Moje pierwsze wrażenia z wycieczki do Polski.

Jako że nadal nie mam wszystkich zdjęć z Polski na laptopie, najpierw podzielę się z Wami moimi ogólnymi wrażeniami z pobytu. Lecąc tam ciekawa byłam czy spojrzę na wszystko tak, jak widziałam to do tej pory, czy może z zupełnie innej perspektywy. Spojrzałam z innej, bo mimo tego, że w Stanach mieszkam dopiero niecałe trzy lata to od Polski odzwyczaiłam się całkowicie.

Pozwólcie, że stworzę listę rzeczy, które zwróciły moją uwagę najbardziej. Zaznaczam jak zawsze, że wszystko zawarte w tym poście to moje osobiste obserwacje i doświadczenia! Wy możecie mieć zupełnie inne.

 

1. Chodniki!!!!

To chyba największy pozytyw, jaki mogłabym znaleźć! Przylatując tutaj po raz pierwszy zdawałam sobie sprawę, że nie będę miała możliwości spacerów tak, jak w Warszawie, gdzie mogłam wyjść z mieszkania i spacerkiem dojść np. do Łazienek. Super więc było sobie tak po prostu połazić, nawet bez celu. W telefonie mam wbudowaną aplikację liczącą kroki i każdego dnia miałam ponad 100%, raz aż ponad 3500%, szok, szok.

received_10206746916566794(1)

 

2. Ah, to polskie lato…

Ja wszystko rozumiem, ale żeby było zaledwie 10-12 stopni na plusie w środku lata przez kilka dobrych dni i jeszcze w dodatku żeby padało w tym samym czasie?! Tego już nie rozumiem. Nate nabijał się ze mnie, gdy pakowałam długie spodnie i cienkie sweterki i tak na mnie zadziałała ta jego reakcja, że zdecydowałam nie wziąć ani żadnej bluzy, ani kurtki. I pożałowałam, oj pożałowałam. Dobrze, że dla April wzięłam też i cieplejsze rzeczy.

0707161256

 

3. Przesiąkłam smrodem papierosów!

Wiecie, jaka była moja pierwsza myśl po wyjściu z lotniska? „Ale tu śmierdzi!” Jak mieszkałam w Warszawie to też oczywiście przeszkadzało mi, jak ludzie idąc chodnikiem palą i cały dym leci na mnie, ale ogólnie nie czułam tego smrodu aż tak. Tutaj u mnie zobaczenie kogoś z papierosem to dosłownie święto! Naprawdę ciężko znaleźć palącą osobę. Odzwyczaiłam się więc od tego totalnie i dlatego tak bardzo uderzył we mnie ten smród. Coś okropnego!

 

4. Polacy to straszne chamy i prostaki.

Łooo, wiem, odważnie… Nie wszyscy! Ale ile razy złapałam się za głowę to nie zliczę. Przykład pierwszy z brzegu – siedziałam sobie ze znajomym w kawiarnii na zewnątrz i obok nas było przejście dla pieszych. Auto na prawym pasie się zatrzymało, by przepuścić pewną kobietę, więc drugie auto na pasie obok również (na szczęście, bo inaczej nie wiem, jak to by się skończyło). Owa pani szła sobie przez przejście aż tu nagle koleś z samochodu po lewej stronie wychylił się przez okno i wrzasnął: „no idź szybciej, kur*a!” Spojrzałam na znajomego z takim totalnym zmieszaniem, a on skwitował to jednym słowem: „Polska”. W autobusach, metrze i tramwajach zawsze to samo – prześciganie się kto wejdzie/wyjdzie pierwszy, kto pierwszy usiądzie albo stanie w lepszym miejscu. Przepychanie się kompletnie nie patrząc gdzie się idzie i kto jest dookoła jest na porządku dziennym i niestety niektórzy głęboko gdzieś mieli fakt, że np. byłam z wózkiem, wiec chcąc niechcąc potrzebowałam więcej miejsca i czasu albo – co gorsza – nosiłam April w chuście. Momentami czułam, że mała jest w pewnym sensie w zagrożeniu i rozkładałam ręce przed sobą i przed nią, by przypadkiem ktoś nie przywalił jej z łokcia. Generalnie byłam zażenowana i momentami aż niedowierzałam. Tego typu sytuacji w ciągu tych zaledwie dwóch tygodni było więcej, ale jakbym zaczęła wymieniać to bym się tylko jeszcze bardziej zdołowała, więc po co, nie? Jeśli ktoś z Was może się utożsamić z czymś takim to apeluję – znajdźcie swój problem i coś z nim zróbcie, bo tak się nie da żyć.

 

5. I ponuraki też…

I dodam znowu na wszelki wypadek – nie wszyscy! Jednak niestety nie starczy mi palców u rąk i nóg, by policzyć, ile razy poczułam się jak idiotka wchodząc do jakiegoś sklepu. Uśmiecham się mówiąc „dzień dobry”, zagadam jakoś czy cokolwiek, a w odpowiedzi dostaję „dobry” albo „coś jeszcze?” (o ile w ogóle) i to takim tonem i z miną taką, jakbym im pół rodziny wybiła. Jak mi jedna pani rzuciła bilety autobusowe na ladę z taką łaską, że normalnie jakby tam za karę siedziała, to aż jej powiedziałam, że wydaje się mega sfrustrowana albo wkurzona nawet. W odpowiedzi usłyszałam: „szczęśliwa się znalazła!” Pokręciłam tylko głową. Serio, czy to jest konieczne? Wszystkiego się odechciewa widząc większość ludzi w takim stanie, naprawdę.

 

6. Wegańskie miejscówki

Odwiedziłam kilka i wszystkie mogę polecić! Jakbyście byli ciekawi to obczajcie sobie: Vege Miasto (mój numer 1!), Vegan Pizza na Poznańskiej (pizza „Pan Burak” najbardziej mi posmakowała), Krowarzywa (cieciorex jest pyszka!), Laf Laf, Vege Bistro na przeciwko UW na Krakowskim Przedmieściu i dobre mają też ruskie pierogi w Vege Bistro na Kopernika. Jak mieszkałam w Polsce to nie byłam weganką, więc nie mam pojęcia czy wegańskie restauracje to było coś tak popularnego jak teraz, ale cieszy mnie to, że Warszawa idzie z duchem czasu. W Carrefourze też mają sporo vege rzeczy i jak np. mleka roślinne faktycznie są mega drogie w porównaniu do krowich, tak np. pasty do kanapek są w praktycznie takich samych cenach jak te z nabiałem. Super miejscem jest też sklep Organic Farma Zdrowia (jeden jest w Złotych Tarasach na samym dole). No także tutaj jestem pozytywnie zaskoczona!

0707161925

Jeden ze smaków tych lodów to limonka z bazylią. Wiem, brzmi dziwnie, ale smakowało naprawdę dobrze!

0707161955

Obie fotki zrobione w Vege Miasto.

7. Warszawska starówka

Tak się złożyło, że nocowałam bardzo blisko Nowego Światu i ogólnie tamten rejon to moje ulubione miejsce w Warszawie. Nie wiem czemu, ale po prostu zawsze lubiłam tam sobie spacerować. To miejsce zawsze tętni życiem, a już szczególnie w lato. W Atlancie starówki nie ma ;).

 

8. Nie stać mnie na dziecko.

Wózki kosztujące niekiedy 2 lub nawet 3 całe wypłaty. Ciuszki w bardzo podobnych cenach jak te dla dorosłych i np. spodenki dla 3-miesięcznego dziecka w cenie 49zł albo sukieneczka dla dziecka w tym samym wieku – 59zł. Jak tak przeglądałam sobie te ubranka to w regularnej cenie nie znalazłam nic, co kosztowałoby mniej niż 19zł. A kupcie 5 takich najzwyklejszych bodziaków za 19zł i już macie prawie stówę… Gdzie cała reszta? Nie wspominając o zabawkach, gdzie sam zwykły gryzaczek potrafi kosztować 49zł albo i więcej, a ja za paczkę 4 małych tetrowych pieluch zapłaciłam 5 dych. I zapewne gdzieś są jakieś o wiele tańsze produkty, ale szkoda, że raczej nie są one dostępne w tych popularniejszych miejscówkach. Przykro mi się robi jak sobie pomyślę o tym jak wiele osób ominie ta radość kupowania i przygotowywania się na nowego członka rodziny, bo muszą chodzić po sklepach z kartką, na której mają dokładne wyliczenia ile na co mogą wydać i ani złotówki więcej, bo w przeciwnym razie zabraknie im „do pierwszego”. I jak kiedyś nie zdawałam sobie sprawy z tego wszystkiego i zastanawiałam się dlaczego tak wiele osób mówi wprost, że ich nie stać na dzieci, tak teraz całkowicie rozumiem.Totalnie beznadziejna sprawa.

 

9. Ceny lecą w górę…

Łączy się to już z paroma rzeczami, o których wspomniałam. Zauważyłam, że ceny w Polsce w różnych miejscach są coraz wyższe i momentami aż się zastanawiałam o co chodzi. Np. za bilet 20-minutowy płaciłam 3,40zł. Trochę sporo. Wiem, że nie powinno się porównywać dolarów do złotówek z powodu wielu różnych rzeczy, ale serio, za $200 kupię sobie o wieeeeeele więcej niż za 200zł. I tyczy się to wszystkiego – jedzenie, ciuchy, itp. A płace jak stały w miejscu, tak dalej stoją.

 

10. Moja siostra i kilkoro przyjaciół.

No, to chyba największy plus tego wszystkiego ;). Ale mimo wszystko – wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej! Dobrze być tu z powrotem.

 

Do następnego!

Aga

______________________________________________________________

EDIT:

Nie rozumiem tego, że za każdym razem pisząc posty, z którymi ktoś się nie zgadza, przekręcane zostają moje słowa i wręcz oskarżana jestem o mówienie czegoś, czego nigdy nie powiedziałam. Zaznaczam więc raz jeszcze: post ten zawiera moje własne obserwacje z 2-tygodniowego pobytu w Warszawie, które ogólnie nie są jakieś mega pozytywne i dużo rzeczy mi tam przeszkadzało tak teraz, jak i gdy tam mieszkałam. Jednak nigdzie nigdy nie napisałam, że Polska jest najgorszym krajem na świecie. Nigdy nigdzie nie napisałam, że tylko z tego miejsca mam takie a nie inne doświadczenia, bo dużo podróżowałam po Europie, dużo widziałam i mogłabym Wam opowiedzieć jak było chociażby na Ukrainie. Ten post jednak tyczy się TYLKO tego, co – jak już pisałam trzy razy – działo się w Warszawie w ciągu dwóch tygodni, które tam spędziłam. Nie porównuję tu Polski do żadnych innych krajów europejskich, a porównując do USA porównuję tylko i wyłącznie do moich okolic, ewentualnie miejsc, które odwiedziłam, bo – jak też już mówiłam nie raz – Stany są za dużym krajem, by wrzucać wszystkich do jednego worka.

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram