O opiece medycznej w USA po raz kolejny.

Co jak co, ale uważam, że opieka medyczna w Stanach jest na bardzo wysokim poziomie. Począwszy od sprzętów aż po lekarzy, pielęgniarki i innych, którzy są po to, by pomagać ludziom dojść do zdrowia, a nie by utrudniać im życie. Jeśli jest wskazanie do jakiegoś badania to się je robi, a nie czeka rok na termin. Ale tak, jest drogo i mimo, że szpitale oferują różnego rodzaju udogodnienia (np. rozłożenie długu na raty) to są ludzie, którzy dalej mają kłopoty z rachunkami, a szczególnie w przypadku np. jakiejś operacji, której koszt przekroczy kilkaset tysięcy dolarów… To są przecież ogromne pieniądze! Mało kto może się pochwalić takimi zarobkami, a nawet jakby mógł to przecież nie wyda rocznej pensji na jeden rachunek ze szpitala. No, chyba że ten ktoś to Beyonce…

Pomyślałam, że napiszę wam co nieco na temat tego jak to wszystko wyglądało w moim (!) przypadku od momentu mojej diagnozy do operacji, opieki w szpitalu i tak dalej. Nie będę się rozgadywać zbyt szczegółowo, no bo już bez przesady, żebym o wszystkim gadała ;), ale myślę, że powstanie fajny post z serii życie w USA, których w ostatnim czasie było mniej niż kiedyś.

Dodam jeszcze, że ten post nie ma na celu pokazywania wam, że o, zobaczcie jak ja miałam super i jak wasze szpitale są beznadziejne i jacy wy pechowcy… Kompletnie nie o to mi chodzi i naprawdę nie chciałabym, żeby ktokolwiek tak to odebrał. Chcę po prostu opowiedzieć jak to było, bo ja na przykład ogólnie jestem ciekawa innych miejsc i tego jak żyją w innych krajach, a skoro to blog o moim życiu w Stanach no to akurat świetnie się złożyło i może niektórych z was to zaciekawi. Enjoy!

 

Najpierw timeline… Gdy dowiedziałam się o chorobie mojej siostry jakoś w maju, prawie od razu zapisałam się do mojego ginekologa (nie mam jeszcze lekarza rodzinnego). Mówię prawie, bo najpierw musiałam się oswoić z tym wszystkim. On, po usłyszeniu całej historii, od razu wypisał mi skierowanie na badania genetyczne, więc po wizycie wpadłam szybko do pielęgniarek i pobrały mi krew. Wyniki przyszły szybciej niż się spodziewaliśmy (ok. tydzień). Lekarz zadzwonił wtedy do mnie i powiedział, bym koniecznie stawiła się jutro na wizytę, bo są wyniki. Pojechałam i dowiedziałam się, że mam mutację genetyczną, o której już wam obszernie opowiadałam. Ginekolog dał mi od razu kontakt do doradcy genetycznego i akurat z nią widziałam się dość późno, bo jakoś tak wszystko mi się przedłużyło w czasie z zapisaniem się na spotkanie. Na szczęście na Facebooku znalazłam grupę wsparcia dla nosicieli syndromu LFS no i jest też cała strona internetowa, na której znalazłam mnóstwo informacji. Dlatego przetrwałam, zadałam milion pytań, nauczyłam się. W każdym razie, na tamtej pierwszej wizycie lekarz dał mi też kontakt do gastroenterologa, którego widziałam po pierwszej wizycie w Polsce. On skierował mnie na kolonoskopię, którą sam wykonał po chyba dwóch tygodniach od pierwszego spotkania. To wszystko działo się w jednym szpitalu w Fayetteville. No i tutaj też wyniki bardzo szybko, bo w ciągu chyba dwóch dni (też złe), potem raz-dwa skierowanie do chirurga onkologa w Atlancie, wizyta, rozmowy, druga wizyta. Ponowne badanie, by sprawdzić co się dzieje po wycięciu pierwszego polipa, a po badaniu konsultacja z innym lekarzem na wszelki wypadek, by dowiedzieć się czy ta operacja to na pewno była konieczna. Okazało się, że tak. Po tym znowu poleciałam do Polski, a po powrocie zadzwoniłam do gabinetu lekarza pytając co z moją operacją i pielęgniarka powiedziała, że byli pewni, że miałam się odezwać po powrocie, co było po prostu małym nieporozumieniem. Lekarz zadzwonił do mnie po kilku dniach i umówił mnie na wspomnianą operację na za tydzień. Miałam też inne badania, jak rezonans piersi, tomografię klatki piersiowej, itp. W międzyczasie też udało mi się umówić wizyty z kilkoma innymi specjalistami oraz zrobić badania genetyczne April i otrzymać jej wyniki, o których też wam już pisałam, bo to były akurat bardzo dobre wieści. Czyli wszystko poszło naprawdę sprawnie i mimo tego, że niektórzy z was mają dość mnie psioczącej na Polskę to powiem, że z doświadczenia nie tylko mojego, ale też mojej siostry i innych członków rodziny oraz paru przyjaciół wnioskuję, że w Polsce najprawdopodobniej wszystko trwałoby miesiącami… jak nie dłużej.

Dzień przed operacją miałam wizytę u onkologa i spotkanie z anestezjologiem. Dostałam MNÓSTWO informacji o wszystkim co powinnam wiedzieć przed, w trakcie i po. Nie tylko ze mną rozmawiali i opowiadali o wszystkim odpowiadając też na wszelkie pytania, jakiekolwiek by one nie były, ale też dostałam dwa obszerne foldery napisane językiem, który szary pacjent bez problemu zrozumie, ładnie zrobione, z miejscem na własne notatki i tak dalej. Bardzo mi się to spodobało. W dodatku wszyscy byli mega sympatyczni, co na pewno jest ogromnym plusem. Nie czułam żadnego pośpiechu ani nic i wręcz przeciwnie – jasne było to, że oni są tam dla mnie, a nie ja dla nich.

Gdy następnego dnia weszłam do drugiego budynku szpitala doznałam lekkiego szoku i powiedziałam Nathanowi, żeby zrobił zdjęcie do pokazania na blogu ;).

20161018_233756

20161018_233804

Miałam być tam o 10 i byliśmy punktualnie co do minuty, aż szok. Wysłali nas do poczekalni, gdzie siedzieliśmy 10 minut i wtedy Nathan dostał telefon, żebyśmy podeszli do windy, gdzie czekał na nas… jakiś pan, który zaprowadził nas na salę przedoperacyjną. Tam szybko przebrałam się w ten ich szpitalny fartuch i rozłożyłam się na moim łóżku. Widziałam dwie pielęgniarki, anestezjologa i mojego lekarza. Milion razy odpowiedziałam na te same pytania, co w pewnym momencie robi się już męczące, bo przecież ile można! Ale oni tłumaczą, że to „dla bezpieczeństwa pacjenta”, co w sumie niestety ma sens. Podpisałam zgodę na operację, podali mi leki przeciwbólowe tłumacząc, że podanie ich wcześniej sprawi, że ból po będzie mniejszy, zaczęli mi kroplówkę i czekałam. No i ok. 12:15, przyszedł ktoś, by mnie zabrać i pojechałam. Najdziwniejsze jest to, że pamietam moment wyjeżdżania z sali i to, że powiedziałam Nathanowi „do zobaczenia niedługo” i to było na tyle. Ten tekst to ostatnia rzecz, jaką pamiętam aż do momentu, gdy obudziłam się po operacji. Tzn. w sumie to Nate mnie obudził… buziakiem :).

Od razu dowiedziałam się od lekarza, że operacja poszła dobrze, nie znalazł nic niepokojącego, a węzły chłonne wysłał do badań. I powiem wam, że co do tego dnia to mam tylko przebłyski. Pamiętam, że pielęgniarz siedzący obok mojego łóżka miał czarną skórę i MEGA białe zęby. Dużo spałam, a jak nie spałam to nie mam pojęcia co się działo. Nate powiedział, że sporo płakałam, ale ja kompletnie nie wiem dlaczego. Opowiedział mi, że raz mu wyjaśniłam, że płaczę, bo nie chcę być jak moja mama, która większość czasu spędzała w szpitalach i nie chcę, by April doświadczyła tego, czego ja musiałam, gdy byłam małym dzieckiem przez choroby i śmierć mojej mamy.

Do sali pooperacyjnej przewieźli mnie dość późno, bo ok. 21 i wiem, że pierwsze co to zapytałam gdzie mój mąż i przyprowadzili go dość szybko. Próbował ze mną jakoś rozmawiać i w ogóle i na początku było okej (chociaż tutaj nic nie pamiętam, więc jak gadałam jakieś głupoty to nie było to świadome), ale potem już zasypiałam, więc Nate powiedział, że leci do domu i wyszedł ode mnie około północy.

Powiem wam, że mega dziwne jest to niepamiętanie zdecydowanej większości wydarzeń z całego dnia… No ale dobra, pokażę wam zdjęcie mojego pokoju w szpitalu, bo parę osób pytało. Na szczęście miałam porządek ;). Każdy pokój ma prywatną toaletę, prysznic i telewizor.

1020160009-1

Ogólnie jeśli chodzi o zasady tego szpitala co do odwiedzin to były one dość luźne. Nie mają godzin odwiedzin i jeśli ktoś chce i pacjent nie ma nic przeciwko to może przyjść nawet i w środku nocy, dlatego Nathan wtedy wyszedł o północy i nikt go wcześniej nie wypędził. Raz jak przyszedł to położył się ze mną i oboje się zdrzemnęliśmy, a jak pielęgniarka weszła to tylko się zaśmiała, że widzi, że nam wygodnie. Moja siostra powiedziała, że jak ona była w szpitalu to pielęgniarki nie pozwalały nikomu siadać na jej łóżku. Jakby Nate chciał to mógł też zostać ze mną w pokoju na cały pobyt, łącznie z nocami, bez żadnych dodatkowych opłat.

W szpitalu oczywiście nie odpoczęłam, bo co zasnęłam to pielęgniarki wchodziły i budziły mnie do sprawdzenia ciśnienia i tak dalej. Szybko odstawili mi proszki przeciwbólowe, bo zwyczajnie ich nie potrzebowałam, a jedynie mnie ogłupiały bez sensu. Spędziłam tam dwie noce. Muszę tu dodać, że była ogromna różnica między tym, co mi doradzali, a co doradzane miała moja siostra. Ona miała znieczulenie zewnątrzoponowe, które trzymali jej jeszcze te dwa czy trzy dni po operacji, przez co była przypięta do łóżka, nie pozwalali jej chodzić, a jak już mogła iść do toalety albo chciała umyć włosy to nikt z personelu medycznego nie pomagał, zapominali nawet o jej kroplówkach, gdy nic nie mogła jeść… U mnie z kolei powiedzieli, że tak, mam odpoczywać, ale ważne było też to, żebym spacerowała, wychodziłam na dwór i w ogóle. Moje znieczulenie ograniczało się do tabletek, które i tak szybko przestałam brać, i dali mi takie urządzonko na rękę, które mierzyło mi kroki, a pielęgniarki zachodziły do mnie jaokś co 3 godziny. Tak więc wiecie – ona zakaz ruszania się i ma leżeć, a ja wręcz przeciwnie. Dwie zupełnie inne szkoły, nie? Dziwne strasznie.

Ta część będzie pewnie ciekawa dla niektórych z was w związku z tym, co tu ostatnio pisałam. Dzień po operacji rano przyszła do mnie dietetyczka, która przeprowadziła ze mną krótki wywiad – pytała ile ważę, czy mam apetyt, jak wygląda moja dieta, co jem, czego nie jem i tak dalej. Jak mi walnęła pytanie „skąd bierzesz białko?” to odruchowo przewróciłam oczami i już wiedziałam, że się nie dogadamy. Wyjaśniłam jej wszystko, a ona patrzyła się na mnie jak na idiotkę i powiedziała: „ale potrzebujesz białka, żeby wszystko się ładnie zagoiło!” Opowiadała mi co powinnam jeść po operacji i dostałam całą listę, na której było wszystko to czego nie jem, a jajka, nabiał i mięso (w tym mięso czerwone) były w dość dużych ilościach, co jest niedorzeczne jakby tak wziąć pod uwagę fakt, że po takiej operacji powinno się jeść produkty lekkostrawne. No ale dobra. Na liście zakazów były m.in. surowe owoce. Pani zapytała: „myślisz, że zmienisz dietę na to, co ci radzę na parę tygodni po operacji?”, na co odpowiedziałam wprost: „nie”. Pani wyszła. Później opowiadałam o tym jednej z pielęgniarek oraz mojemu lekarzowi, który przeprowadził operację, i oboje powiedzieli, żebym nie zawracała sobie głowy tym, co mi dietetyczka mówiła, bo oni uważają, że robię dobrą robotę. Jedno z nich, nie pamiętam już które, powiedziało mi, bym wywaliła listę do kosza, a drugie dodało, że posiłki szpitalne wcale nie są takie dobre i dobrze, że Nate mi przynosi jedzonko. Dodatkowo, kilka osób bardzo się interesowało naszą dietą, zadawali mnóstwo pytań. Kilkoro powiedziało, że chętnie spróbują no i słyszałam też parę razy, że to jak dobrze się czuję, jak dobrze wyglądam i jak szybko dochodzę do siebie to na pewno sprawka mega zdrowego stylu życia i diety. W ogóle bardzo polubiłam jednego pielęgniarza, któremu się raz zwierzyłam, że lekarz chce mi dać kroplówkę, bo się boi, że się odwodnię i w ogóle, a ja nie chciałam no i co mam mu powiedzieć. Pielęgniarz zamknął drzwi do pokoju i powiedział: „słuchaj, oni lecą na łatwiznę czasem, ale ty się na nic nie musisz zgadzać. Wiem, że jesteś zmęczona, więc zostaw to mi, ja mu powiem” :). Super był i jak schodził ze swojej zmiany to mu powiedziałam, że był moim ulubionym. A ogólnie całej reszcie zostawiłam wiadomość na tablicy. Może to dziwnie brzmi, ale naprawdę fajnie się tam czułam pod względem opieki, czułam, że ludzi obchodzi mój stan, a i chętni byli do ogólnych pogawędek.

1020161828

Jakoś dwa dni po powrocie do domu dostałam telefon od kogoś ze szpitala, kto podpytał jak tam się czuję, czy wszystko okej i tak dalej. Dostałam też telefon od agencji ubezpieczeniowej, w czasie którego dowiedziałam się, że jeśli będzie konieczność i jeśli zdecyduję się na chemioterapię to kwalifikuję się do jakiegoś specjalnego programu… Ale tu już wam więcej nic nie powiem, bo poinformowałam panią, że to nie będzie konieczne.

Ogólnie jeszcze wracając do mutacji genetycznej… Jest sporo lekarzy, którzy nic o tym nie wiedzą, ale trafiłam na samych takich, którzy nie dość, że zadają pytania to w dodatku sami szukają informacji, czytają, rozmawiają z ludźmi, sami się edukują. Mój onkolog na przykład pisał mi też maile, w których załączał przeróżne dokumenty a’propos LFS, jakie znajdywał i to samo robi moja konsultantka genetyczna. Zawsze mogę też do nich napisać i liczyć na odpowiedź. To samo z pielęgniarkami, najpierw zadają pytania, a później wracają i mówią: „właśnie przeczytałam, że…” To jest super, bo mam świadomość, że chcą pomóc i uczą się o tym specjalnie dla mnie zamiast iść na łatwiznę i opierać się na tym, co ja mówię. No i, chociaż niewiele, to jednak są też wytyczne co do badań i różnych kontroli, jakie powinni przechodzić nosiciele LFS, co stawia agencje ubezpieczeniowe pod ścianą, bo nie mogą odmówić pokrywania kosztów. Do tej pory jedyne, czego nie chcieli mi pokryć to rezonans magnetyczny całego ciała, ale z tego co czytałam w grupie na Facebooku to każda firma robi z tym problem i wolą płacić za kilka oddzielnych badań, zamiast jedno całościowe. Mój onkolog powiedział natomiast, że wyśle im dodatkowe dokumenty i będzie walczyć o to badanie tak długo, jak to możliwe. Tak swoją drogą, ciekawa jestem jaki był koszt tej operacji.

 

No i co teraz? Jak już wspomniałam, we wtorek mam wizytę u onkologa i dostanę moje wyniki. Mam też już umówioną wizytę u lekarza rodzinnego i to chyba ostatni krok. A, no i jeszcze czekam na decyzję co do rezonansu całego ciała. Później natomiast badania biustu za pół roku, a powtórka całej reszty za rok.

To by było chyba na tyle, dziękuję za uwagę :). Jeśli chcielibyście podzielić się jakimikolwiek swoimi doświadczeniami ze szpitali czy to w Polsce, czy w Stanach, to zachęcam!

 

Do następnego,

Aga

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram
SHARE
  • Magda

    Mozesz rozwinac te kwestie bialka? Tzn. skad bierzesz (lub czemu uwazasz, ze nie potrzebujesz)?

    • Aga

      Nie, nie, oczywiście, że potrzebuję białka! Wszystko go potrzebujemy. A białko biorę z pożywienia, ze wszystkiego co jem, bo każdy owoc ma w sobie białko, które jest łatwe do strawienia i przyswojenia :). Ogólnodostępne liczby dotyczące tego ile człowiek tego białka powinien spożywać są mocno zawyżone, dlatego ludzie w siebie je pompują, a później cierpią na różne choroby przez to białko spowodowane, szybko się starzeją, itp.
      Z tym przewracaniem oczami chodziło mi o to, że ktoś kto uważa się za „specjalistę do spraw żywienia” nie powinien zadać pytania o treści „to skąd ty bierzesz białko”, bo to w moich oczach dyskwalifikuje go na całej linii.

  • Agata

    Hej Aga!
    Odjęło mi mowę, no rewelacja.. Wydawało się, ze takie warunki i podejście to tylko oglądane sceny z filmów.. Moja koleżanka choruje na raka jelita, wie o tym od stycznia.. Dostawała jedynie chemię, teraz jest za słaba na drugi wlew, więc dano jej skierowanie do przychodni leczenia bólu i jest w domu.. Nie interesują się jej zdrowiem lekarze prowadzący, lekarz rodzinna, nikt.. Właściwie leży w domu i cierpi.. Chciałabym dla nie takiej opieki, jakiej Ty doznałaś, ale w PL to nigdy nie będzie możliwe..:(
    Pozdrawiam ciepło

    • Aga

      Matko, przykro mi bardzo, że Twoja koleżanka musi przez to przechodzić! Niewiele da się zrobić w takiej sytuacji 🙁

  • J

    Ogólnie bardzo się cieszę, że masz takie dobre wspomnienia ze szpitala i że tak dobrze cię traktowali, jednak jakoże jestem jedną z tych osób, które irytuje pokazywania na przykładach „w Polsce byłoby gorzej” muszę się na ten temat wypowiedzieć. Opieka medyczna w Stanach NIE JEST za darmo, pomimo wielu różnych podatków, które płacicie. Polak po zapłaceniu wszystkich swoich składek opiekę medyczną ma DARMOWĄ. Ty masz o szpitalu w Stanach dobrą opinię, ponieważ posiadasz dobre ubezpieczenie, ale gdy są osoby, które po prostu na to ubezpieczenie nie stać to na pewno woleliby czekać nawet te parę miesięcy, a nie potem spłacać operacje przez całe życie. I znów wracając do kwestii płacenia – płacąc za leczenie w prywatnych klinikach w Polsce także uzyskujesz dobrą opiekę medyczną i lepsze standardy, tylko wszystko zależy od tego, czy jesteś w stanie sobie pozwolić na takie wydatki i osoby w Polsce przynajmniej mają wybór.
    Co do diety to jak najbardziej zgadzam się z tym dietetykiem, oprócz czerwonego mięsa, ale nie byłam świadkiem tej sytuacji, więc nie wiem, czy nie wyolbrzymiasz, i uważam, że może jednak powinnaś pomyśleć nad tym, co ci mówi specjalista, bo ta osoba jednak się o tym uczyła i wie więcej niż przeczytanie paru artykułów w internecie.

    Super, że masz już dużą część tego wszystkiego zrobioną!

    • Aga

      Dlatego napisałam na samym początku postu, że opieka medyczna w Stanach jest bardzo droga i wiele osób ma problemy ze spłacaniem rachunków. Wspomniałam też, że mówię o swoim doświadczeniu i porównywałam z tym z Polski, które no niestety było dość kiepskie i nie będę udawać, że było dwrotnie. To w Polsce czekałam na wizytę 8 miesięcy po to, by usłyszeć, że KŁAMIĘ, że mnie boli i wyjść z kwitkiem, a nie tutaj 🙁 Jeśli Ty miałaś dobre doświadczenia w szpitalach czy to w Polsce, czy gdziekolwiek indziej to super, bo to naprawdę ważne, by trafić na dobrą opiekę, gdy się jej potrzebuje! A już zwłaszcza gdy chodzi o zdrowie lub nawet życie.
      Wiesz, ktoś kto zadaje mi tak idiotyczne pytanie nie jest żadnym specjalistą według mnie. Jest po prostu kimś, kto przeczytał te kilkadziesiąt książek, z których uczy się większość tych „specjalistów” do spraw żywienia i myśli, że wszystko wie najlepiej. A według mnie to nie jest prawda, ale też ja sama się za specjalistkę wcale nie uważam. Zwykły szary człowiek jak Ty czy ja może posiąść większą wiedzę siedząc w domu, jeśli się tym wszystkim wystarczająco zainteresuje i zajrzy też tam, gdzie te najbardziej popularne książki nie prowadzą. Ja nie jestem jedną z tych osób, które lecą za wszystkim co mówią ci po skończonych studiach, bo zwyczajnie zadaję pytania i nie biorę wszystkiego co oni mówią jako coś oczywistego. Oni nie są lepsi ode mnie ani od żadnego z nas w żaden sposób. Przeczytali po prostu ileś tam książek, zarywali noce by wszystko zapamiętać, zdali egzaminy i tyle. To nie zawsze oznacza, że można im zaufać w tak ważnych kwestiach. I nie mówię tu o wszystkich, uogólniam.
      I ja nie opieram swoich opinii tylko na podstawie wspomnianych przez Ciebie paru artykułów w internecie, bo przeczytałam też chociażby kilka książek, tylko że innych niż te, które każą czytać na studiach 😀
      Też się cieszę. Teraz tylko czekać na wyniki biopsji…

      • Aga

        Dodam jeszcze szybko, zeby nie bylo, ze jestem az tak pechowa – w Polsce przez pare lat mialam super pediatre, az do tej pory dobrze ja pamietam :).

      • A

        Studia nie polegają na „przeczytaniu iluś tam książek i zdaniu egzaminów”, za co dostaje się na koniec kawałek papieru (zwłaszcza te w Stanach; sama studiowałam w Kanadzie, gdzie jest podobnie). To lata ciężkiej pracy opartej na wykładach i seminariach z największymi znawcami w danej dziedzinie, na pisaniu prac popartych dogłębnym researchem i własnymi badaniami, na praktycznych zajęciach, wielokrotnie kilkuletnich stażach – można tak wymieniać. Czy według ciebie lekarze też są ludźmi, którzy zarwali kilka nocy żeby zdać parę egzaminów i ktoś im za to dał pracę w szpitalu? I tak, oczywiście się zgadzam, że nie zawsze skończone studia równają się prawdziwej kompetencji, ale w wielu dziedzinach są po prostu koniecznością i nie zastąpi ich wiedza zdobywana na własną rękę. Dietetyczki opisanej przez ciebie nie możemy ocenić choćby z tego względu, że nikt tutaj nie miał z nią kontaktu, ale ogółem też miałabym większe zaufanie do profesjonalnego dietetyka pracującego dla służby zdrowia niż guru z YouTube’a i innych internetowych znawców – tak samo jak swoje zdrowie powierzam wykształconym lekarzom, a nie wiejskim znachorom leczącym raka kadzidłami (ty chyba zresztą też?), a mój samochód naprawia mechanik, a nie szwagier co czasami lubi podłubać kluczem w swojej Hondzie. (Nie oznacza to, że krytykuję twoją dietę, bo to kompletnie nie moja dziedzina wiedzy i nie jest to zresztą moja sprawa – super, że czujecie się świetnie jedząc wyłącznie owoce).

      • Aga

        Zależy jakie. Mam znajomą, która nie poszła co prawda na studia, ale poszła do szkoły policealnej, gdzie bardzo dużo się uczyła, a poza tym jako jedna z nielicznych chodziła też na dodatkowe kursy, wykłady spoza szkoły i tak dalej. Ona faktycznie bardzo dużo pracowała na to, by teraz móc robić to, co robi i uwielbia to. Inna znajoma natomiast przez całe dotychczasowe studia psychologiczne leciała na ściągach, a uważa się za najlepszego psychologa na świecie i chce pracować z ludźmi… To nie od studiów czy wykładowców zależy, a tylko od ludzi, którzy chcą posiąść daną wiedzę. O co mi tu najbardziej chodzi to fakt, że według mnie nie ma znaczenia kto – babcia, mama, wujek, nauczyciel w szkole czy profesor na uczelni – to, że mają większą wiedzę od innej osoby nie oznacza, że wiedzą lepiej. Tak, oczywiście, że jest mnóstwo ludzi, którzy spędzają pół swojego życia na badaniach dotyczących np. tego, że chemioterapia jest najlepszym wyjściem w przypadku nowotworu, ale ja uważam, że jest najgorszym i jeśli wyniki biopsji będą złe to na pewno nie podejmę się chemii i tak, będę wolała leczyć się innaczej. Nie kadzidełkami co prawda, ale innymi naturalnymi sposobami. Także no chodzi mi o to, że ilość nie zawsze przekłada się na jakość.
        Ale ja też nie wypowiadam się w tematach, o których nie mam zielonego pojęcia. Spróbuj porozmawiać ze mną o na przykład fizyce to jedyne co będę w stanie zrobić to podzielić się moją opinią opartą na wyobraźni i obserwacji świata, a czasami nawet i to nie.
        Ja nie mam żadnego guru, ale ci ludzie w internecie, którzy głoszą dość inne poglądy niż większość są, w mojej opinii, o wiele bardziej wyrozumiali, otwarci i ciekawi. Zadają pytania, dzielą się wiedzą, doświadczeniem i słuchają innych. Też spędzają mnóstwo czasu na badaniach i tak dalej, ale nie są zamknięci na jedno. Raczej myślą, że okej, jedna osoba powiedziała to i spoko, ma to sens, ALE ciekaw jestem co mówią inni. I ja robię to samo, dlatego łatwiej jest mi ufać im niż tym specjalistom, którzy uważają, że wszystko wiedzą, bo skończyli (czasem bardzo ciężkie) studia i mają w nosie to, co mówią im inni. I to nieważne jakie studia tak naprawdę, bo chyba nie ma osoby na tym świecie, która wiedziałaby wszystko z danej dziedziny, ale z historykiem sztuki tak jak z fizykiem dyskutować nie będę, bo nic nie mam do powiedzenia ;).
        Tak, ufam lekarzom, ale też nie tak od razu. Jak wspomniałam, konsultowałam konieczność operacji z innym lekarzem, więc w sumie opinię o tym wyraziła trójka doktorów z tej samej dziedziny. Nie poddałabym się tej procedurze po opinii tylko jednego doktora. A, na przykład, mojemu ginekologowi bardzo ufam, bo jest to właśnie jedna z osób, które mimo jakichś tam twardych przekonań są bardzo otwarte na inne możliwości, dowiadują się, rozmawiają. On niewiele wie o odżywianiu tak jak i większość lekarzy ogólnie, więc nie przekonywał mnie na siłę, że powinnam jeść tak jak on, a wręcz przeciwnie – powiedział, że to genialna sprawa co ja robię.
        Zgadzam się całkowicie, że nie zawsze wystarczy wiedza zdobyta na własną rękę, jeśli chce się zrobić karierę w jakiejś dziedzinie. I tak, jeśli chodzi o operację i wiele innych kwesti dotyczących mojego zdrowia (ale nie wszystkich) to wolę konsultować się z kimś kto nie tylko skończył studia, ale jednocześnie może pochwalić się doświadczeniem z innymi pacjentami i nie mówię tu o roku czy dwóch, ale o większym doświadczeniu. Natomiast na przykład o wychowaniu dzieci wolę podyskutować z kimś, kto sam zdobył doświadczenie w domu ze swoimi dziećmi czy opiekując się innymi, niż z kimś kto skończył studia pedagogiczne.
        No ale to tylko ja… Dziwna jestem, wiem, ale nie przeszkadza mi to. Wręcz przeciwnie :).

      • A

        Zgadzam się w pełni, że otwartość na różne poglądy i źródła wiedzy jest bardzo ważna (i szczerze doceniam lekarzy, którzy bez wstydu są gotowi zweryfikować własną wiedzę, nawet jeśli oznacza to wpisanie nazwy leku w google przy pacjencie). Tyle że idzie to w obie strony. Ludzie, którzy odkryli pewnego rodzaju „alternatywne” style życia z reguły mają tendencje do tego, żeby – wbrew temu, co twierdzą – zamykać się w bańce mydlanej, nie dopuszczając do siebie wiadomości, że mogą nie mieć racji, chyba że naprawdę dojdzie do poważnego kryzysu (dość ekstremalnym przykładem są na przykład antyszczepionkowcy, którzy „nawracają” się dopiero, kiedy umrze im dziecko). Wszyscy którzy się z nami zgadzają są wtedy super, a ci którzy mają bardziej „tradycyjne” poglądy to konserwy i ignoranci, którzy muszą iść się dokształcić. Nawołujesz na przykład, żeby ludzie niezgadzający się z twoim punktem widzenia podawali wiarygodne źródła, choć sama powołujesz się na enigmatycznych „ludzi z internetu”, „kilka książek”, czy „filmy na YouTube” – nie twierdzę teraz, że na własnym blogu masz pisać tezy poparte akademickimi źrodłami, tylko zwracam uwagę na pewnego rodzaju podwójny standard w twoim myśleniu. Bardzo pobieżny przegląd artykułów w bibliotece uniwersyteckiej online sugeruje na przykład, że wiele badań i statystyk potwierdza niezbyt pozytywny wpływ na zdrowie długotrwałej diety złożonej wyłącznie z owoców, a przypadki ludzi którzy na diecie stuprocentowo frutariańskiej funkcjonują dłużej niż pięć lat niemal nie istnieją – ale jestem pewna, że znalazłabyś natychmiast mnóstwo argumentów, żeby się z tymi badaniami nie zgodzić. Ja to widzę trochę w ten sposób: wszelkiego rodzaju eksperymenty ideologiczne są właśnie tym – eksperymentami, którymi powinni poddawać się dorośli ludzie, na szali kładąc wyłącznie własne zdrowie.

        Jeszcze mała uwaga na temat chemioterapii: istnieją setki odmian chorób nowotworowych i podczas gdy na jednen rodzaj chemioterapia może nie zadziałać wcale, jedynie wyniszczając organizm, na inny wciąż będzie najskuteczniejszym lekiem, pozwalając ludziom wyjść z choroby na zawsze bądź na długie lata.

        P.S. Dowodem na to, że blog jest interesujący jest to, że wzbudza zróżnicowane emocje i prowokuje dyskusje – gratuluję 🙂

      • Aga

        Co do podawania źródeł informacji to ja nie raz je podawałam w postach, chociażby w tym ostatnim o żywieniu. Sprawa ze szczepionkami jest bardzo skomplikowana. Można się tak wymieniać przykładami ludzi, ale prawda jest taka, że każdy jest inny i każdy inaczej będzie się zachowywać, więc też nie możemy wrzucać jadaczy mięsa do jednego worka, fruitarianów do innego, a jedzących warzywa do jeszcze innego. Jest parę fruitarianów, z którymi mam czasem do czynienia i których nie lubię, bo jeśli ktoś nie jest taki jak oni to ich wyzywają, obrażają, itp. A tego nie popieram i walczę z tym za każdym razem, gdy to widzę. Różnica według mnie polega na tym, że ci ludzie, którzy – jak to ujęłaś – zamknięci są w bańce, tej nazwijmy ją na potrzeby komentarza „o organicznym i naturalnym życiu”, najpierw poznali tradycyjne metody, bo większość się na nich wychowała i gdy zauważyli, że to jest nie dla nich to zaczęli poznawać drugą stronę i próbować nowe rzeczy. Natomiast większość tych, którzy są przeciwko ludziom jak ja nigdy tej drugiej strony nie poznało w żaden sposób, a i tak uważają, że wiedzą najlepiej.
        Oczywiście, że nie zgadzam się z tymi badaniami, bo sami z Nathanem znamy osoby, które żyją na takiej diecie dłużej niż pięć lat 😀 A gdzie ci w internecie i gdzie cała reszta na całym świecie!

        PS. Dzięki, staram się 😀

  • Aga

    Czeeeeść! 🙂 Tak trochę nie na temat, ale wczoraj znalazłam przypadkiem Twojego bloga i zaczęłam go czytaać jednym tchem i przeczytałam wszystko! 🙂
    Uwielbiam Cię po prostu! 🙂

    • Aga

      Hej! Super, że tak się już tu zadomowiłaś! 😀

  • Matka

    Ja mam kolezanke ktora bardzo przypomina mi Ciebie,uwaza sie za najwieksza znawczynie,jest lepsza od lekarzy i wszystkich specjalistow,nikt nie mogl jej wytlumaczyc niczego,nawet wlasna matka.Ale do rzeczy,dziewczyna po 30 -stce,wyksztalcona dostaje pierdolca na punkcie,powrotu do natury’.U niej objawialo sie tym ze porody najlepiej powinny byc pod drzewem we wlasnym ogrodku,dezodorantow nie powinno sie uzywac po wywoluja raka,karmienie piersia do wypadniecia dziecku zebow mlecznych itd.No i nadchodzi ten dzien ze rodzi dziecko,cale i zdrowe.I zaczyna sie wiszenie dziecka na cycu non stop,w dzien,nocy,w domu,parku,kawiarni,non stop.Mijaja tygodnie ale dziecko dalej wyglada jak new born,nic wlasciwie nie rusza sie z dlugoscia i waga dziecka.Idzie wiec ta nawiedzona do poradni lektacyjnej i pani informuje ja ze jak najszybciej powinna przesc na mleko w proszku albo przynajmniej dokarmiac butelka.A ta najmadrzejsza oczywiscie hahaha,ona nic nie wie i dalej tylko cyc.Dziecko dochodzi do okolo 6 miesiecy i idzie na szczepienie(jeszcze miala wtedy troche rozumu ze chciala zaszczepic),lekarz odmawia szczepienia tak wycieczonego dziecka i daje jej skierowanie do szpitala na kilkudniowe dokarmianie pozajelitowe,zeby dziecko troche postawic do pionu i pozniej zaczac odzywiac dziecko bez cyca.Ona oczywiscie wyrzuca skierowanie i dalej sadzi ze ona wie najlepiej i dalej kontynuuje z cycem.Co stalo sie z dzieckiem pozniej to nie wiem,czy zyje,jesli tak to jak zyje.Wszyscy zerwali z nia kontakt bo nikt nie mogl patrzec na te ledwo zyjace dziecko.Czasami warto posluchac lekarzy czy specjalistow z poradni laktacyjnej czy dietetycznej.

    • Aga

      Jeśli ta historia jest prawdziwa to naprawdę przykro mi bardzo, że dziecko Twojej znajomej musiało przez to wszystko przejść, bo to jest coś okropnego. Chociaż ciężko mi sobie wyobrazić dlaczego jej mleko było tak mało wartościowe… No ale nic, musiałabym z nią pogadać.
      Czy zmienia to w jakikolwiek sposób moje podejście do czegokolwiek w tym momencie? Nie. Możesz próbować dalej, jeśli Ci się chce, ale nie wiem czy jest sens.

      • Matka

        Oczywiscie ze historia jest prawdziwa,malo to nawiedzonych?Jej mleko bylo malo wartosciowe,gdyz zeby karmic dziecko piersia trzeba miec bardzo zbilansowana diete,liczyc,podliczac,patrzec co i ile dostarcza witamin dziecku.Ale nie wszyscy maja na to czas i mozliwosci,takze jej mleko bylo nic nie warte.Nie chodzi tutaj o jej mleko ale o trwanie we wlasnej glupocie i dojscie do tego ze jednak niezawsze mleko matki jest the best.Nie bede przekonywac Cie do niczego,poczekamy i zobaczymy,tylko ze moja kolezanka byla zawsze szczera i nigdy nie ukrywala co z dzieckiem dzieje sie chociaz przeczyla samej sobie.Nie mysle ze przyznasz sie do bledu.

      • Aga

        Ja nie wiem jak Ty czytasz co ja piszę, ale wyraźnie widzę nie pierwszy już raz, że pomijasz niektóre fragmenty albo udajesz, że ich nie ma. Pisałam, że nie zawsze mleko matki jest najlepszym pokarmem, chociaż powinno być. Pisałam też, że są różni ludzie i niektórzy faktycznie mądrością nie grzeszą, ale akurat takich ludzi wypadałoby edukować, rozmawiać, pomagać, a nie się od nich odwracać i urywać kontakt jak to zrobili ci „wszyscy” przez Ciebie wspomniani.
        I powiem Ci szczerze, że całkowicie straciłam ochotę na dyskusje z Tobą, bo one NIC nie wnoszą do spawy. Nie dajesz mi żadnych racjonalnych argumentów, nie dzielisz się w ogóle swoją wiedzą, nie piszesz dlaczego uważasz, że April będzie miała problemy, że będzie niedożywiona, dlaczego według Ciebie to mięso i nabiał są jedynymi odpowiednimi źródłami witamin i innych składników odżywczych, nie piszesz dlaczego według Ciebie człowiek nie może być zdrowy na surowej diecie i tak dalej. I nie chodzi mi tu o nic w stylu „bo tak mówią lekarze, a oni są mądrzejsi od nas” albo kopiuj-wklej z internetu, tylko o konkretne argumenty przeciw, które sprawiają, że jesteś tak bardzo zamknięta na inne możliwości i zwyczajnie lecisz ślepo za tym, co mówi jakiś tam autorytet w postaci lekarza, nauczyciela czy nie wiem jeszcze kogo. I nie, przez ten cały czas rozmowy z Tobą nie zobaczyłam żadnych konkretów, żadnych argumentów, żadnych faktów od Ciebie, kompletnie nic. Zamiast tego dzielisz się tylko jakimiś historiami, w które mnie osobiście (i nie tylko mnie) ciężko uwierzyć, nie podajesz nawet żadnych źródeł ani nic, a wyraźnie o nie pytana ignorujesz temat. Wolisz mówić mi natomiast, że jestem głupia, że jestem złą matką i pokazujesz mi, że Ty wiesz wszystko lepiej, a ja „poczekam i zobaczę” i jestem jakaś dziwna, że Cię nie słucham, bo przecież powinnam. A skoro nie lecę za tym co mówisz to znaczy, że uważam się za najmądrzejszą i „ciężko mi cokolwiek wytłumaczyć”. A, no i zapomniałabym – będę kłamać, że moje dziecko jest zdrowe, gdy tak naprawdę będzie leżało w szpitalu pod kroplówkami z powodu wycieńczenia przez jedzenie, które dostaje. Tutaj to aż się roześmiałam, mówiąc szczerze.
        No daj spokój, to już zwyczajnie nie ma sensu, bo ja w tym momencie marnuję już swój czas. Jeśli masz ochotę na jakiekolwiek dalsze dyskusje to tylko, jeśli wrócisz do mnie z jakimiś konkretami i będziesz otwarta i gotowa na bronienie ich po mojej konfrontacji. W przeciwnym razie ta dyskusja z mojej strony jest zakończona.

  • Maggie

    Jej, ten szpital jest piękny 🙂 Szpital marzeń 😉
    Fajnie wiedzieć, że istnieją lekarze i pielęgniarze otwarci na nowe rzeczy, którzy mają w sobie na tyle pokory, że słuchają także tych „zwykłych” ludzi, nie ekspertów. To jest takie złudne myślenie, że tylko eksperci mają i mogą mieć coś do powiedzenia, a w gruncie rzeczy to są tacy sami ludzie jak inni, często nawet bardziej „przeciętni”.
    Zawsze powtarzam, że jeżeli ktoś wykonuje jakiś zawód, to powinien się dokształcać, być otwartym na nowości w swojej dziedzinie i nie bazować na przestarzałej wiedzy akademickiej. Znam wspaniałego dentystę, który naprawiał zęby PO innych dentystach albo takie, które inni dentyście skazywali już do wyrwania. Właśnie takich lekarzy świat potrzebuje – otwartych, ciągle się uczących, z pasją i zainteresowaniem na drugiego człowieka. Niestety ci ograniczeni powodują często tylko niepotrzebne cierpienie 🙁

    • Aga

      Nadajemy na tych samych falach ;).

  • Matka

    Ok ok,zakonczmy ten temat zywienia,ja nie mam czasu na przekopywanie internetu zeby podawac fakty,moje racje itd,tez mam male dziecko ktore skacze mi po glowie.Mam putanie z innej beczki,oczywiscie jesli to sprawa prywatna to rozumiem ze nie napiszesz,ale jesli to nie tajemnica to czemu matka starszej dziewczynki ma zabrane prawa rodzicielskie?Ja rozumiem ze amerykanie nie lubia zoltych(z wyjatkiem Twojego meza😜) i zawsze stana po stronie ich rodaka,ale przeciez to jest bardzo powazna sprawa i co ona musiala tak strasznego zrobic ze odebrali jej dziecko?Czy nie ma szansy odzyskac corki?Druga sprawa dlaczego uwazasz ze Twoje dziecko nie powinno znac jezyka polskiego?Czy jest cos w tym zlego ze dziecko zna jezyk obcy?Chyba czym wiecej jezykow tym lepiej.Ja tez jak juz pisalam nie mieszkam w Pl,moj maz tez nie jest Polakiem,nie mysle ze kiedykolwiek wroce do Pl(chociaz never say never),ale moje dzieci mowia biegle w trzech jezykach(w tym polski) i ciesze sie bardzo ze mowia w moim ojczystym jezyku.Od urodzenia zwracalam sie do dzieci po polsku bo nie wyobrazalam sobie inaczej,a moj maz w swoim jezyku.I tez jak Ty bardzo lubie USA,nie wyobrazam sobie przeprowadzki z dziecmi do Pl,ale mimo to moim jezykiem ojczystym jest polski i skoro dzieci sa w polowie moje niech mowia tez w jezyku swojej matki a nie tylko ojca.

    • Aga

      Sprawa z matką Alicii jest dość długa i skomplikowana i nie chcę tu wchodzić w szczegóły, no bo żadne z nich mogłoby sobie tego nie życzyć. Ogólnie chodzi o to, że ona przez długi czas znęcała się psychicznie nad Nathanem i psychicznie oraz zdarzało się też, że i fizycznie nad Alicią od kiedy mała miała ok. 5 miesięcy. Doszło do tego, że Alicia przez długi czas uciekała z płaczem i krzykiem za każdym razem, gdy ją widziała i sama byłam świadkiem takich sytuacji jak tu przyleciałam…
      I nie, ja nie uważam, że April nie powinna znać polskiego. Mi szczerze jest obojętnie czy ona będzie znała jeden język, trzy czy osiem. Mnie chodzi o to, że ja nie chcę jej wpychać tego na siłę do głowy i mieszać jej od urodzenia. I ja wiem, że niektóre dzieci nie mają z tym problemu, wiem. Ale mimo to dalej mam takie zdanie, że chcę, by sama podjęła tę decyzję. Chcę też, żeby jej pierwszym językiem był angielski, bo tu mieszka i tu mieszkać będzie długi czas, a może i nawet całe życie. I jak już powtarzałam, jeśli kiedykolwiek będzie mnie pytać o cokolwiek związanego z Polską lub będzie chciała pouczyć się języka albo chociaż kilku słów tu i tam, to jestem jak najbardziej otwarta. Jeśli będzie chciała to będę ją uczyć. Dopóki sama się o to nie zwróci wiedząc, że jestem tu by jej pomóc w razie co, to nie będę jej mieszać.

  • Annimula

    Nie ma to jak lekarz, ktory naprawde slucha pacjenta i chce pomoc. Wiekszosc to niestety zwykli „urzednicy” ktorzy stracili zapal do pracy i tylko przepisuja leki.
    Ja mam szczescie do lekarzy typu „widocznie juz tak pani ma, coz zrobic?” :-/

    Sytuacja sprzed kilku lat (pasuje troche do dyskusji w komenatarzach: lekarze kontra opinie z internetu/czasopism) Mialam bardzo nieregularny okres, i sie tym faktem martwilam. Poszlam do ginekolog (jeszcze w Polsce). Przepisano mi pigulki antykoncepcyjne, ktorych nie chcialam, ani nie potrzebowalam. Po doslownie 2 tabletkach dostalam takich bolow brzucha, ze musialam je odstawic. Lekarka, kazala mi wiec naklejac sobie plasterki hormonalne. Po krotkim zapoznaniu sie z ich dzialaniem na organizm postanowilam ich nie stosowac.
    Po jakims czasie (juz mieszkajac we Wloszech) poszlam do wloskiego ginekologa. On nic mi nie zapisal, bo uznal, ze widocznie „tak juz mam”.
    Potem w gazecie trafilam na artykul o chorobach tarczycy, zrobilam sobie badania i wyszlo, ze mam niedoczynnosc tarczycy. Poszlam do specjalisty, dostalam leki i dzieki temu nareszcie zaczelam sie dobrze czuc, i co najwazniejsze moglam zostac mama 🙂

    • Aga

      Cieszę się, że znalazłaś ten artykuł i wzięłaś sprawy w swoje ręce! Tym bardziej, że zaowocowało to dziećmi :)). Ja naprawdę nie rozumiem jak coś co ewidentnie jest nienormalną reakcją organizmu może być przez lekarza zbywane tekstem, że pewnie tak masz… W głowie mi się to nie mieści.

  • _little_my_

    Hej,
    Mam pytanie odnośnie tej mutacji i tego co jest zalecane pacjentom z tą mutacją. Mianowicie pisałaś, że nie możesz mieć robionych zdjęć rentgenowskich ani mammografii, bo moga wywołać raka a zalecana jest tomografia klatki piersiowej. Przecież to jeszcze większa dawka promieniowania rentgenowskiego. Dlaczego nie robi się tylko rezonansu?

    • Aga

      Jeśli chodzi o tomografię klatki piersiowej to zalecana jest ona ogólnie, nie ludziom z tą mutacją, ale ogólnie jeśli jest coś niepokojącego w płucach, bo tomografia pokaże o wiele więcej niż np. rezonans m.in. przez to, że płuca się cały czas ruszają.
      Nie jestem pewna czy odpowiedziałam na Twoje pytanie w kontekście, o który Ci chodziło. Jeśli nie to daj znać 🙂

      • _little_my_

        Jestem technikiem elektroradiologii 😉 Wiem, że obraz z CT jest lepszy, tylko ta dawka mnie martwi w Twoim przypadku.
        Poza tym chciałam Ci jeszcze napisać, ale zapomniałam pod tym postem, w którym to napisałaś, że bardzo cieszę się, że April nie ma tej mutacji. Bardzo trzymałam za Was kciuki ☺ pozdrawiam

      • Aga

        Mnie też martwi. Nie miałam jeszcze tej tomografii komputerowej, jeden z radiologów chciał ze mną porozmawiać o tomografii ze zmniejszoną ilością promieniowania, ale jeszcze się z nim nie widziałam.

        Ja też się cieszę! Dzięki za kciuki 🙂

      • Aga

        Mnie też martwi. Nie miałam jeszcze tej tomografii komputerowej, jeden z radiologów chciał ze mną porozmawiać o tomografii ze zmniejszoną ilością promieniowania, ale jeszcze się z nim nie widziałam.

        Ja też się cieszę! Dzięki za kciuki 🙂

  • Agata

    Mnie dziś czeka trudna wizyta lekarska, pieprzyk mnie niepokoi, bardzo rozrósł się, mam złe myśli..dziś obejrzy dermatolog, jutro może wytnie mi onkolog..i nagle nieważna jest figura, pieniądze, nic..ważna jest tylko rodzina i zdrowie:(

    • Aga

      Trzymam kciuki!!!!