym mówiła! Tak, a poza tym ona ma chyba mutację w genie BRCA. I pamiętam też dość obraźliwe komentarze w jej kierunku. Już wtedy myślałam sobie, że jak w ogóle można tak kogoś komentować nie będąc w tego typu sytuacji…

  • Gaga

    Aga!
    Tak strasznie Cię podziwiam za Twoja odwagę, trzymam kciuki, na pewno wszystko będzie dobrze!
    Pozdrawiam serdecznie całą rodzinkę 🙂

    • Aga

      Dzięki :*

  • Laura

    Czytając o tym, że rozważasz mastektomie, jakoś tak to wpuscilam jednym uchem, że nie sądziłam że do tego dojdzie. Dużo kobiet obawia się utraty kobiecości i seksualności, to bardzo odważna decyzja, ale Ty wydajesz sie tak silną i rozsądną osobą że jednak się nie dziwię. Zastanawia mnie tylko, jeśli mogę wiedzieć, czy jest to zupełne przeciwskazanie przed następną ciążą? Czy zdecydowalas, że nie chcecie więcej dzieci?
    Pozdrawiam i życzę dużo zdrowia i jeszcze więcej siły!

    • Aga

      Nie jest to w ogóle przeciwwskazanie do kolejnej ciąży. Gdy rozmawiałam o tym z moim ginekologiem to powiedział: „nie potrzebujesz w końcu piersi, by zajść w ciążę” :D. Jedyne co no to nie mogłabym karmić, co z jednej strony może być problemem. Jest tutaj jednak coś jeszcze, bo w związku z moją mutacją jest 50% ryzyka, że moje dzieci też będą ją miały. Gdybym wiedziała o tym wcześniej to nie zdecydowałabym się na pierwsze dziecko drogą naturalną. Jest jednak sposób in vitro, który pozwoli na pominięcie tych wadliwych genów, więc wtedy dziecko będzie zdrowe.
      Także no, jak się chce to można :).

  • Karolina

    Aga, podziwiam Cię i trzymam mocno kciuki, aby wszystko się udało!!! Podjęłaś na prawdę słuszną i mądrą decyzję. Dzieci są najważniejsze i to co robisz to przejaw wielkiej miłości do nich!!! Trzymaj się mocno!

    • Aga

      Dzięki wielkie! 🙂

  • asia

    Podziwiam twoja odwage! Duzo zdrowia i powodzenia

    • Aga

      Dzięki, zdrowie mi się przyda!

  • The-muffin-goddess

    Aga naprawdę Cię podziwiam. Podjęcie tej decyzji musiało być dla Ciebie strasznie trudne. Trzymam kciuki; żeby wszystko się udało 🙂

    • Aga

      Nie było to łatwe i zajęło cztery miesiące, ale tyle wystaczyło ,bym czuła się z tą decyzją dobrze. Dzięki!!

  • Aga

    Z mutacją BRCA1 „kumplujemy się” od paru lat. Mastektomie przerabiałam najpierw z ciocią,niedawno z mamą,za niedługo będzie to czekać i mnie. Aga głowa do góry- odważna decyzja ale tak musi byc! Pozdrawiam imienniczko

    • Aga

      O nie, przykro mi bardzo! 🙁 Mam nadzieję, że wszystko pójdzie okej. Jedziemy na podobnym wózku.

  • Justyna

    Niesamowita jesteś! Inspirujesz mnie zawsze, tym jak podchodzisz do każdej decyzji, do każdych działań, że nie podejmujesz pochopnie decyzji i chcesz wiedzieć o danym temacie jak najwięcej! Brawo 😉 Trzymam mocno kciuki ale i tak wiem ,że dasz radę 😀 <3

    • Aga

      Oj tak, na pewno nie dałabym się pokroić tak po prostu bez wiedzy na ten temat! Nawet lekarz mi powiedział, że jest zaskoczony tym ile wiem 😀 Dzięki!!

  • Weronika

    Uważam, że zbyt pochopnie podjęłaś decyzje i w emocjach. Przecież jak usuniesz piersi to tak czy siak możesz mieć nowotwór. Jest okropnie ciężko się pozbierać po tej operacji, wiem co mówie, niestety…Jesli teraz twierdzisz, że wszystko bedzie okej to po operacji może być ci ciężko zaakceptować nową siebie. W końcu tracisz trochę swoją kobiecość. Dla dziecka to również może być ogromny szok.
    Jednak mimo wszystko podziwiam i trzymam kciuki by wszystko było okej!!! 🙂

    • Aga

      Oj nie, decyzja nie była podjęta ani pochopnie, ani pod wpływem emocji. Ja to rozważałam, konsultowałam z innymi kobietami i lekarzami oraz gadałam o tym non stop z Nathanem od początku lipca. Decyzję podjęłam dopiero kilka dni temu czyli po czterech miesiącach. I tak, oczywiście dalej nawet po mastektomii jest ryzyko, że pojawi się nowotwór, jednak jest ono na tyle małe, że to chcę podjąć. Tym bardziej, że teraz nowotworu piersi najprawdopodobniej nie mam, bo jakbym miała to ryzyko nawrotu byłoby większe i wtedy prawdopodobnie musiałabym usunąć też sutki. To ryzyko, które mam teraz jest zdecydowanie zbyt wysokie i nie jestem w stanie z tym normalnie żyć 🙁 I szczerze mówiąc nie odbieram tego w ogóle jako tracenie kobiecości, ale zdecydowanie rozumiem ten sposób widzenia. To ogromna zmiana i rozumiem niepokój i wszystko co z tym związane. Przykro mi bardzo, że Ty miałaś ciężkie przeżycia… Szkoda wielka, że ten problem dotyka tak wiele osób, i że musiałaś przez to przejść. Mam nadzieję, że teraz wszystko jest już lepiej!

  • Kasia

    Czy April będzie od małego zmuszona jeść wegańsko?

    • Aga

      Nie jestem do końca pewna w jaki sposób interpretować to co napisałaś, więc odpowiem dwoma możliwymi sposobami, które przyszły mi do głowy, a jak coś to sprostuj.
      Nie, my jesteśmy daleeeeecy od zmuszania dzieci do czegokolwiek. I w sumie nie tylko dzieci. Zmuszanie nie odpowiada po prostu naszemu stylowi życia.
      Tak, chcemy, by April była weganką i wyjaśniałam już dlaczego. Jakbym jej dawała zwierzęta to wtedy zmuszałabym ją do bycia mięsożerką, więc pod tym względem nie widzę różnicy w ogóle. A różnica chociażby w zdrowiu byłaby ogromna, więc wolę pierwszą opcję 😉

      • Natalia

        Nie boisz się, że gdyby np. April chciała zostać weganką a nie frutarianką jak Ty i Nate to np. Po podjęciu świadomej decyzji po kilkunastu latach miałaby ogromny problem z włączeniem do swojej diety innych produktów niż owoce? Jednak jej organizm będzie przyzwyczajony do takiego typu pokarmów, więc oczywiste jest to, że nawet próby przejścia na mniej restrykcyjną dietę mogą się jedynie zakończyć bólem i problemami ze strony żołądka nie dlatego, że te rzeczy są niezdrowe, a dlatego, bo organizm ich nie będzie przez taki szmat czasu w ogóle znał. Mam nadzieję, że nie odbierasz tego jako zgryźliwość, bo pod względem diety bardzo Cię podziwiam, ale jednak Ty podjelas swiadomy wybor, a April, juz jako dorosla osoba, moze miec problemy z samym sprawdzeniem innych „opcji” żywieniowych

      • Aga

        Nie, nie boję się tego. Po przeczytaniu Twojego komentarza musiałam wyjść i jak jechałam autem to wpadła mi do glowy jedna myśl. Pomyślałam sobie, że jeśli inne jedzenie (uogólniam tu, bo nie wiem o jakich produktach mówimy) naprawdę byłoby zdrowe to organizm nie buntowałby się przeciwko nim i strawiłby je bez problemu nawet po kilku latach jedzenia w jeden konkretny sposób. Można wziąć tu za przykład moją April, która przez prawie 6 miesięcy piła tylko i wyłącznie mleko i gdy po tym czasie zaczęła dostawać inne produkty to nie miała ŻADNYCH problemów z brzuszkiem. Natomiast gdyby dostała np. dokładnie to co je w tym momencie gdy piszę ten komentarz (truskawki), ale z jogurtem, bitą śmietaną albo serkiem to jestem przekonana, że potem miałaby chociażby zaparcia. Jeśli będzie próbować i będzie miała problemy no to już od niej będzie zależało co dalej zrobi.
        I spoko, nie odebrałam Twojego komentarza negatywnie!

  • Patrycja

    Nie zawsze się z Tobą zgadzam (świat byłby taki nudny, gdybyśmy wszyscy byli jednakowi 😉), ale w tym przypadku masz zupełną rację! Taką decyzję podjęła dojrzała osobowość, odpowiedzialna matka i kobieta kochająca życie. Życzę Ci powodzenia, niech tych nieprzyjemnych niespodzianek nie bedzie już w ogóle.

    • Aga

      Też uważam, że byłoby nudno 😉
      Dzięki wielkie! Doceniam!

  • Już Ci to mówiłam na żywo, ale powtórzę jeszcze raz – podejmujesz najlepszą decyzję, jaką w tej chwili możesz podjąć – nie tylko dla siebie, ale też dla Twoich bliskich. Wiadomo, że nie jest to łatwa sprawa, ale wiem, że Ty sobie to wszystko dobrze przemyślałaś i wybrałaś opcje najlepszą dla siebie.
    Btw, mega rozbawił mnie komentarz wyżej! „czy April będzie zmuszana by jeść wegańsko” 😀 Czyli jak rodzice, którzy jedzą mieso mają dziecko to od urodzenia „zmuszają je do bycia mięsożercą”? 😀

    • Aga

      Dzięki wielkie za wsparcie! <3
      Chyba na to wychodzi. Kiedyś dostałam komentarz, który brzmiał mniej więcej: "do nauki polskiego nie chcesz jej zmuszać, ale do bycia weganką tak" 😀

  • Natalia

    Nie wiem czemu nie mogę dodać do odpowiedzi do tamtego komentarza, w każdym razie dzięki za wyjaśnienie, rozumiem Twój punkt widzenia 😉 i jeszcze jedno pytanie, z ciekawości – czy spożywacie tylko wyłącznie surowe owoce, czy również warzywa? jeśli nie to czym to jest spowodowane?

    • Aga

      My jemy głównie owoce plus szpinak i niektóre inne sałaty. Wliczając w to też awokado, pomidory, ogórki – to też są owoce! Nawet dynia jest owocem, ale dyni jakoś nie jedliśmy i nie mamy ochoty. Powodów jest kilka… Pierwszym jest to, że wielu warzyw zwyczajnie nie da się zjeść na surowo, np. ziemniaki i wiele innych, a jeśli nie da się na surowo ich zjeść to znaczy, że w ogóle nie powinny być jedzone. Przynajmniej w naszym rozumowaniu, co oczywiście nie musi przekładać się na zdanie innych :). Drugim powodem jest to, że większość warzyw, jak nie wszystkie, ale wszystkich to ja pewnie nawet nie znam, sprawiają ludziom problemy z trawieniem. I te problemy mogą być albo niezauważalne, bo człowiek jest tak bardzo do tego już przyzwyczajony, że nic dziwnego nie widzi. Albo mogą być takie, że zostaną zignorowane (np. gazy – mnóstwo ludzi myśli, że to normalne), albo takie, że ktoś nie zlikwiduje przyczyny, ale zacznie brać tabletki na trawienie. Kiedyś pisałam, że takie tabletki są na pierwszym miejscu na listach sprzedaży! Ogólnie nasz organizm jest skonstruowany w taki sposób, że nie jesteśmy w stanie strawić wieeeelu rzeczy, dlatego ludzie je gotują, by było łatwiej, co i tak tylko to ułatwia, ale nie sprawia, że będzie łatwo. A co do gotowania to ostatnio przeczytałam ciekawy artykuł – http://medicalxpress.com/news/2016-11-cooking-temperature-clues-heart-disease.html Ale to też nie jest tak, że słucham wszystkiego, co w internecie. Na przykład niektórzy z tych których oglądam mówią, że jarmuż jest toksyczny, że wbrew wszystkiemu co można przeczytać wcale nie jest taki dobry dla ludzi. Ale ja go jem, bo nie wierzę w to, co piszą, a poza tym nie zauważyłam żadnych negatywnych efektów. Surowe orzechy też są niesamowicie ciężkie do strawienia i ludzie nie powinni ich jeść, ale jak się je namoczy we wrzątku to nie sprawiają już takich problemów. Mam też zamiar spróbować zjeść kalafior w postaci małych kawałeczków jako zamiennik ryżu i zobaczyć co się stanie, ale nie wydaje mi się, żebym polubiła surowy kalafior :D. Ale jeśli polubię i okaże się, że nie zauważyłam żadnych problemów to pewnie czasem go zjem mimo tego, że warzywo. Więc wiesz… warzywa ogólnie nie sprawią, że ktoś się pochoruje w takim sensie jak np. mięso albo smażone potrawy (no chyba że zjesc surowe ziemniaki), ale w wielu przypadkach będziemy mieć gazy, zaparcia lub inne tego typu problemy po zjedzeniu czegoś (np. brokuły czy fasola), a nasze ciało będzie musiało zużyć o wiele więcej energii do strawienia tego wszystkiego niż normalnie i w wielu przypadkach w ogóle mu się to i tak nie uda, a pracę, energię i zdrowie w to włoży (np. kukurydza, orzeczy). Uff. Ale się rozpisałam, mam nadzieję, że odpowiedź Cię usatysfakcjonowała :D.

      • Natalia

        Usatysfakcjonowała, dziękuję! A czy taka dieta odbiła się mocno na Twojej wadze? Ogólnie podziwiam, bo nie wyobrażam sobie jeść samych surowych rzeczy, przez dostępność owoców w PL pewnie byłoby to jeszcze trudniejsze. Ale ogólnie od dłuższego czasu myślę nad przejściem na weganizm, a relacje takich osób jak Ty tylko mnie utwierdzają w tym, że byłaby to bardzo mądra decyzja 🙂

      • Aga

        Mi na pewno bardzo pomaga to, że mam ogromną wiarę w moc takiej diety. Wierzę bardzo, że to jest coś co bardzo pozytywnie wpłynie na zdrowie, na leczenie nowotworów i tak dalej, a ja, jak wiesz, mam trochę problemów ze zdrowiem. Gdybym nie miała tej wiary to na pewno też byłoby mi ciężko i przypuszczam, że nie wytrwałabym, bo nie miałabym po co.
        A co do wagi… Po przejściu na weganizm z wegetarianizmu schudłam trochę, ale nie bardzo.. nie pamietam już ile. Po przejściu na tę dietę teraz schudłam ok. 5kg i moja waga się zatrzymała w miejscu, teraz już nie drga ani w dół, ani w górę. Jak byłam w szpitalu ostatnim razem to schudłam przez to leżenie, leki i niejedzenie przed operacją no i po nie miałam za bardzo apetytu. Ale po powrocie do domu i powrocie do tego samego stylu odżywiania wróciły mi te stracone kilogramy :).

  • Maggie

    To jest straszne, na co musisz się decydować, ale wierzę, że to dobra decyzja. Trzymam za Ciebie kciuki, choć wiem, że sobie z tym dobrze poradzisz. Ja gdybym była w takiej sytuacji (mam na myśli całokształt problemów z chorobami, nie tylko mastektomię), obawiam się, że wpadłabym w czarną rozpacz, dlatego podziwiam Cię za siłę do walki 😉
    Przy okazji chciałam się zapytać, czy mogłabyś może podzielić się ciekawymi artykułami/książkami na temat frutarianizmu? To znaczy chodzi mi raczej o to, czy może masz gdzieś zapisane coś, co naprawdę uważasz za warte przeczytania i uwagi?
    I jeszcze jedno 😉 co myślisz o jedzeniu.. kwiatów? 😉

    • Aga

      Dzięki wielkie! Powiem Ci, że też wpadłabym w czarną rozpacz, gdybym nie miała tutaj ze mną Nathana, April i Alicii.
      Jeśli chodzi o książki to bardzo ciekawą jest „The China Study”. Nie jest ona co prawda o fruitarianizmie, ale ogólnie o weganizmie pod względem zdrowotnym i tak dalej. Jestem prawie pewna, że jest też polskie wydanie. Drugą książką jest „The 80/10/10 Diet, którą napisał Douglas Graham i to już to o co Ci chodziło. Ja jeszcze jej nie skończyłam, ale mogę polecić! Nie idę co prawda do końca tą ścieżką, ale książka ciekawa. Na pewno mam sporo jakichś stron internetowych, ale musiałabym poszukać, bo jak już komuś tu pisałam – w zakładkach mam tyle tego, że nic nie mogę znaleźć 😀
      A o jedzeniu kwiatów to szczerze nie mam zdania, nigdy się jeszcze z tym nie spotkałam 😀 Pytasz z ciekawości czy może miałaś z czymś takim do czynienia?

      • Maggie

        Dzięki 🙂 Już sobie te książki zapisałam. A z tym kwiatowym jedzeniem, to pytam tak tylko z ciekawości, czy o tym coś wiesz. Ja tylko czytałam kiedyś o tym artykuł w jakiejś gazecie i byłam naprawdę zaskoczona, że można jeść np. stokrotki. Ale nie wchodziłam w to głębiej, bo nie będę chodziła daleko do lasu po kwiatki, a ze spalinami jeść nie będę. Jednak jak to działa na organizm czy jak się je przyrządza, to nie mam pojęcia. Ale ciekawe to jest 🙂

      • Aga

        To naprawdę ciekawe! Jak tylko znajdę trochę czasu to o tym poczytam, ale szczerze to nie wydaje mi się, żeby coś się zmieniło i żeby zaczęło mnie ciągnąć do jedzenia kwiatków 😀 Chyba wolę na nie patrzeć!

  • Maggie

    Mnie to na początku wydawało się bardzo dziwne i raczej wyobraziłam sobie niedobry, gorzki smak trawy i jestem strasznie ciekawa jak to może rzeczywiście smakować. Mnie też specjalnie nie ciągnie do jedzenia ich, ale jak bym miała okazję, to wcale nie wahałabym się spróbować i mam nadzieję, że kiedyś się taka okazja znajdzie 😉

    Nie wiem w sumie czy tak wypada mi to tutaj napisać, ale bardzo, bardzo przykro mi z powodu twojej siostry..

    • Aga

      Jeśli kiedyś będziesz miała okazję i skorzystasz to daj znać!
      Ehh, wypada czy nie wypada, nie ma znaczenia, pisz co uważasz ,że chcesz napisać.. 🙁

  • Ania

    Miałam 15 lat, kiedy dowiedziałam się że w piersiach mam ogromnego włókniaka. 18 lat, kiedy miałam pierwszą operację. I wtedy usłyszałam, że najlepszym pomysłem jest usunięcie piersi. I bum. Zgodziłam się od razu, ale operację jednak odwołano ze względu na zbyt młody wiek. Teraz lekarze kazali mi czekać na pierwszą ciążę. onkologa mam świetnego, więc słucham się wszystkiego co powie 🙂 Więc jestem z Ciebie tak baaaaardzo dumna! I jestem dumna, że mówisz o tym głośno. Jest tyle osób, które się tego wstydzi i które bronią się przed tym jak tylko mogą. Czego totalnie nie rozumiem. Więc mówmy o tym głośno, krzyczmy o tym. Oby więcej było tak odważnych kobiet jak my!

    • Aga

      O matko! Strasznie wcześnie! Całe szczęście, że znaleźli i się tym zajęli. Co do czekania na ciążę… Jak to mój ginekolog powiedział mi ostatnio – „piersi do zajścia w ciążę nie są potrzebne” :D. No ale robisz to co uważasz za stosowne, więc nie będę się starać naprowadzać Cię na inny tor ani nic. Jakie kontrolne badania przechodzisz, że tak z ciekawości zapytam? I zgadzam się całkowicie, że o tym trzeba mówić! Nie możemy się wstydzić tego, że chcemy uratować swoje zycie.

      • Ania

        Piersi do ciąży nie są potrzebne, ale zdarza się że po ciąży te problemy mogą zniknąć- tak przynajmniej stwierdziła moja onkolog. A że jest to konkretna babka, która nie owija w bawełne i nie rzuca słodkich słówek, to posłuchałam. A co do badań. To wizyta u onkologa co 2 miesiąca (chyba, że coś wyczuję sobie w piersi, wtedy mnie przyjmie od ręki), usg co pół roku- nie u ginekologa, który przejedzie 2 razy i nic nie widzi i wszystko jest ok, tylko w gabinecie typowo przeznaczonym do usg. No i jakby coś było, to oczywiście biopsja.
        Ale wydaje mi się, że podstawą jest samobadanie- czego duża część kobiet nie robi „bo ich to nie dotyczy”. Co dla mnie jest chore. A poza tym, jak czytam ile czasu ludzie muszą czekać na wizytę, to zastanawiam się czy tylko ja mam takie szczęście i Ci moi lekarze mnie jakoś w miarę szybko ogarneli.

        I mam pytanie z czystej ciekawości. Czy zamierzasz rekonstruować piersi? Jeśli tak, to po jakim czasie od operacji jest to możliwe? Jeśli nie chcesz odpowiadać, zrozumiem 🙂

      • Aga

        Mam nadzieję, że nie zawiedziesz się nigdy na swojej lekarce! Nie chcę tu nic radzić ani nic, ale powiem szczerze, że aż mi się na język ciśnie, że czasem warto skonsultować z kimś innym lub poszukać info w necie tak na wszelki wypadek :).
        Dobrze, że masz te badania! Oby nic nigdy się tam nie pokazało.
        Tak, jak chirurg wytnie tkanki piersi i już skończy tam co ma zrobić to do sali wejdzie chirurg plastyk i zrobi rekonstrukcję. Wyjaśniłam to wszystko w tym samym poście :). Ale będę jeszcze o tym pisać!

  • karolina :)

    Niesamowita odwaga, życzę dużo sily, woli walki i wsparcia bliskich 🙂

    • Aga

      Dziękuję 🙂

  • e

    masz szczęście że w USA są mądrzy lekarze bo w Polsce prewencyjnych mastektomii się nie wykonuje więc pozostaje mi czekać na chorobę i śmierć

  • Marta

    Te „rozszerzacze” jak je nazwałaś to ekspandery 🙂
    Przeszłam parę lat temu w pewnym sensie podobną operację, czucia na początku prawie w cale nie miałam, teraz jest dużo lepiej, oczywiście nie jak przed operacją, ale jest ok.
    Jeśli chodzi o ubieranie się, czy mycie włosów mnie też wszyscy straszyli, a już 3 dni po operacji i mogłam sama myć włosy i nosić zwykłe t shirty, może nie robiłam tego tak szybko jak wcześniej, ale jak już się te ręce do góry podniesie to wszystko można zrobić 😉
    Jedynie z dźwiganiem trzeba uważać żeby nie popsuć pracy lekarzy i szwów sobie nie porozwalać. 🙂
    Trzymam za Ciebie kciuki!

    • Aga

      O, czyli że po prostu spolszczyli sobie od expanders 🙂
      W pewnym sensie podobną operację? Nie do końca rozumiem to w pewnym sensie, mogłabyś mi wyjaśnić, bo chciałabym wiedzieć o czym mówimy :).
      Super, że tak szybko mogłaś już sama się zająć takimi prostymi czynnościami! Powiem Ci, że ja zawsze lubię znać wszystkie możliwe scenariusze i na wszystko być przygotowaną. Są kobiety, które świetnie sobie radzą i nie potrzebują za bardzo pomocy już po kilku dniach, ale są i takie, którym ciężko wstać z fotela, bo nie mogą użyć ramion w taki sposób. Różnie to bywa, zobaczymy jak będzie w moim przypadku 🙂