Dlaczego Alicia nie chodzi do szkoły?

W Polsce pierwszy dzień szkoły to 1 września, a u mnie dzieci wróciły do nauki 5 sierpnia. W zeszłym roku Alicia chodziła do pierwszej klasy i było to w sumie bardziej na próbę. Nathan od początku był temu przeciwny i naprawdę chciał, żeby Alicia została w domu. On ma generalnie prawie takie samo zdanie na temat systemu edukacji jakie mam ja, więc rozumiałam to, ale z drugiej strony Alicia chciała spróbować i zobaczyć jak to wszystko wygląda. Na pewno duży wkład w to miała jej matka, która powtarzała jej, że jak nie pójdzie do szkoły to będzie głupia, nie będzie miała żadnych koleżanek ani kolegów, nikt nie będzie jej lubić, a w przyszłości nigdy nie znajdzie męża i pewnie będzie żyć pod mostem, bo nikt nie da jej pracy. I ja tu nie koloryzuję nic! To słowa, które Alicia, Nate i ja od niej słyszeliśmy. Przypuszczam, że gdyby nie ona to Alicia w szkole nie zawitałaby w ogóle. Jej doświadczenie z czasie tego roku ogólnie nie było najgorsze, poznała kilkoro fajnych dzieci, lubiła swoją główną nauczycielkę. Wiele razy powtarzała jednak, że do drugiej klasy już nie chce iść. Pojawił się u niej stres, częste bóle brzucha, niechęć – nic z tego nie działo się wcześniej. Bała się nauczyciela od wychowania fizycznego i kilka razy rano aż się popłakała. Dzieci tutaj mają 5 dni w ciągu semestru, które mogą opuścić bez dostarczania żadnych usprawiedliwień i Alicia zadbała o to, by je wykorzystać. Nathan zgodził się na to, by poszła do pierwszej klasy dlatego, że nie jest typem, który każe swojemu dziecku żyć tak jak on tego chce. Skoro Alicia tak nalegała to znaczy, że miała powód. Powiedział jednak, że im dłużej ona tam jest tym większy zaczyna mieć to wpływ na niego, więc do drugiej klasy już jej nie pośle. Nie było tu jednak żadnego zgrzytu, bo ona na to przystała.

 

Jak nie pójdziesz do szkoły to będziesz głupia

To jest chyba jeden z najgłupszych argumentów, jakie słyszałam i nawet nie będę przepraszać za słowo „najgłupszych”, bo to jest bardzo dobre określenie według mnie. Szkoła naprawdę nie jest jedynym miejscem, gdzie można nauczyć się mnóstwa rzeczy począwszy od biologii przez różne języki po matmę i wszystko inne, czego macie ochotę się uczyć. Poziom wiedzy nabytej w szkole nie ma żadnego związku z poziomem naszej inteligencji, a przebywanie tam sprawia raczej, że większość ludzi traci chęć do nauki, poznawania nowych rzeczy i dowiadywania się ich przez nich samych. Zaczynają myśleć tak, jak każą im książki i nie wpadną nawet na to, że może jednak to co te książki mówią nie jest do końca prawdą. Może są też inne opcje, może to inni mają rację. I, co już wcześniej wspominałam, bardzo bawi mnie podejście, że jak się nie pójdzie na studia to niczego się w życiu nie osiągnie. Nie będę tu opowiadać o sławnych osobach ani nic takiego, bo każdy z was ma dostęp do Google, ale podam wam przykład z mojego najbliższego otoczenia – Nathan. Zrobił genialną karierę w swoim zawodzie, a nie poszedł nawet do koledżu. Inną sprawą jest też to, że mnóstwo osób myśli, iż trzeba pchnąć dzieci do nauki, wskazać im co mają czytać, czego mają się dowiedzieć i przycisnąć, by koniecznie to robiły. W przeciwnym razie same nigdy nie pomyślą o tym, by usiąść z książką i będą się lenić do końca życia! To podejście pochodzi oczywiście z doświadczenia, ale jest błędne. To znaczy, jest prawidłowe pod tym względem, że jeśli ktoś jest do czegoś zmuszany to traci na to ochotę, jeśli od dziecka widzi się, że nie można myśleć swoim sposobem i trzeba zgadywać jaki jest „klucz” to dzieje się to samo – traci się ochotę. Z drugiej strony natomiast jakby tak zostawić dzieci i zaufać im to prędzej czy później (i uwierzcie mi – prędzej niż myślicie) same sięgną po tę książkę i same zaczną się uczyć. Nie dlatego, że ktoś im każe, a dlatego, że same chcą. Bo ciekawość dzieci mają wrodzoną.

 

Nie znajdziesz pracy w przyszłości

Kolejny dość powszechny argument. I za każdym razem słysząc to myślę sobie – to są tylko dzieci! Nie będę straszyć mojej 7-letniej córki tym, że jeśli teraz nie będzie siedzieć w ławce bez ruchu i bez gadania przez 8 godzin z rzędu z krótkimi przerwami pomiędzy, słuchając uważnie co mówią nauczyciele, notując wszystko, a później jeszcze siedząc dodatkowe 2 czy 3 godziny w domu robiąc prace domowe, to nie znajdzie pracy w przyszłości i będzie jeść piach i trawę. Nie mam też zamiaru zmuszać April w wieku 5 lat do nauki czytania, pisania i obcego języka po to, by – znowu – w przyszłości znalazła dobrą pracę. To są dzieci! One potrzebują dzieciństwa, czasu na zabawę, na poznawanie świata w sposób, w jaki najbardziej im to odpowiada i w jaki uczą się najszybciej. Na pracę przyjdzie jeszcze czas… Bardzo dużo czasu. To ten czas pracy jest najdłuższym okresem w życiu, a nie dzieciństwo, które Alicii się tak naprawdę powoli już kończy. Dodatkowo, jest mnóstwo ludzi, którzy po skończonej edukacji domowej dalej decydują iść na studia, na które dostają się bez żadnego problemu i później są genialni w swoich zawodach. W Stanach istnieją też szkoły, które nazywają się free schools i nie chodzi o to, że są darmowe, a o to, że dzieci są w nich wolne. Pokoje zawierają książki, ćwiczenia, kredki, atlasy, komputery i wszystko inne, dodatkowo mają zabawki, place zabaw i tak dalej. W większości z nich (a nie jest ich dużo) dzieci nie są dzielone wiekowo, czyli wszystkie są razem, co sprawia, że te starsze pomagają młodszym, opiekują się młodszymi, itp. Jeśli dziecko zdecyduje, że woli się bawić cały czas to się bawi i nikt nie stara się tego zmienić, bo to jest całkowicie okej. I nawet takie dzieci, które zaczynają się uczyć czytać załóżmy w wieku 13 lat później robią doktoraty i wielkie kariery, dzięki którym zarabiają duże pieniądze. Albo nie idą na studia, a zakładają swój własny biznes i też mają super życia. Jedna z takich szkół jest w Atlancie i myśleliśmy o tym, by wysłać tam Alicię (była na dniu próbnym i jej się spodobało), ale to jest ok. 50 minut drogi od nas w godzinach szczytu, więc nie ma szans.

 

Homeschooling w Stanach

Tutaj ta forma nauki jest popularna i nie trzeba w sumie spełniać żadnych specjalnych kryteriów oprócz posiadania rodzica lub opiekuna, który zostanie z dzieckiem/dziećmi w domu. Rejestracja dziecka to zwyczajne wypełnienie krótkiego formularza i można to zrobić online. Dzieci muszą przechodzić testy co jakiś czas (u nas jest to co trzy lata), by sprawdzić czy faktycznie coś robią. U nas nie ma też żadnych kontroli, więc generalnie nikogo nic nie interesuje. Dlatego niektórzy idą jeszcze dalej i wybierają nie homeschooling, a unschooling czyli sposób, w którym nie ma żadnego planu ani nic i to dziecko jest tym, kto w 100% decyduje o tym czego się nauczy i kiedy, sam sięga po książki kiedy ma na to ochotę, sam jest odpowiedzialny za swoją edukację. Rodzic jest tam po to, by pomagać i w pewnym sensie ułatwiać dziecku to wszystko poprzez np. kupowanie nowych książek czy proponowanie wypadów do muzeum czy też na spacer w celu zbierania liści i obserwowania zwierząt.

 

Zalety nauki w domu

Dziecko uczy się tego, czym w danej chwili jest zainteresowane i w taki sposób, w jaki chce. Przypuszczam, że mnóstwo z was przynajmniej raz w życiu w którymś momencie w szkole pomyślało sobie: „po co mi to, do niczego mi się to nie przyda!” W szkole tak niestety jest i nawet kilku moich nauczycieli to powiedziało, cytuję: „wiem, że to jest wam do niczego nie potrzebne/że to strata czasu, ale program tego wymaga”. No właśnie, program wymaga. Zamiast nauczyć dzieci co robić gdy np. dorosły straci przytomność, gdy poważnie skaleczą sobie palca, kiedy coś zaczyna się palić lub gdy ich młodszy braciszek zacznie się dusić, a mama jest akurat w łazience… To wolą uczyć dzieci tego jak rozmnażają się rośliny lub kazać uczyć się na pamieć całej tablicy pierwiastków. Możecie się ze mną oczywiście nie zgadzać, ale ja uważam, że to jest zwyczajna strata czasu i energii, które to spożytkować można by było na mnóstwo innych sposobów. W przypadku nauki w domu można ustalić, że jeśli coś dziecka kompletnie nie interesuje to odłożymy to na później lub nawet razem zrobić listę rzeczy, których danego dnia będziemy poznawać. Wtedy nikt nie jest do niczego zmuszany.

Nikt nie czuje się gorszy od reszty, bo z rodzicem można uczyć się danej rzeczy tak długo, jak dziecko tego potrzebuje zamiast spieszyć się, by wyrobić się z programem przed końcem roku. W szkole zawsze zdarzy się tak, że jedna osoba będzie w czymś o wiele lepsza i będzie potrzebować o wiele mniej czasu, by przyswoić daną rzecz niż ktoś inny, kto tego czasu potrzebuje więcej, ale nauczyciel nawet jakby chciał to nie jest w stanie mu tego czasu dać, bo ma przed sobą całą grupę. W domu jest to jedna osoba lub rodzeństwo, które robi różne rzeczy w zależności od wieku, więc nie ma szans, by dziecko czuło się gorsze, poniżone, głupsze ani nic z tych rzeczy. Jeśli czegoś nie załapie to albo się powtórzy, albo odłoży się na później, nic na siłę.

Nauka wcale nie musi być nudna, bo nie musi się ona wiązać z siedzeniem w jednym miejscu przez 45 minut, mając 5 minut przerwy, potem kolejne 45 minut i tak w kółko. W domu można robić mnóstwo ciekawych rzeczy, a poza tym można wychodzić sobie na przeróżne wycieczki o wiele częściej niż pozwala na to szkoła. Dzieci tracą zapał do nauki i tę naturalną ciekawość, którą mają od urodzenia, przez to, że są zmuszane do uczenia się tego czym nie są zainteresowane w bardzo nudnej atmosferze. Jakby im to sprawiało radość to uwierzcie mi, że nikt nigdy nie musiałby być namawiany do przeczytania książki.

Rodzic buduje głębszą więź z dzieckiem i nie tylko dlatego, że spędzają ze sobą więcej czasu, ale też dlatego, że razem rozwiązują problemy, że dziecko jest rozumiane i jego zdanie się liczy.

Nie ma negatywnego wpływu otoczenia ani nikt nie narzuca dzieciom swojego sposobu myślenia jako tego „właściwego”. Oczywiście nie chodzi mi o trzymanie dzieci w szklanej kuli, bo sama jestem jak najbardziej za tym, by maluchy same uczyły się radzić sobie z problemami dlatego też gdy Alicia chce coś zamówić w restauracji to sama rozmawia z kelnerem nawet wtedy gdy nie chce, bo się wstydzi albo coś. To samo gdy April próbuje raczkować, ale nie do końca jeszcze rozgryzła jak to się robi i denerwuje się po jakimś czasie. Nie podnoszę jej od razu, tylko pozwalam jej się podenerwować. Jednocześnie wiem, że gdyby nie te wszystkie doświadczenia z lat szkolnych to teraz nie musiałabym tak usilnie pracować nad tym, by czuć się lepiej, bo nie byłoby się czego pozbywać. Poza tym pamiętam też jak kiedyś siostra zakonna powiedziała nam, żebyśmy napisali pracę o jakiejś religii. Nie powiedziała, że chodzi jej o katolicyzm, więc napisałam o islamie, bo akurat w tamtym czasie się tym interesowałam. Moja praca była naprawdę dobra, a mimo tego dostałam jedynkę. A dlaczego? Chyba nie muszę odpowiadać na to pytanie… Tego typu sytuacje nie powinny się zdarzać! A w domu się nie zdarzą. Nie zdarzy się też prześladowanie przez innych uczniów ani presja.

 

Wady nauki w domu

Nie wszyscy będą popierać taką drogę, a jeśli ktoś jest bardziej bezpośredni to można spotkać się z naprawdę ciętymi komentarzami. I trzeba się na to przygotować, chociaż wydaje mi się, że jak ktoś jest pewny tego co robi to nie będzie miał z tym problemu.

Możliwe, że trzeba będzie poświęcić na to dużo czasu, chociaż to też zależy od sposobu, jaki się wybierze. Bo można ustalić sobie plan, że będziecie się uczyć po 4,5 godziny 5 dni w tygodniu albo np. co drugi dzień. Wszystko zależy od was. Mimo wszystko jednak jakiś czas trzeba będzie tu włożyć, jeśli chce się, żeby to zadziałało.

Nie każdy potrafi być cierpliwy i wyrozumiały w stosunku do swoich dzieci w bardzo przyziemnych sprawach, a co dopiero gdy dziecko danego dnia niczego nie przyswaja, nic mu nie wychodzi, wszystko jest nie tak i w dodatku non stop się denerwuje.

Trzeba bardziej skupić się na tym, by dzieci miały kontakt z innymi dziećmi. To nie wydaje się jednak aż tak trudne biorąc pod uwagę to, że wszędzie są place zabaw, a tutaj mnóstwo jest grup, które zrzeszają rodziców uczących dzieci w domach i nie raz wspólnie wychodzą np. do kina czy muzeum. I to jest coś na czym mi bardzo zależy, bo nie chcę by ani Alicia ani April były zamknięte w domu i miały kontakt tylko z dorosłymi. Dzieci potrzebują dzieci, koniec kropka.

 

Jak to wygląda u nas

Na chwilę obecną Nathan zabiera Alicię rano i odstawia ją do Margie, która od początku zapowiedziała, że chce się tym zająć. Margie jest jedną z tych osób, które uważają, że Alicia będzie „głupia”, jeśli ktoś nie będzie jej wkładał rzeczy do głowy. Na szczęście zdała sobie sprawę z tego, że Alicia będzie się bronić przed kimkolwiek, kto będzie ją do czegokolwiek zmuszał, więc postanowiła wrzucić trochę na luz. Ale też nie jakoś bardzo, bo ma konkretne godziny, kiedy mają ich „lekcje”, kończą codziennie o tej samej porze – tak, jak w szkole – o 14:30. Weekendy wolne, święta wolne i nie ma, że się nie chce, bo „nie można opuszczać”. Z tego co Alicia mówi to na razie jej się podoba, chociaż przeszkadza jej to wrzucanie wszystkiego w taką ramę czasową i wolałaby mieć trochę więcej do powiedzenia czasami. Zdarza się, że jak zaczyna coś robić to podłapie jak to powinno iść dalej i pomija instrukcje, bo zwyczajnie wie co robić i czasami rozwiązuje coś swoim własnym sposobem, ale efekt jest taki sam. A wtedy Margie mówi jej, że powinna wrócić i najpierw przeczytać instrukcje oraz że powinna to robić tak, jak mówi książka, zamiast używać własnego rozumu.

Mnie bardzo pomysł edukacji domowej przypadł do gustu i uważam, że jest to o wiele lepsza opcja niż siedzenie w szkole. A już zwłaszcza wtedy, gdy dzieci mogą być bardziej odpowiedzialne za to czego się uczą i kiedy. Alicia sama zaczęła uczyć się czytać przed 5. urodzinami i sama nauczyła się literować niektóre słowa poprzez wybrzmiewanie ich. Powtarzam – SAMA. Bez żadnego popychania, proszenia ani niczego innego. Nikt z nas nie poprawiał jej na siłę, chyba że naprawdę już coś pomieszała (np. mówiąc „raisin” zamiast „reason”) albo gdy sama zapytała. Kiedy była czymś zainteresowana to dawała o tym znać tak samo jak i wtedy, gdy była czymś znudzona.

Razem z Nathanem myślimy, że Margie trochę za bardzo poszła w kierunku tradycyjnej szkoły, ale nie będziemy nic robić, bo jeśli Alicii zacznie coś przeszkadzać to sama doskonale sobie z tym poradzi. A jeśli będzie jej ciężko to przyjdzie do mnie albo Nathana i razem rozwiążemy dany problem.

Dlaczego ja tego nie robię? Ja mówiłam, że jestem za edukacją domową, ale ja nie chcę robić takich typowych lekcji, jak to wymyśliła Margie z kilku powodów. M.in. z tego, że ja już teraz mam mało czasu będąc z April, która jest pełna energii i nie raz zostawiając ją na chwilę w salonie wracam i widzę ją po drugiej stronie obok łazienki… A ona jeszcze nawet nie raczkuje! Także jakbym chciała robić taki typowy homeschooling to już całkowicie nie miałabym czasu na nic innego. Co wyglądałoby zupełnie inaczej w sytuacji, gdyby różnica wieku między dziewczynami była mniejsza. Wtedy nie miałabym tego problemu, bo mogłabym się skupić na obu jednocześnie, więc w tym przypadku jest to taka moja wygoda. Alicia też ma powód z kategorii „tak mi łatwiej”, bo stwierdziła, że nie chciałaby, cytuję, „mieszkać w szkole”. Przypuszczam, że zmieniłaby zdanie, gdyby zobaczyła jakby to tutaj wyglądało, bo ja to nie Margie, no ale doskonale rozumiem jej podejście. Też nie chciałabym spędzać dni i nocy w szkole… Kto by chciał. Inną sprawą jest to, że, mówiąc szczerze, nie wiem czy bym się do tego nawet nadawała. Poza tym, mi i Nathanowi bliżej jest do wspomnianego już unschooling, czyli sytuacji, kiedy żadne z nas nic nie planuje dzieciom, a one same decydują o tym co robią, czego się uczą, jak i kiedy. Margie bardzo chciała zrobić to jednak po swojemu dlatego, że lubi uczyć (nie jest nauczycielką, ale ma naturę osoby lubiącej pouczać i nauczać) no i uważa, że w przeciwnym razie Alicia nic nie będzie wiedziała i będzie idiotką. No i na chwilę obecną Alicia nie ma z tym problemu, a Nathanowi to też nie przeszkadza tak długo, jak długo Alicia jest okej. Dlatego jeśli jej zacznie się nudzić to wtedy zrobimy to wszystko po swojemu i napiszę kolejny post na ten temat.

 

Do następnego,

Aga

 

Zdjęcie: Mitchg94

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram
SHARE
  • Alicja

    Jak najbardziej się zgadzam! Pamiętam jak w 2 klasie podstawówki byłam zafascynowana nauką. Na pierwszej lekcji w 3 klasie zrobiłam błąd ortograficzny , napisałam ‚om’ zamiast ‚ą’ :(. Moja nauczycielka dosłownie się na mnie wydarła : ‚Patrzcie państwo! Wzorowa uczennica i taki błąd zrobiła! Wstyd!’. Potem się popłakałam. Byłam za wrażliwa chyba. Od tamtej pory przestałam się uczyć. Czułam strach przed każdymi zajęciami. Gimnazjum i liceum to były dla mnie piekło. Gnębienie, wyładowywanie swoich frustracji przez nauczycieli na uczniach, myśli samobójcze. Straciłam całą motywację do nauki i chęci pogłębiania wiedzy. Raz nie wytrzymałam i obroniłam 2 koleżanki, z których śmiała się klasa. Psycholog szkolny na to: ‚No wiesz, ja nic nie moge zrobić i nie radze też zmieniać szkoły bo możesz trafić na jeszcze gorszą.’ Moi znajomi mieli podobne przeżycia z innych szkół, więc system szkolnictwa leży cieniutko :).

    Na 2 klase liceum wyjechałam do USA na rok szkolny. Muszę powiedzieć, że amerykański system jest dużo lepszy od polskiego. Więcej praktyki i nauczyciele wiedzą jak zaciekawić ucznia.

    Zmieniając już dwa razy kierunek studiów postanowiłam się uczyć na własą rękę. Zero stresu i większa motywacja. Wiem czego się chce nauczyć, po co i nie tracę czasu na zbędne przedmioty. Także w 100 procentach popieram domową edukacje. Szkoda, że ja nie miałam takiej szansy.

    Pozdrawiam Ciebie i całą Twoją rodzinkę!

    • Aga

      Oj, to w ogóle nie chodzi o to, że byłaś zbyt wrażliwa! Całkowicie zrozumiałe jest to, że tak zareagowałaś, w końcu ktoś tak bardzo z Ciebie zakpił, zawstydził Cię i wręcz obraził! Serio, beznadziejne zachowanie nauczycielki… A jeśli psycholog szkolny mówi, że „No wiesz, ja nic nie moge zrobić” to znaczy, że powinien zmienić zawód.

      Fajnie, że znalazłaś sposób, który najbardziej Ci odpowiada :).

  • agulaw

    W Polsce wyglada to troche inaczej. Dziecko musi przejsc badania w PPP i dostac zgode na nauczanie domowe (praktycznie wszyscy dostaja), trzeba je zapisac do szkoly i zjawia sie w szkole raz lub dwa razy w roku, aby zdac egzaminy ze wszystkich przedmiotow. Oceny z egzaminow sa wpisywane na swiadectwo.
    Nie ma takiej wolnosci jak w Stanach co ma i dobre i slabe strony.
    Jedno z moich dzieci mialo edukacje domowa w szkole podstawowej w klasach 4-6. Uczylo sie samo, bo ja i maz pracujemy. Natomiast to samo dziecko poszlo potem do gimnazjum i liceum i uznalo, ze gimnazjum to fenomenalna sprawa a liceum to odlot wrecz. Tak ze. Sama widzisz jak sie to zmienia mlodemu czlowiekowi.

    Ja juz Ci pisalam, ze studia rzecz niekonieczna. Maz skonczyl, stracil wg niego 5 lat i pracuje w zawodzie, do ktorego studia nie sa potrzebne.
    Ja pracuje jako specjalista – studia mi byly konieczne, duzo daly i skonczylam niejedne. Ale jak wiesz zarabiam glodowo.
    Tak naprawde trzeba model edukacji i wychowania dostosowac do siebie, dziecka i rodziny z poszanowaniem godnosci drugiego czlowieka. I tyle.

    Pozdrawiam:)
    AgulaW

    • Aga

      No to faktycznie inne formalności. Fajnie, że mi to napisałaś, bo nie miałam pojęcia jak to wygląda w Polsce. A że się zmienia dzieciom to wiadomo, tak samo jak i dorosłym w sumie. Ja mam znajomego tutaj w Stanach, który miał edukację domową od samego początku, ale bardzo chciał iść do liceum normalnie już do szkoły. Poszedł i pożałował. Powiedział, że zmarnował czas, energię i stres.
      Zgadzam się z tym, że trzeba dostosować do siebie!

  • sylwia

    Zdecydowanie Cię popieram, nie tylko w tej kwestii, ale w wielu sprawach mamy podobny tok myślenia. Sama jestem w technikum i dobija mnie czas, który spędzam na bezsensownej nauce niektórych rzeczy zamiast pouczyć się tego co mnie naprawdę interesuje..

    • Aga

      Fajnie, że myślimy podobnie. Co do technikum to mnie to rozwalało jak siedzieliśmy na lekcjach historii hotelarstwa i uczyliśmy się o tym, ja kto było kilkaset albo i więcej lat temu. A na praktykach w hotelu manager powiedział mi, że większość tego, czego nas uczą w technikum to w ogóle się nie przyda w pracy w hotelu.

      • sylwia

        Oo, właśnie ja jestem w technikum hotelarskim ;D Zgadzam się, niektóre te przedmioty się nie przydadzą wgl do pracy w hotelu:)

      • Aga

        No to rozumiemy się bez słów!

      • Mirka

        Wybacz, ale cały czas zachwalasz homeschooling – a w ogóle go nie praktykujesz. Ktoś robi to za Ciebie, ktoś inny uczy Twoje dziecko – więc wszystko jest tak, jakbyś je posłała do zwykłej szkoły. Oszukujesz się i swoje dziecko. Nauka w domu? A w Twoim przypadku to – wyślę dziecko koleżance, niech mi je uczy, ach jaka dobra matka ze mnie.

      • Aga

        Przeczytaj proszę mój post raz jeszcze, ale tym razem ze zrozumieniem.

  • aYaTH

    Czasem jednak ta pozornie niepotrzebna wiedza jest potrzebna…chociazby do tego, zeby nie pchac rak do „zwierzatek” ktorych sie nie zna a tym samym nie kopnac przedwczesnie w kalendarz 😉 A skad bedziesz wiedziala, ze np. skorpion to skorpion jesli sama do tej pory nie czulas potrzeby aby zglebic wiedze na jego temat a nikt inny Cie do tego nie ” zmusil” ?

    • Aga

      Alicia na przykład ma wiedzę na temat wielu różnych rzeczy, której nie nabyła ani w szkole, ani przez nasze zmuszanie, a jednak ją posiada :). Szczerze to nie wydaje mi się, żebym miała tego typu zajęcia w szkole, o których mi wspomniałaś w komentarzu. Miałam za to lekcje o fotosyntezie!

      • Km

        Pajęczaki, skorupiaki i inne zwierzęta były w materiale na biologii. Ja też uważam że podstawową wiedzę o świecie mieć trzeba, chociażby żeby później widzieć co dalej zgłębiać. Nie bądźmy naiwni, większość dzieciaków w dzisiejszych czasach cały czas najchętniej by spędzało na grach komputerowych czy na yt, a nie na czytaniu książek o biologii, niestety. I jakby nie musiały się uczyć (w szkole czy w domu) to by to się bardzo źle mogło skoczyć. A większość rodziców jednak pracuje, więc nie mają czasu przypilnować co dzieci robią w domu, gdy nie chodzą do szkoły. Zresztą z tego co piszesz nie chciałbyś do niczego zmuszać więc byłabyś z tym ok, że dziecko nic nie robi poza rozrywką. I uważam że edukacja w większości przypadków ma dużo wad, polska i amerykańska. W stanach masz jednak większy wybór różnych typów szkół, szczególnie dla bogatszych. Na pewno nie jestem za brakiem jakiekolwiek edukacji, nawet domowej.

      • Aga

        Ale ja nie twierdzę, że chciałabym zostawić dzieci bez jakiejkolwiek wiedzy, które obijają się tylko o ściany i nigdzie nie wychodzą ani nic nie robią, bo niczego nie wiedzą. Tę podstawową wiedzę o świecie, o której wspomniałaś, zdobyć można wszędzie i w każdym momencie, więc siedzenie na (w większości przypadków) nudnych lekcjach podczas których nie można się nawet odezwać zdecydowanie nie jest jedynym sposobem. A już na pewno nie jest najlepszym sposobem, według mnie.
        Z Twojego komentarza bije bardzo niski poziom zaufania i wiary w stosunku do dzieci. I nie twierdzę, że jesteś złą osobą ani nic takiego, bo na pewno masz na to swoje powody. Oczywiście zgadzam się, że są dzieci, które najchętniej nie robiłyby nic innego oprócz siedzenia przy komputerze albo z telefonem/tabletem w ręku. To samo jest zresztą z dorosłymi… Ile jest ludzi w dzisiejszych czasach, którzy nie potrafią wyjść z domu bez telefonu nawet do sklepu, a jak im się komórka rozładuje w miejscu publicznym to obcych ludzi pytają czy nie ma ktoś ładowarki, bo nie mogą wytrzymać! 😛 Ale ja osobiście kompletnie nie wierzę w to, że dzieci zachowywałyby się w taki sposób tak totalnie bez powodu, bo natura człowieka jest zupełnie inna.
        Wspomniałaś, że większość rodziców pracuje i tak, wiadomo, edukacja domowa nie jest dla wszystkich i niesamowicie ciężko byłoby to ogarnąć w sytuacji, gdy dwoje rodziców musi pracować, no bo jednak zostawienie takiego 5-letniego dziecka samego w domu na te 8 godzin nie jest najlepszym pomysłem.
        Według mnie dzieci są mega ciekawe świata od samego początku, ale to niestety dorośli są tymi, którzy to tłamszą, więc skoro dziecko zadaje jakieś pytania, chce wiedzieć nowe rzeczy, a w odpowiedzi słyszy np. „jesteś na to za mały” albo „daj mi spokój, jestem zmęczona” to w końcu przestaje pytać i co ma zrobić nie mając żadnej pomocy? No niewiele może, bo to jednak dziecko. To taki przykład pierwszy z brzegu.
        Alicia niedawno w Targecie oglądając te wszystkie zabawki i jej ulubione księżniczki na dłuższą chwilę zatrzymała się dopiero przy… książce o ciele człowieka. I właśnie tę książkę chciała kupić, a o żadnej zabawce nie wspomniała ani słowem.
        I czytałam listy ludzi, którzy chodzili właśnie do takiej szkoły, gdzie sami decydowali o tym co robią, kiedy i jak. Niektóre z nich nie uczyły się niczego przez te 13 lat, o których wspomniałam, a teraz jeden koleś wykłada matematykę na uczelni, a inny jest doktorem fizyki. Czyli jednak sami się zainteresowali i nie trzeba było ich do niczego zmuszać.
        Pozdrawiam 🙂

    • sylwia

      Podam przykład ze swojego życia- jestem na rozszerzonej geografii, uczę się o rodzajach skał, chmur, lejkach krasowych i dziwnych rzeczach, których nazw nawet nie pamiętam, a w mojej klasie są osoby, które nie potrafią odróżnić kontynentów (!!!) lub nie mają podstawowej wiedzy o tym, gdzie leżą jakie kraje. To jest dla mnie porażka szkoły. Moi rodzice do dzisiaj umieją wymienić wszystkie kraje i stolice, a my uczymy się o czymś takim..

      • Aga

        Nooo właśnie! Dokładnie o tych różnicach w poziomach mówiłam w poście. „Porażka” to dobre określenie. Najgorsze jest to, że nawet jeśli nauczyciele chcieliby coś z tym zrobić i jakoś inaczej poprowadzić lekcje to zwyczajnie nie mogą, bo – jak już też zostało wspomniane – muszą gonić z programem.

      • nova

        @Aga: Wiedzę dziecko zdobywa, jeśli rodzic ma na nie czas. Ty sama przyznajesz, że wysyłasz do babci, bo go nie masz. Gdybyś pracowała, tak jak Twój mąż, to już na pewno tego czasu byś nie miała, tym bardzie przy dwójce. Nie każdy ma babcię, która się będzie zajmowała, a dziecka nie można pozostawić samemu sobie – to miałam na myśli pisząc pierwszy komentarz.
        Ja też nie twierdzę że jesteś złą, ani naiwną osobą, jesteś na pewno bardzo młoda, jeszcze poglądy mogą Ci się zmienić wraz z kolejnymi, życiowymi doświadczeniami. Może nawet sama zdecydujesz się wozić dziecko te 50 minut rano, do fajnej szkoły.

        Tak jak podkreśliłam, nie jestem fanką obecnego systemu (ani pl ani us, może trochę bardziej odpowiada mi us), nie jestem też fanką nie uczenia wcale. O nauczaniu domowym, uważam, że to możliwość dla bardzo bogatych osób. Gdybym taką osobą była, zatrudniłabym bardzo dobrych nauczycieli prywatnie.

        Natura człowieka może i jest inna, ale człowiek to istota społeczna, żyje w społeczeństwie, dzieci mocno kopiują zachowania rówieśników, a nie masz chyba zamiaru odizolować dziecka od innych. Ani terroryzować ich rodziców, by mieli takie same metody wychowawcze jak Ty 😉 A niestety rodzice często idą na łatwiznę, tablet czy komputer to łatwiejsze niż wyjście do muzeum z dzieckiem.

        Co do tłamszenia ciekawości wśród dzieci, zostaje mi współczuć takich rodziców. To już zupełnie inny temat.

        Co do kariery naukowej po nie chodzeniu do szkoły przez 13 lat – wszystko jest możliwe, a wyjątki potwierdzają regułę. Nie zwykłam się fascynować takimi historiami, tak samo nie uważam, że nasze dzieci mają w obowiązku robić jakąś zawrotną karierę.
        Pozdrawiam 🙂

        @sylwia – przynajmniej ja nie miałam na myśli programu w Pl, bo z tym się zgadzam, że powinien być zmieniony.

        Szkoła daje przede wszystkim coś więcej niż wiedzę, daje możliwość życia w społeczności, zawiązywania znajomości, radzenia sobie, a to tak naprawdę w życiu jest najważniejsze. Ale o tym się człowiek przekonuje jak ma trochę więcej wiosen na karku 🙂

      • Aga

        Owszem, ale wcześniej, zanim Alicia poszła do szkoły, była ze mną przez… ile? Półtora roku? Jakoś tak 😀 I wtedy własnie był czas, kiedy sama uczyła się pisać, czytać, kiedy sama miała pomysły co chciałaby robić, gdy oglądała nasze atlasy czy książki o budowie człowieka i tak dalej. W tym czasie nauczyła się mnóstwa rzeczy, których w szkole nie miała cały rok. I tak, masz całkowitą rację, że rodzice muszą mieć czas. Jak napisałam w jednym z komentarzy – homeschooling nie jest dla wszystkich, bo jeśli dwoje rodziców musi pracować no to niestety nie da się, bo kiedy. A małego dziecka samego się w domu nie zostawi… Mam nadzieję.
        Tak, jednym z powodów jest to, że nie jestem w stanie skupić się na „lekcjach” Alicii mając jednocześnie April, a drugim jest to, jak już pisałam, że Margie chciała to robić.
        A że poglądy mogą mi się zmienić… Pewnie, że mogą, bo akurat moje poglądy dalej się kształtują, ale jeśli chodzi o tradycyjną szkołe to bardzo wątpię, by zdanie mi się zmieniło 😀 😀
        Nie, nie mam zamiaru izolować dziecka i o tym też pisałam w poście 🙂 Nie mam jednak zamiaru ustalać jakichś limitów typu „godzina na komputer” ani nic z tych rzeczy. A my nie mamy nawet telewizora i bardzo się cieszę z tego powodu. Wierzę, że dzieci, które spędzają cały wolny czas na grach komputerowych robią to dlatego, że chcą się odizolować od tego, co się dzieje dookoła. Chcą, mówiąc najprościej, wyłączyć myślenie i być w swoim świecie bez innych mówiących im co mają robić, sterujących nimi, krzyczących czy cokolwiek innego. Jeśli wszystko jest okej to takiej potrzeby nie będzie, a komputer będzie po prostu dla rozrywki z idealnie zachowanym umiarem. Alicia na przykład miała czas, gdy siedziała z tabletem dosłownie non stop, ale nikt nie mówił jej by przestała i samo przeszło.
        Fajnie, że tak uważasz 🙂

  • justyna

    Nigdy nie wspominam szkoly dobrze. Moje dziecinstwo nie nalezalo do bajkowych, dlatego szkola byla czasem koszmarem. Nie mowie tu tylko o dzieciach, bo nauczyciele nie raz zamiast pomoc, pogorszyli sprawe. Jesli chodzi o sama nauke, to zawsze bylam typem introwertyka I ciezko bylo mi sie odnalezc w tym chaosie. Dzis uwazam sie za madra dziewczyne, jestem ciekawa swiata, lubie czytac, rozwijac sie. Kiedys przez cale lata myslalam ze jestem glupia. Kiedy nauczycielka tlumaczyla cos na matematyce calej mojej klasie I wydawalo mi sie ze robi to tak szybko, a ja nie nadazam, nie rozumiem. Chcialam zeby ktos do cholery mi to wytlumaczyl w ciszy I spokoju.. W gimnazjum zaczal sie moj wielki bunt, ale jakos je skonczylam, pozniej poszlam do liceum(liceum z tradycja) I tu poczulam ze sie dusze.. poszlam do liceum dla doroslych I skonczylam je. To byla najlepsza decyzja, mimo ze niektorzy uwazaja, ze to szkola dla debili. Mam to gdzies. Dluzej bym nie wytrzymala w normalnej szkole. Czulam, ze tam nie pasuje. I gdybym bedac dzieckiem miala mozliwosc uczyc sie w domu to skorzystalabym z tego.

    • Aga

      Niestety wielu nauczycieli nie jest godna zaufania. Ja sama w całym okresie edukacji spotkałam zaledwie kilku, których mogłam nazwać prawdziwymi nauczycielami.
      Czytając resztę Twojego komentarza mam wrażenie, jakbym trochę czytała o sobie. Też nie rozumiałam matmy, też poszłam do szkoły dla dorosłych! I też słyszałam, że to szkoła dla debili. No cóż, widocznie jesteśmy głupie no, co poradzić ;))

  • Annimula

    Ja nie mam wyrobionego zdania na temat homeschoolingu. Myślę, ze bardzo dużo zależy od dziecka,od rodziców oraz od sytuacji. Nie wiem czy bym się do tego nadawała. Moj syn być może, bo jest bardzo ciekawy, lubi się uczyć nowych rzeczy. Ale są tez dzieci, które nic nie interesuje poza grami na komputerze.
    Idealnym rozwiązaniem byłaby reforma szkoły. Najgorszą rzeczą jest spieszenie się z programem, no bo przecież „papiery muszą się zgadzać, i do końca roku trzeba omówić wszystko co jest w programie” i nie ważne, ze polowa klasy niczego nie rozumie. Szkoła powinna być dla ludzi.
    Uczenie się wszystkiego nie jest dobre, ale nie popieram tez uczenia tylko tego co interesuje dziecko. Bylo mnóstwo rzeczy których nienawidziłam w szkole (przede wszystkim fizyki oraz historii z bardzo dawnych czasów, i na pewno bym się tego nie uczyła gdybym mogla) ale teraz wiem, ze nauka tych rzeczy zmieniła trochę moje myślenie i chociaż nie pamiętam szczegółów z np starożytnego Egiptu, to ogólnie wiem o co chodzi.
    Sorki za trochę chaotyczny komentarz 🙂

    • Aga

      Jak już napisałam w komentarzu powyżej, według mnie są jakieś powody tego, że dziecko interesuje się tylko grami komputerowymi. I tak teraz też pomyślałam sobie, że Nathan mi opowiadał, że miał podobnie! Bardzo dużo czasu spędzał z komputerami, o wiele więcej niż jego mama by chciała i nie raz mu się dostawało. Ciekawe :).
      Fakt, spieszenie się z programem nie jest zbyt dobre, no ale to akurat bardzo ciężko zmienić.
      A w jakim sensie zmieniło to Twoje myślenie??

      • Annimula

        „A w jakim sensie zmieniło to Twoje myślenie??”

        Trudne pytanie, ale myślę, ze sensie, ze każda rzeczy której się uczymy zmienia nas, nawet gdy nie zdajemy sobie z tego sprawy. Tworzą się nowe połączenia w mózgu, z czasem zaczynamy rozumieć inne rzeczy, które są powiązane z poprzednimi. Sama tez przyjemność, gdy mój syn mnie o coś pyta i ja umiem odpowiedzieć daje dużo satysfakcji.

      • Aga

        Aaa, rozumiem! Każda informacja ma jakiś tam wpływ na Ciebie. Okej, dzięki 🙂

  • D

    Jesteś fantastyczną mamą- niewielu rodziców traktuje swoje dzieci jak ludzi, a nie podległe im jednostki. Sama nadal jestem w technikum i dotychczas zmieniałam szkoły juz 5 razy (!) i wlasnie zdałam sobie sprawę z tego, ze to nie jest tak, że nie potrafiłam się dostosować do danej placówki tylko do samego systemu edukacji. Oczywiście wspominałam rodzicom o szkole zaocznej bo w zwykłych dziennych niesamowicie sie męczę, moje myśli są wręcz depresyjnie ale oni mają o tym takie same zdanie jak matka Alicii- ” że za rok matura, taka szkoła mnie do niej nie przygotuje, a bez niej to skończę pod mostem „. Smutne jest to że wartość człowieka definiuje się przez to jaką ukończył szkołę.

    • Aga

      Ojej, dziękuję! 🙂
      No 5 razy to sporo, ale widać była konieczność, więc dobrze, że tak robiłaś! I powiem Ci szczerze, że nie zdziwiłam się jak przeczytałam co mówili Twoi rodzice, no bo to jest bardzo powszechne…
      Zgadzam się z ostatnim zdaniem!

  • Iza

    Wydedukowałam, że Nathan był za młodu hackerem, bo to są później rewelacyjni specjaliści od zabezpieczeń sieciowych 🙂 Ale nie każdy tak ma. Nauczanie domowe jak najbardziej jest w Polsce (jak już wcześniej wspomniały dziewczyny). Na każdym poziomie nauczania. Jeśli chodzi o wyniki, jakie osiągają dzieci na egzaminach czy sprawdzianach – to wypadają one gdzieś po środku, z tendencją w kierunku wyższych, więc nie jest źle. Dobrze, że Margie wzięła obowiązek nauki Alicii na siebie. Tobie w chwili obecnej byłoby trudno uczyć ją w takich godzinach i tak regularnie. Zawsze lepiej robić to rano, bo po południu dzieci są jednak zmęczone.

    • Aga

      No to super, że tak wypadają w wynikach! 🙂 Da się.

  • Świetna sprawa z tym homeschoolingiem. Nasza rozmowa i teraz czytanie tej notki sprawiło, że naprawdę widzę w tym olbrzymi sens (nie to, że wcześniej sensu nie widziałam, tylko mało się zastanawiałam nad tym tematem:P).
    Uważam, że szkoła zabija kreatywność dziecka, uczy myślenia schematowego wg klucza, nie pozwala rozwijać dziedzin w których dziecko jest dobre i skupia się tym, co kuleje, co prowadzi do niskiej samooceny i frustracji. Dzieci są mega ciekawe świata, sama pamiętam jak wieczorami z moim młodszym host dzieckiem oglądałam atlasy, globus i rozmawialiśmy o dalekich krajach – zawsze z jego inicjatywy, po prostu był tego mega ciekawy, mimo ze w szkole geografii jeszcze nie miał. Jego siostra z kolei miała coś w stylu geografii i na musiała nauczyć się nazw 50 stanów wraz ze stolicami – po tym, że musiała „zaliczyć” to na sprawdzianie uznała, że geografia to najgłupszy przedmiot świata. Obawiam się, że jej brat dojdzie do tego samego wniosku ucząc się takich niepotrzebnych rzeczy (tak, uważam, że znajomość stolic wszystkich 50 stanów nie jest niezbędna).

    • Aga

      Ogromna różnica w nastawieniu i wnioski nasuwają się same! Też obawiam się, że jej brat dojdzie do tego samego punktu i niestety cieżko temu zapobiec.

  • Tak się teraz tylko zastanawiam, jak to będzie z homeshoolingiem nastolatka. Bo dziecko to dziecko, wiadomo, że naturalnie ciekawe świata. A zbuntowany nastolatek, który jest wiecznie na nie? 🙂 Ja w wieku nastoletnim uważałam, że zadna szkola nie jest mi potrzebna, byłam „najmadrzejsza na swiecie” i odrzucałam nawet nauke tego co mi sprawiało przyjemność (angielski), bo mi sie zwyczajnie nie chciało. Ciekawe jak taki nastolatek uczacy sie od poczatku w domu, nie majacy przymusu ze „musi teraz i w tej chwili” czegos sie nauczyc bedzie na reagowal na samodzielne nauczanie? 🙂

    • Aga

      To jest bardzo dobre pytanie! Według mnie dzieci lub nastolatki buntują się wtedy, gdy mają się przed czym buntować. Jeśli wszystko jest okej i mają super relacje z pozostałymi członkami rodziny to bunt nie będzie miał miejsca.
      Można oczywiście powiedzieć takiemu nastolatkowi, że ma siadać do książek i koniec, inaczej nie dostanie kieszonkowego, ale wtedy żal będzie rósł i bunt będzie jeszcze większy. W tej sytuacji i tak od samego początku wiadomo, że coś nie idzie tak, jak powinno, bo w przeciwnym razie rodzic nie miałby potrzeby mówienia takich rzeczy.
      Można też obrać inną drogę i powiedzieć, że na przykład okej, nie chce ci się niczego uczyć i spoko, jeśli tak chcesz to tak rób, to twoje życie i tak dalej. Jednak ja, jako rodzic, jestem mega zmartwiona np. kwestiami finansowymi i nie jestem w stanie / nie chcę cię utrzymywać, więc jeśli nie chcesz się uczyć to chciałabym, byś poszedł do pracy. Tutaj jednak trzeba mieć jakiś wpływ na tego nastolatka, a wpływu niestety nie ma, jeśli bunt się w ogóle pojawia.
      No bo z drugiej strony jeśli taki 17-latek załóżmy stwierdzi, że niczym się nie interesuje i wszystko mu jedno no to kurcze… To jest jego problem. Jeśli chce skończyć naukę i zamierza iść do pracy to proszę bardzo, niech idzie. Co by mi przeszkadzało to nie robienie niczego 😛

  • Marta

    Aga,
    Czytam Twojego bloga regularnie ale przez natłok pracy, chyba nigdy nie komentuje :O
    To co piszesz – zgadzam się z Tobą co do nauczania w domu i chyba większości poruszonych kwestii w tym poście 🙂
    Byłam nauczycielką przez 4 lata i nie mogłam znieść systemu, tego, że ktoś każe mi ładować do głów dzieciakom coś, co nigdy w życiu im się nie przyda!!!
    Bardzo podoba mi się to, jak piszesz o wychowaniu. To najcześciej metoda prób i błędów, wiadomo, że nie jesteś idealna ale po tym co czytam, bardzo podoba mi się Twoje podejście i myślę, że w realnym życiu mogłybyśmy się dogadać 🙂
    Pozdrowienia 🙂

    • Aga

      Super, że Ty, jako nauczycielka, masz takie zdanie! Miło się zaskoczyłam :D.

  • Paulina

    Jestem teraz w gimnazjum, chcialabym miec nauczanie domowe, bo przynajmniej wtedy nauczylabym sie wiekszosci materialu, ktory musialabym zdac sama i w takim tempie w jakim rozumiem, bo poki co na polowie lekcji siedze spralizowana, ze za chwile znowu pojde sie osmieszyc przed tablica i posrod wszystkich tych bezsensownych ludzi w moim wieku, ktorzy jedyne co robia w zyciu to fajki,alkohol i narkotyki. Wiadomo, ze i tak nie wyladuja w zyciu w zawodzie, za ktorym beda w stanie sie utrzymac normalnie, bo teraz maja to w dupie, ale moi rodzice nie sa w stanie zrozumiec jak to dziala i musze sie meczyc z grupa idiotow w moim wieku i nauczycielami, ktorzy wiedzy tez duzo nie posiadaja

    • Aga

      Bardzo mi przykro, że masz takie doświadczenia! Bycie sparaliżowaną to jedno z najgorszych uczuć, jakie można mieć. To przerażenie i stres… Widzę, że masz sporo żalu do innych, do rodziców, nauczycieli. Jak najbardziej jest to zrozumiałe.

  • Kasia

    Trafiłam na ten post dopiero dzisiaj i przyznam, że mam dość mieszane uczucia. Z jednej strony jestem wciśnięta w schemat – piątkowa uczennica, świadectwa z paskiem, dobre studia (choć te rzuciłam po obronie inżyniera) itd. i ciężko mi te ramy odrzucić.
    Z drugiej strony – sama nauczyłam się czytać w przedszkolu, a w szkole często czytałam książki na lekcjach, bo się nudziłam. Mocno wyprzedzałam moją klasę w nauce, ale na propozycje przeniesienia rok wyżej zareagowałam histerią, bo jestem nieśmiała i wyrwanie mnie od moich kolegów byłoby koszmarem. Pamiętam, że w wakacje rozwiązywałam zbiory zadań z matmy i fizyki, które czasem podrzucała mi babcia (to było fascynujące!), do tego pochłaniałam masę książek.
    Problem miałam z dwoma przedmiotami, a w zasadzie nie z nimi samymi, a raczej z moim nastawieniem. Historia i geografia. Oba „znielubiłam” z powodu nauczycieli – historyczka w 6 klasie dała mi pałę za totalną bzdurę, bo zrealizowałam projekt po swojemu, a geografia była kuta na pamięć. Mimo, że lubiłam i dalej lubię się uczyć to przestały mi sprawiać przyjemność. Teraz po latach najczęściej sięgam po książki historyczne, bo czuję się ignorantką 😉 ale sprawiają mi ogromną frajdę. Podobnie jak organizowanie podróży i błądzenie palcem po mapie. Na tej podstawie wiem, że często wystarczy dzieci zainteresować, a same będą zgłębiać wiedzę. Najgorsze jest zmuszanie!
    Dorzucę jeszcze przykład mojego męża, który jest programistą i do tego samoukiem. Skończył studia informatyczne, ale w zasadzie jedyny przydatny przedmiot to była analiza i algebra (I rok), które tak naprawdę mógłby rozpracować sam w domu, jak wszystko inne. Pracuje od II semestru, w swojej pracy marzeń – tylko dzięki swojej pracy w domu przed komputerem (wbrew protestom rodziców, że zawali szkołę 😉 której nie zawalił, bo matury zdał wszystkie powyżej 95%).

    Więc nauczanie domowe bądź tzw. szkoły demokratyczne (to chyba polski odpowiednik free schools) nie są wcale złym rozwiązaniem. Innym i niecodziennym (przynajmniej w Polsce) na pewno, ale nie jest to takie złe, kiedy dziecko może się uczyć tego, co ciekawi je najbardziej.

    • Aga

      Czyli z tego co mówisz bardzo lubiłaś się uczyć, a niechęć do przedmiotów była spowodowana przez nauczycieli. Teraz czytasz książki historyczne nie dlatego, że jakaś nauczycielka ma dziwne nastawienie tylko dlatego, że chcesz, chociaż… mega mi sie nie podoba to, że czujesz się ignorantką 🙁 Według mnie to też jest coś z zewnątrz, nie Ty sama.
      Zgadzam się z Twoim komentarzem, a przykład Twojego męża jest podobny do Nathana, chociaż on nawet nie studiował 😉
      Pozdrowienia!

  • AGASunflower

    hej, Zaczelam czytac twojego bloga juz na poczatku jego powstania potem troszke zaniebalam blogsfere ale znowu jestem:) Mieszkam w stanach juz 10 lat w Pennsylvanii (troszke mamy zimniej:)). Moja cora ma 7 lat I uwielbia szkole. Mysla ze jest to zwiazane z tym ze do przedszkola poszla jak miala 2 lata i ze ma bardzo socjalne usposobienie. Poprostu moje dziecko musi miec wokol duzo ludzi zeby byc szczesliwa (to akurat odziedziczyla po mojej tesciowej:)). Z racji tego ze oboje z mezem pracujemy nie moglibysmy pozwolic sobie na homeschooling. Moj maz jest zwolennikiem ten metody nauczania, chciaz jemu nie chodzi tu raczej o nauke ale on szkolne srodowisko I stress. W tej chwili corka moich sasiadow (jest w 4th grade) jest homeschooled, i z tego co wiem bardzo jej to sluzy. Jej mama jednak nie pracuje wiec moze sie tym zajac.
    Podziwiam Was za wasze podejscie do zycia. Chociaz ja jako corka nauczycuielki i wnuczka dyrektorki szkoly mam raczej tradycyjne poglady na ten temat. Dla mnie samej bardzo wany byl college, bo przez poznanie wielu ludzi dostalam wymazona prace. Moj maz mimo ze jest genialnym programista zarabia znacznie mniej niz jego wspolpracownicy z dyplomem. Coz taki swiat.
    Ale sie rozpisalam:) Pozdrawiam serdecznie

  • Ania

    Aga z całym szacunkiem, ale uważam że to lepiej dla Alicii jeśli uczy ją Margie. Nie ujmując twojemu poziomowi jezykowemu (bo zwyczajne nie wiem jaki on jest) uważam, że jako osoba nie będąca nativem zrobiłaś dziewczynce krzywdę. Uważam, że młodsze dzieci chłoną wszystko jak gąbka, dlatego lepiej kiedy mają kogoś kto jest dobrze wydrukowany w ich rodzimym języku.