Dlaczego Alicia nie chodzi do szkoły?

W Polsce pierwszy dzień szkoły to 1 września, a u mnie dzieci wróciły do nauki 5 sierpnia. W zeszłym roku Alicia chodziła do pierwszej klasy i było to w sumie bardziej na próbę. Nathan od początku był temu przeciwny i naprawdę chciał, żeby Alicia została w domu. On ma generalnie prawie takie samo zdanie na temat systemu edukacji jakie mam ja, więc rozumiałam to, ale z drugiej strony Alicia chciała spróbować i zobaczyć jak to wszystko wygląda. Na pewno duży wkład w to miała jej matka, która powtarzała jej, że jak nie pójdzie do szkoły to będzie głupia, nie będzie miała żadnych koleżanek ani kolegów, nikt nie będzie jej lubić, a w przyszłości nigdy nie znajdzie męża i pewnie będzie żyć pod mostem, bo nikt nie da jej pracy. I ja tu nie koloryzuję nic! To słowa, które Alicia, Nate i ja od niej słyszeliśmy. Przypuszczam, że gdyby nie ona to Alicia w szkole nie zawitałaby w ogóle. Jej doświadczenie z czasie tego roku ogólnie nie było najgorsze, poznała kilkoro fajnych dzieci, lubiła swoją główną nauczycielkę. Wiele razy powtarzała jednak, że do drugiej klasy już nie chce iść. Pojawił się u niej stres, częste bóle brzucha, niechęć – nic z tego nie działo się wcześniej. Bała się nauczyciela od wychowania fizycznego i kilka razy rano aż się popłakała. Dzieci tutaj mają 5 dni w ciągu semestru, które mogą opuścić bez dostarczania żadnych usprawiedliwień i Alicia zadbała o to, by je wykorzystać. Nathan zgodził się na to, by poszła do pierwszej klasy dlatego, że nie jest typem, który każe swojemu dziecku żyć tak jak on tego chce. Skoro Alicia tak nalegała to znaczy, że miała powód. Powiedział jednak, że im dłużej ona tam jest tym większy zaczyna mieć to wpływ na niego, więc do drugiej klasy już jej nie pośle. Nie było tu jednak żadnego zgrzytu, bo ona na to przystała.

 

Jak nie pójdziesz do szkoły to będziesz głupia

To jest chyba jeden z najgłupszych argumentów, jakie słyszałam i nawet nie będę przepraszać za słowo „najgłupszych”, bo to jest bardzo dobre określenie według mnie. Szkoła naprawdę nie jest jedynym miejscem, gdzie można nauczyć się mnóstwa rzeczy począwszy od biologii przez różne języki po matmę i wszystko inne, czego macie ochotę się uczyć. Poziom wiedzy nabytej w szkole nie ma żadnego związku z poziomem naszej inteligencji, a przebywanie tam sprawia raczej, że większość ludzi traci chęć do nauki, poznawania nowych rzeczy i dowiadywania się ich przez nich samych. Zaczynają myśleć tak, jak każą im książki i nie wpadną nawet na to, że może jednak to co te książki mówią nie jest do końca prawdą. Może są też inne opcje, może to inni mają rację. I, co już wcześniej wspominałam, bardzo bawi mnie podejście, że jak się nie pójdzie na studia to niczego się w życiu nie osiągnie. Nie będę tu opowiadać o sławnych osobach ani nic takiego, bo każdy z was ma dostęp do Google, ale podam wam przykład z mojego najbliższego otoczenia – Nathan. Zrobił genialną karierę w swoim zawodzie, a nie poszedł nawet do koledżu. Inną sprawą jest też to, że mnóstwo osób myśli, iż trzeba pchnąć dzieci do nauki, wskazać im co mają czytać, czego mają się dowiedzieć i przycisnąć, by koniecznie to robiły. W przeciwnym razie same nigdy nie pomyślą o tym, by usiąść z książką i będą się lenić do końca życia! To podejście pochodzi oczywiście z doświadczenia, ale jest błędne. To znaczy, jest prawidłowe pod tym względem, że jeśli ktoś jest do czegoś zmuszany to traci na to ochotę, jeśli od dziecka widzi się, że nie można myśleć swoim sposobem i trzeba zgadywać jaki jest „klucz” to dzieje się to samo – traci się ochotę. Z drugiej strony natomiast jakby tak zostawić dzieci i zaufać im to prędzej czy później (i uwierzcie mi – prędzej niż myślicie) same sięgną po tę książkę i same zaczną się uczyć. Nie dlatego, że ktoś im każe, a dlatego, że same chcą. Bo ciekawość dzieci mają wrodzoną.

 

Nie znajdziesz pracy w przyszłości

Kolejny dość powszechny argument. I za każdym razem słysząc to myślę sobie – to są tylko dzieci! Nie będę straszyć mojej 7-letniej córki tym, że jeśli teraz nie będzie siedzieć w ławce bez ruchu i bez gadania przez 8 godzin z rzędu z krótkimi przerwami pomiędzy, słuchając uważnie co mówią nauczyciele, notując wszystko, a później jeszcze siedząc dodatkowe 2 czy 3 godziny w domu robiąc prace domowe, to nie znajdzie pracy w przyszłości i będzie jeść piach i trawę. Nie mam też zamiaru zmuszać April w wieku 5 lat do nauki czytania, pisania i obcego języka po to, by – znowu – w przyszłości znalazła dobrą pracę. To są dzieci! One potrzebują dzieciństwa, czasu na zabawę, na poznawanie świata w sposób, w jaki najbardziej im to odpowiada i w jaki uczą się najszybciej. Na pracę przyjdzie jeszcze czas… Bardzo dużo czasu. To ten czas pracy jest najdłuższym okresem w życiu, a nie dzieciństwo, które Alicii się tak naprawdę powoli już kończy. Dodatkowo, jest mnóstwo ludzi, którzy po skończonej edukacji domowej dalej decydują iść na studia, na które dostają się bez żadnego problemu i później są genialni w swoich zawodach. W Stanach istnieją też szkoły, które nazywają się free schools i nie chodzi o to, że są darmowe, a o to, że dzieci są w nich wolne. Pokoje zawierają książki, ćwiczenia, kredki, atlasy, komputery i wszystko inne, dodatkowo mają zabawki, place zabaw i tak dalej. W większości z nich (a nie jest ich dużo) dzieci nie są dzielone wiekowo, czyli wszystkie są razem, co sprawia, że te starsze pomagają młodszym, opiekują się młodszymi, itp. Jeśli dziecko zdecyduje, że woli się bawić cały czas to się bawi i nikt nie stara się tego zmienić, bo to jest całkowicie okej. I nawet takie dzieci, które zaczynają się uczyć czytać załóżmy w wieku 13 lat później robią doktoraty i wielkie kariery, dzięki którym zarabiają duże pieniądze. Albo nie idą na studia, a zakładają swój własny biznes i też mają super życia. Jedna z takich szkół jest w Atlancie i myśleliśmy o tym, by wysłać tam Alicię (była na dniu próbnym i jej się spodobało), ale to jest ok. 50 minut drogi od nas w godzinach szczytu, więc nie ma szans.

 

Homeschooling w Stanach

Tutaj ta forma nauki jest popularna i nie trzeba w sumie spełniać żadnych specjalnych kryteriów oprócz posiadania rodzica lub opiekuna, który zostanie z dzieckiem/dziećmi w domu. Rejestracja dziecka to zwyczajne wypełnienie krótkiego formularza i można to zrobić online. Dzieci muszą przechodzić testy co jakiś czas (u nas jest to co trzy lata), by sprawdzić czy faktycznie coś robią. U nas nie ma też żadnych kontroli, więc generalnie nikogo nic nie interesuje. Dlatego niektórzy idą jeszcze dalej i wybierają nie homeschooling, a unschooling czyli sposób, w którym nie ma żadnego planu ani nic i to dziecko jest tym, kto w 100% decyduje o tym czego się nauczy i kiedy, sam sięga po książki kiedy ma na to ochotę, sam jest odpowiedzialny za swoją edukację. Rodzic jest tam po to, by pomagać i w pewnym sensie ułatwiać dziecku to wszystko poprzez np. kupowanie nowych książek czy proponowanie wypadów do muzeum czy też na spacer w celu zbierania liści i obserwowania zwierząt.

 

Zalety nauki w domu

Dziecko uczy się tego, czym w danej chwili jest zainteresowane i w taki sposób, w jaki chce. Przypuszczam, że mnóstwo z was przynajmniej raz w życiu w którymś momencie w szkole pomyślało sobie: „po co mi to, do niczego mi się to nie przyda!” W szkole tak niestety jest i nawet kilku moich nauczycieli to powiedziało, cytuję: „wiem, że to jest wam do niczego nie potrzebne/że to strata czasu, ale program tego wymaga”. No właśnie, program wymaga. Zamiast nauczyć dzieci co robić gdy np. dorosły straci przytomność, gdy poważnie skaleczą sobie palca, kiedy coś zaczyna się palić lub gdy ich młodszy braciszek zacznie się dusić, a mama jest akurat w łazience… To wolą uczyć dzieci tego jak rozmnażają się rośliny lub kazać uczyć się na pamieć całej tablicy pierwiastków. Możecie się ze mną oczywiście nie zgadzać, ale ja uważam, że to jest zwyczajna strata czasu i energii, które to spożytkować można by było na mnóstwo innych sposobów. W przypadku nauki w domu można ustalić, że jeśli coś dziecka kompletnie nie interesuje to odłożymy to na później lub nawet razem zrobić listę rzeczy, których danego dnia będziemy poznawać. Wtedy nikt nie jest do niczego zmuszany.

Nikt nie czuje się gorszy od reszty, bo z rodzicem można uczyć się danej rzeczy tak długo, jak dziecko tego potrzebuje zamiast spieszyć się, by wyrobić się z programem przed końcem roku. W szkole zawsze zdarzy się tak, że jedna osoba będzie w czymś o wiele lepsza i będzie potrzebować o wiele mniej czasu, by przyswoić daną rzecz niż ktoś inny, kto tego czasu potrzebuje więcej, ale nauczyciel nawet jakby chciał to nie jest w stanie mu tego czasu dać, bo ma przed sobą całą grupę. W domu jest to jedna osoba lub rodzeństwo, które robi różne rzeczy w zależności od wieku, więc nie ma szans, by dziecko czuło się gorsze, poniżone, głupsze ani nic z tych rzeczy. Jeśli czegoś nie załapie to albo się powtórzy, albo odłoży się na później, nic na siłę.

Nauka wcale nie musi być nudna, bo nie musi się ona wiązać z siedzeniem w jednym miejscu przez 45 minut, mając 5 minut przerwy, potem kolejne 45 minut i tak w kółko. W domu można robić mnóstwo ciekawych rzeczy, a poza tym można wychodzić sobie na przeróżne wycieczki o wiele częściej niż pozwala na to szkoła. Dzieci tracą zapał do nauki i tę naturalną ciekawość, którą mają od urodzenia, przez to, że są zmuszane do uczenia się tego czym nie są zainteresowane w bardzo nudnej atmosferze. Jakby im to sprawiało radość to uwierzcie mi, że nikt nigdy nie musiałby być namawiany do przeczytania książki.

Rodzic buduje głębszą więź z dzieckiem i nie tylko dlatego, że spędzają ze sobą więcej czasu, ale też dlatego, że razem rozwiązują problemy, że dziecko jest rozumiane i jego zdanie się liczy.

Nie ma negatywnego wpływu otoczenia ani nikt nie narzuca dzieciom swojego sposobu myślenia jako tego „właściwego”. Oczywiście nie chodzi mi o trzymanie dzieci w szklanej kuli, bo sama jestem jak najbardziej za tym, by maluchy same uczyły się radzić sobie z problemami dlatego też gdy Alicia chce coś zamówić w restauracji to sama rozmawia z kelnerem nawet wtedy gdy nie chce, bo się wstydzi albo coś. To samo gdy April próbuje raczkować, ale nie do końca jeszcze rozgryzła jak to się robi i denerwuje się po jakimś czasie. Nie podnoszę jej od razu, tylko pozwalam jej się podenerwować. Jednocześnie wiem, że gdyby nie te wszystkie doświadczenia z lat szkolnych to teraz nie musiałabym tak usilnie pracować nad tym, by czuć się lepiej, bo nie byłoby się czego pozbywać. Poza tym pamiętam też jak kiedyś siostra zakonna powiedziała nam, żebyśmy napisali pracę o jakiejś religii. Nie powiedziała, że chodzi jej o katolicyzm, więc napisałam o islamie, bo akurat w tamtym czasie się tym interesowałam. Moja praca była naprawdę dobra, a mimo tego dostałam jedynkę. A dlaczego? Chyba nie muszę odpowiadać na to pytanie… Tego typu sytuacje nie powinny się zdarzać! A w domu się nie zdarzą. Nie zdarzy się też prześladowanie przez innych uczniów ani presja.

 

Wady nauki w domu

Nie wszyscy będą popierać taką drogę, a jeśli ktoś jest bardziej bezpośredni to można spotkać się z naprawdę ciętymi komentarzami. I trzeba się na to przygotować, chociaż wydaje mi się, że jak ktoś jest pewny tego co robi to nie będzie miał z tym problemu.

Możliwe, że trzeba będzie poświęcić na to dużo czasu, chociaż to też zależy od sposobu, jaki się wybierze. Bo można ustalić sobie plan, że będziecie się uczyć po 4,5 godziny 5 dni w tygodniu albo np. co drugi dzień. Wszystko zależy od was. Mimo wszystko jednak jakiś czas trzeba będzie tu włożyć, jeśli chce się, żeby to zadziałało.

Nie każdy potrafi być cierpliwy i wyrozumiały w stosunku do swoich dzieci w bardzo przyziemnych sprawach, a co dopiero gdy dziecko danego dnia niczego nie przyswaja, nic mu nie wychodzi, wszystko jest nie tak i w dodatku non stop się denerwuje.

Trzeba bardziej skupić się na tym, by dzieci miały kontakt z innymi dziećmi. To nie wydaje się jednak aż tak trudne biorąc pod uwagę to, że wszędzie są place zabaw, a tutaj mnóstwo jest grup, które zrzeszają rodziców uczących dzieci w domach i nie raz wspólnie wychodzą np. do kina czy muzeum. I to jest coś na czym mi bardzo zależy, bo nie chcę by ani Alicia ani April były zamknięte w domu i miały kontakt tylko z dorosłymi. Dzieci potrzebują dzieci, koniec kropka.

 

Jak to wygląda u nas

Na chwilę obecną Nathan zabiera Alicię rano i odstawia ją do Margie, która od początku zapowiedziała, że chce się tym zająć. Margie jest jedną z tych osób, które uważają, że Alicia będzie „głupia”, jeśli ktoś nie będzie jej wkładał rzeczy do głowy. Na szczęście zdała sobie sprawę z tego, że Alicia będzie się bronić przed kimkolwiek, kto będzie ją do czegokolwiek zmuszał, więc postanowiła wrzucić trochę na luz. Ale też nie jakoś bardzo, bo ma konkretne godziny, kiedy mają ich „lekcje”, kończą codziennie o tej samej porze – tak, jak w szkole – o 14:30. Weekendy wolne, święta wolne i nie ma, że się nie chce, bo „nie można opuszczać”. Z tego co Alicia mówi to na razie jej się podoba, chociaż przeszkadza jej to wrzucanie wszystkiego w taką ramę czasową i wolałaby mieć trochę więcej do powiedzenia czasami. Zdarza się, że jak zaczyna coś robić to podłapie jak to powinno iść dalej i pomija instrukcje, bo zwyczajnie wie co robić i czasami rozwiązuje coś swoim własnym sposobem, ale efekt jest taki sam. A wtedy Margie mówi jej, że powinna wrócić i najpierw przeczytać instrukcje oraz że powinna to robić tak, jak mówi książka, zamiast używać własnego rozumu.

Mnie bardzo pomysł edukacji domowej przypadł do gustu i uważam, że jest to o wiele lepsza opcja niż siedzenie w szkole. A już zwłaszcza wtedy, gdy dzieci mogą być bardziej odpowiedzialne za to czego się uczą i kiedy. Alicia sama zaczęła uczyć się czytać przed 5. urodzinami i sama nauczyła się literować niektóre słowa poprzez wybrzmiewanie ich. Powtarzam – SAMA. Bez żadnego popychania, proszenia ani niczego innego. Nikt z nas nie poprawiał jej na siłę, chyba że naprawdę już coś pomieszała (np. mówiąc „raisin” zamiast „reason”) albo gdy sama zapytała. Kiedy była czymś zainteresowana to dawała o tym znać tak samo jak i wtedy, gdy była czymś znudzona.

Razem z Nathanem myślimy, że Margie trochę za bardzo poszła w kierunku tradycyjnej szkoły, ale nie będziemy nic robić, bo jeśli Alicii zacznie coś przeszkadzać to sama doskonale sobie z tym poradzi. A jeśli będzie jej ciężko to przyjdzie do mnie albo Nathana i razem rozwiążemy dany problem.

Dlaczego ja tego nie robię? Ja mówiłam, że jestem za edukacją domową, ale ja nie chcę robić takich typowych lekcji, jak to wymyśliła Margie z kilku powodów. M.in. z tego, że ja już teraz mam mało czasu będąc z April, która jest pełna energii i nie raz zostawiając ją na chwilę w salonie wracam i widzę ją po drugiej stronie obok łazienki… A ona jeszcze nawet nie raczkuje! Także jakbym chciała robić taki typowy homeschooling to już całkowicie nie miałabym czasu na nic innego. Co wyglądałoby zupełnie inaczej w sytuacji, gdyby różnica wieku między dziewczynami była mniejsza. Wtedy nie miałabym tego problemu, bo mogłabym się skupić na obu jednocześnie, więc w tym przypadku jest to taka moja wygoda. Alicia też ma powód z kategorii „tak mi łatwiej”, bo stwierdziła, że nie chciałaby, cytuję, „mieszkać w szkole”. Przypuszczam, że zmieniłaby zdanie, gdyby zobaczyła jakby to tutaj wyglądało, bo ja to nie Margie, no ale doskonale rozumiem jej podejście. Też nie chciałabym spędzać dni i nocy w szkole… Kto by chciał. Inną sprawą jest to, że, mówiąc szczerze, nie wiem czy bym się do tego nawet nadawała. Poza tym, mi i Nathanowi bliżej jest do wspomnianego już unschooling, czyli sytuacji, kiedy żadne z nas nic nie planuje dzieciom, a one same decydują o tym co robią, czego się uczą, jak i kiedy. Margie bardzo chciała zrobić to jednak po swojemu dlatego, że lubi uczyć (nie jest nauczycielką, ale ma naturę osoby lubiącej pouczać i nauczać) no i uważa, że w przeciwnym razie Alicia nic nie będzie wiedziała i będzie idiotką. No i na chwilę obecną Alicia nie ma z tym problemu, a Nathanowi to też nie przeszkadza tak długo, jak długo Alicia jest okej. Dlatego jeśli jej zacznie się nudzić to wtedy zrobimy to wszystko po swojemu i napiszę kolejny post na ten temat.

 

Do następnego,

Aga

 

Zdjęcie: Mitchg94

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram
SHARE