Oregon i Hawaje – relacja z wycieczki! Podróż samolotem z noworodkiem.

Hejka! W końcu pokażę Wam kilka zdjęć :)). Post podzielony będzie na kilka części, które oznaczone są pogrubioną niebieską czcionką, więc jeśli interesuje Was coś konkretnego i np. chcecie ominąć opowiadanie o Maui i wolicie skoczyć do części o podróżowaniu z noworodkiem, to łatwiej będzie Wam to znaleźć. Ależ ja jestem wspaniałomyślna, co :)?

Samolot do Portland mieliśmy 9 kwietnia i lot trwał 5 godzin i 20 minut. Tam spędziliśmy jedną noc i następnego dnia jechaliśmy do Silver Falls State Park, czyli jakieś 1,5 godziny drogi autem na południe, gdzie spędziliśmy 5 dni. W sobotę 16 kwietnia lecieliśmy na Maui i mieliśmy przesiadkę w Seattle, czyli lot z Portland do Seattle trwał 55 minut, na lotnisku mieliśmy godzinkę i później lot z Seattle na Maui trwał 6 godzin. Na Maui spędziliśmy 3 dni. W drodze powrotnej znów mieliśmy przesiadkę w Seattle i później już prosto do Atlanty, czyli Maui>Seattle 6 godzin i 20 minut; Seattle>Atlanta 4 godziny i 40 minut, co daje w sumie 11 godzin, czyli mniej więcej jak podróż z Atlanty do Warszawy. Jak widzicie, April ma już niezłe doświadczenie w lataniu!

 

Silver Falls, Oregon

mapa01

W Portland spędziliśmy tylko noc i kawałek jednego dnia, a jedyne, co widziałam to hotel, Target i droga pomiędzy, więc o tym miejscu nic Wam nie opowiem. Niektórzy z Was pewnie pamiętają po co polecieliśmy do San Diego rok temu, a jeśli ktoś nie pamięta/nie wie, to zapraszam do przejrzenia TEGO postu. Przy okazji dodam, że we wspomnianej notce piszę o naszych zaręczynach :). Ahh, wspomnienia! No, w tym roku wycieczki do Kalifornii nie uskuteczniliśmy właśnie dlatego, że La Jolla Program miejsce miało właśnie w Silver Falls i nie w styczniu, ale w kwietniu. Gdy się o tym dowiedzieliśmy, ja już byłam w ciąży i wiedziałam, że mniej więcej w tym czasie będę rodzić i właściwie temat umarł na długi czas. Później jednak Nathan do niego wrócił i powiedział, że bardzo chciałby lecieć. Rozmawialiśmy więc na ten temat i znaleźliśmy rozwiązanie, które pasowało nam obu pasowało, a umowa była taka, że polecimy razem, jeśli April urodzi się min. dwa tygodnie przed, żebym miała czas sama się ogarnąć no i ogarnąć bycie mamą. Jakby urodziła się później to Nate leciałby sam, o ile ja czułabym się komfortowo, by zostać z April sama. No i okazało się, że urodziła się dwa tygodnie i dwa dni przed wylotem.

W Silver Falls nie ma żadnego hotelu, tylko takie małe pokoje w jednym budynku (poniżej zdjęcia) i w każdym takim większym budynku są tylko dwie łazienki – jedna dla kobiet, druga dla mężczyzn i w każdej dwie kabiny z wc oraz jeden prysznic. Mnie bardzo zależało na tym, by mieć łazienkę w pokoju, więc zarezerwowaliśmy sobie oddzielny domek, czyli mały pokój z łóżkiem oraz łazienka. Ogólnie spoko, nie mogłam narzekać na nic w sumie, ale były tam takie ogromne mrówki, które wlazły nam tam jakoś ostatniej nocy, że aż Nathana prosiłam, by je zabijał. OLBRZYMIE były!

Jeśli chodzi o moje doświadczenia z grupy w tym roku to tym razem byłam niestety nieco zawiedziona. Chciałam tam lecieć, bo rok temu miałam genialne doświadczenia i naprawdę bardzo zmienił mnie tamten wyjazd. Niestety teraz sytuacja wyglądała inaczej. Sporą częścią tego było to, na co byłam przygotowana czyli fakt, że musiałam skupić się bardziej na April. Karmiłam ją co prawda wśród ludzi tam, ale wtedy nie mogłam się aż tak skupić. Jak płakała to musiałam wyjść (czasem Nate wychodził), by nie przeszkadzać, gdy ktoś coś mówił. Raz zostałam sama w pokoju, by odpocząć, a Nate zabrał April. Były też momenty, gdy się spóźnialiśmy, itp. Wiadomo, jak to z dzieckiem :).

Inną sprawą jest to, że niesamowicie przeszkadza mi w ludziach takie podejście, że jak jest jakikolwiek problem to trzeba koniecznie znajdować pozytywne strony, a wszystkie negatywy zrzucić na dalszy plan. I przynajmniej kilka osób w tej grupie ludzi ma takie zdanie. No nie wiem, jak dla mnie to ignorowanie problemu nic nie rozwiąże, a może tylko zaszkodzić osobie, która się czymś dzieli. Nie twierdzę, że zawsze tam tak jest, bo nie! Ale no zdarza się. I ja tego nie potrafię znieść. Jest też taki problem, że jeśli ktoś jest smutny/szczęśliwy to super się go słucha, ale jeśli się złości to już nie, bo przecież złość to zła emocja, której nie powinno się okazywać! No tak mnie to denerwuje, że nie macie pojęcia. I oczywiście powiedziałam to wszystko. Na samym końcu co prawda, ale powiedziałam. Nie mogłam już. Nate powiedział, że był ze mnie dumny haha

A tak poza tym to powiem Wam, że zimno tam było! Zdecydowanie za zimno, strasznie zmarzłam. Ociepliło się dopiero ostatniego dnia, gdy wylatywaliśmy.

 

0411160730

0412160808a

0412162031

Nie mogłam się powstrzymać od zrobienia tego zdjęcia!

0414161153~2

0416161306a

13052539_10154005350960516_315681791_o

0416161040e_HDR

 

No i gdy wszystko się skończyło, zostaliśmy odwiezieni na lotnisko i jazda na Hawaje! :))) Bardzo podobał mi się widok z samolotu na Seattle i okolice.

 

0416161834

0416161855

0416161858_HDR

0416161900

 

Maui, Hawaje

mapa02

mapa03

Jak pewnie widzicie na mapie powyżej, Maui to druga co do wielkości wyspa na Hawajach. Liczy tylko (aż? zależy, jak a to patrzeć) prawie 155 tysięcy mieszkańców. Stolicą stanu jest Honolulu. Lecieliśmy na lotnisko Kahului, które znajduje się na północy wyspy. Dotarliśmy tam około godziny 21 i lotnisko było już prawie puste. April chciała jeść, więc usiedliśmy na ławce gdzieś tam i ją karmiłam. Gdy się ze wszystkim ogarnęliśmy to nikogo więcej na lotnisku już nie było i ochroniarze pytali nas, co tam dalej robimy, ale byli mega mili i oczywiście przywitali nas słynnym „aloha!”. Okazało się, że o tej porze wszystko jest pozamykane i nie mogliśmy już wynająć auta, więc trzeba było wziąć taxi. Do zapłaty za przejażdżkę wyszło nam $12.50, my mieliśmy tylko $10, bo musieliśmy zapłacić gotówką. Nate powiedział, że skoczy szybko do bankomatu po drugiej stronie ulicy, a taksówkarz na to „o nie, nie, nie trzeba, dzięki!” i pojechał.

Pogoda nam dopisała, bo było gorąco, ale wiał wiatr, czyli dało się wytrzymać. Jednego dnia padało, ale akurat wtedy byliśmy w aucie, więc nie było tragedii. Ogólnie teraz temperatura na Maui od kilku dni jest niższa niż u mnie.

Baaaaaardzo mi się tam podobało, naprawdę! Wszystko jest takie… ładne. Nie wiem, jak to inaczej określić. Widoki są piękne i to nie tylko nad oceanem, ale i w różnych innych miejscach w głębi wyspy, bo zawsze coś jest do podziwiania. Oceany, wulkany, kwiaty, zwierzaki… Ponadto czuje się tam taki mega spokój, jakby czas zatrzymał się w miejscu. Nikt się nie spieszy, wszyscy są tacy spokojni i wydają się nie mieć zmartwień. Genialna sprawa! W dodatku w sklepach i restauracjach wszystko jest takie świeże i te ananasy czy awokado jakoś tak lepiej smakują. Nie wspominając o kokosach! Minus jest taki, że jest tam drożej i np. jak u mnie za jeden gallon paliwa płacimy te $2, czasem nawet trochę mniej, tak tam musieliśmy zapłacić aż $3.15, ale za to auto wynajęliśmy za $20 za dzień, więc całkiem spoko.

Nie mieliśmy żadnych konkretnych planów co do tego, gdzie jechać. Raczej lecieliśmy na żywioł.

Powiem Wam, że ciężko było nam wymówić niektóre nazwy w ich języku.

Pierwszego dnia zaczęliśmy oczywiście od śniadania! Znaleźliśmy fajną wegańską restaurację, w której mieli naprawdę dobre jedzenie, ale porcje były troszkę nieadekwatne do cen, powiem Wam szczerze. Tak czy siak, wróciliśmy tam drugiego dnia.

 

0417161419

Na Maui wszędzie jest mnóstwo pól z trzciną cukrową (foto wyżej) i mają tam też oczywiście fabrykę cukru.

0417161454_Burst01

Wegańska restauracja na Baldwin Ave.

0417161531

Były tam największa oraz najwyższe palmy, jakie widziałam w życiu! Ta na zdjęciu nie jest najwyższą, oczywiście.

0417161550

Hookipa Park

0417161602

0417161602_Burst04

0417161606a

Flaga Hawajów.

 

Jedną z polecanych atrakcji jest droga prowadząca do miejscowości o nazwie Hana, bo jest bardzo malownicza i po drodze znajduje się wiele atrakcji, jak np. wodospady. My nie zatrzymywaliśmy się po drodze i w sumie nie dojechaliśmy do Hany, bo chcieliśmy tylko zobaczyć jak to wszystko wygląda po drodze i wróciliśmy po godzinie jazdy. Cała droga jest bardzo wąska i BARDZO kręta. Dlatego przejechanie zaledwie 84 kilometrów zajmuje tam ok. 2,5 godziny. Po drodze jest aż 46 jednokierunkowych mostów i na niektórych dość trudno było zobaczyć czy ktokolwiek jedzie z drugiej strony, a już zwłaszcza, jak lał deszcz.

 

0417161649_HDR

Tęcza!

0417161650_HDR

0417161704a

0417161718a_HDR

0417161719_HDR

0417161719a

Po lewej zobaczyć możecie samochody jadące w naszą stronę :).

0417161748a

0417161748c

0417161753

 

Następnego dnia jeździliśmy sobie po prostu po wyspie i zatrzymywaliśmy się w miejscach, które uznaliśmy za ciekawe. I byliśmy padnięci po nocy, w czasie której April nie chciała spać, a jeśli ona nie śpi to i my nie spimy. Ale daliśmy radę! Pojechaliśmy sobie na południowy zachód wyspy. Po drodze znowu super widoki, a w miejscu docelowym dobre jedzonko. Większość czasu jechaliśmy nad oceanem i był taki spory odcinek, gdzie po lewej stronie woda była niesamowicie blisko dwupasmowej drogi i wszystko było zielone, a po drugiej stronie tej samej drogi w tym samym miejscu wszystko było brązowe i wysuszone, a znaki ostrzegały przed pożarami spowodowanymi suszą. Dziwnie to wyglądało! Gdy wracaliśmy do hotelu, zatrzymaliśmy się w jeszcze jednym miejscu i oglądaliśmy zachód słońca.

 

0418161307

Honoapiilani Hwy

0418161403

Druga wegańska knajpa, którą odwiedziliśmy. Znajduje się na Waine’s St.

0418161403b

0418161511_HDR

Hula dance! Front St

0418161511a_HDR

Miejsce, w którym odbywają się pokazy tańca hula.

0418161511b_HDR

0418161657

To wszystko co widzicie na tym zdjęciu to JEDNO i TO SAMO drzewo! Oboje z Nathanem byliśmy w szoku, gdy to zobaczyliśmy. Znajduje się na Front St.

0418161700

0418161725a_HDR

0418161729

Widok na inną wyspę z Papelekane St.

0418161729b

0418161738

0418161738a

0418161750_HDR

Zatrzymaliśmy się na jednej z plaż w drodze powrotnej na Honoapiilani Hwy.

0418161800

0418161800b

0418161806_HDR

Ktoś miał fajny pomysł i zrobił taką małą zatoczkę dla dzieci :).

0418161810a_HDR

0418161817b

To te meeeega wysokie palmy!

0418161822

0418161823a_HDR

0418161829a

0418161832

0418161834h_HDR

0418161840_HDR

 

This calmness…

A video posted by Aga Kirchner (Wężowska) (@gusiek.w) on

(To powyżej na instagramie to krótki filmik, który możecie odtworzyć klikając na obrazek.)

Następnego dnia Nate chciał wjechać na jeden z wulkanów, bo jest taka opcja, by sobie popatrzeć na wszystko z góry i w ogóle. Widoki tam są piękne. Problem polegał na tym, że jest tam bardzo, bardzo wysoko, a więc i dość zimno, a my nie za bardzo mieliśmy ciepłe ciuchy. Poza tym było pochmurnie. W necie pisali, że i tak byłoby sporo widać, ale końcowo postanowiliśmy zrobić coś innego. Pojechaliśmy więc na plażę o nazwie Big Beach. Mieści się ona w okolicy, która jest dość bogata i nawet nie trzeba sprawdzać cen domów (ja to zrobiłam), by to wiedzieć – wystarczy popatrzeć dookoła. Jest tam też centrum handlowe z samymi sklepami w stylu Prada czy Chanel i parking pod tym centrum jest płatny. Na plaży nie było jakichś mega tłumów, co było super! Było za to mega upalnie i słońce nieźle waliło. Usiedliśmy sobie w cieniu na jakiś czas, połaziliśmy trochę, potem zatrzymaliśmy się w sklepie spożywczym, by coś zjeść (sklep nazywał się Down to Earth – genialny!) i potem na lotnisko.

 

0419161220

Widok z naszego hotelu na wulkan, na który można wjechać. Nocowaliśmy w Maui Seaside Hotel. Fajne miejsce, bo w okolicy ma wszystko, co potrzebne (łącznie z lotniskiem), nie jest drogie i ma dobry standard.

0419161403

Wailea Alanui Dr

0419161459

Big Beach

0419161459_HDR

To jest moje ulubione zdjęcie z całego wyjazdu :).

0419161525_HDR

0419161528

<3

0419161530

0419161533

0419161534

0419161534b

0419161537c

0419161536

0419161609

0419161615a

Świeży kokos! Pyszka.

0419161620

 

Podróż samolotem z noworodkiem.

Kiedy dziecko może lecieć

Ogólnie nie ma żadnych przeciwskazań do latania z nawet bardzo małym dzieckiem, o ile jest zdrowe. I mówię tu nie tylko o regulacjach prawnych, ale też po prostu o ewentualnych zagrożeniach zdrowotnych czy jakichkolwiek innych dla dziecka. Oczywiście jest zagrożenie, że samolot się rozbije, ale wtedy to już nikt na pokładzie niczym by się nie martwił ;). Linie lotnicze, które sprawdzałam z ciekawości, zezwalają noworodkom na podróżowanie i tylko jedna z nich miała limit – dziecko musi być starsze niż 2 dni. Delta np. ma zasadę, że jeśli dziecko jest młodsze niż 2 tygodnie to trzeba mieć papierek od lekarza, że może lecieć, ale nikt nas o nic nie pytał. Warto jednak sprawdzić w linii, którą lecicie na wszelki wypadek w razie, gdyby trafił się pracownik, który jednak będzie drążyć temat. Dotyczy to noworodków, nie dotyczy starszych dzieci.

 

Bilety, wózek, fotelik samochodowy

Bilety mieliśmy dwa, czyli dla mnie i dla Nathana. April dopisana była do biletu Nathana jako „infant in arms”, czyli dosłownie „niemowlę w ramionach”. Za dzieci płaci się wtedy, gdy mają swoje własne siedzenie, w tym przypadku musielibyśmy mieć dla niej fotelik samochodowy. Ale że nie mieliśmy, to zmienialiśmy się po prostu i leżała sobie na naszych kolanach za darmo. Jest jakaś granica wiekowa jeśli chodzi o trzymanie dziecka na rękach, ale nie wiem jaka.

Mieliśmy wózek, który oddaliśmy za darmo tuż przed wejściem do samolotu i odebraliśmy go tuż po wyjściu z niego. Na szczęście nic się z wózkiem nie stało, a troszkę się martwiłam, że coś się zniszczy. Na pokład samolotu oprócz bagażu podręcznego i torebki mogłam też wnieść dodatkowo laktator, który nie liczy się jako bagaż (przypominam, że mówię o Delcie).

 

Kontrola bezpieczeństwa

W Atlancie April spała sobie w wózku i strażnicy wskazali nam specjalną kolejnę dla ludzi niepełnosprawnych oraz rodziców z wózkami, czyli mogliśmy ominąć cała kolejkę tak naprawdę. Przeszliśmy sobie więc i do kontroli bezpieczeństwa musieliśmy oczywiście stanąć tak, jak i cała reszta. Wzięłam April na ręce i przeszłam przez wykrywacz metali, zamiast przez to takie inne urządzenie, które robi skan całego działa. Nathan przeszedł za mną. W torbie miałam dwie butelki z mlekiem na wszelki wypadek i nikt nic nie sprawdził. Rodziny z dziećmi do samolotu mogą wejść jako pierwsze, nawet przed ludźmi z pierwszej klasy.

Przed każdym kolejnym lotem miałam April w chuście i tak też przechodziłam przez kontrolę – nie musiałam jej wyjmować i również przechodziłam tylko przez wykrywacz metali.

Rama wózka była brana przez strażnika, bo nie mieściła się na taśmie i sprawdzali ją po drugiej stronie, natomiast druga część kładziona była normalnie na taśmie jak reszta bagaży.

 

Co ze sobą zabrać

Na pewno pieluchy i chusteczki nawilżające :). Jakieś ściereczki i zwykłe chusteczki też się przydadzą. Kocyk, bo w samolocie może się zrobić chłodno. Coś na przebranie dla dziecka i dla siebie, na wszelki wypadek. Ja zapomniałam wsadzić w torbę podręczną koszulki dla mnie i pożałowałam, gdy April ulało się trochę więcej niż „trochę”. Polecam zabrać poduszkę do karmienia, jeśli taką macie, bo ona naprawdę ułatwia życie tak mamie, jak i bobasowi. Jeszcze bardziej polecam wzięcie jakiejś chusty lub nosidełka i trzymanie w nim dziecka – genialna sprawa!  Nie tylko dlatego, że dzieci lubią w nich siedzieć, uspokajają się i zasypiają, ale też dlatego, że ludzie nie będą wyciągać rąk, by dotykać Wasze dziecko, a nawet jak będą, to łatwo jest szybko zrobić unik. Dobrze jest mieć ze sobą jakaś apteczkę na wszelki wypadek. Dla takiego maluszka wbrew pozorom wcale nie trzeba dużo, a jeśli dzieci są na etapie, gdy bawią się zabawkami to dodatkowo warto wziąć coś, co lubią lub jakieś książeczki do czytania, by miały się czym zająć.

 

Jak April zniosła podróż + kilka dodatkowych rad

Oczywiście nie mogę powiedzić, że w ogóle nie płakała, bo bym skłamała, a poza tym sami wiecie – dzieci płaczą ;). Ale zawsze jest jakiś powód, więc przynajmniej tyle dobrze, bo wystarczy go poszukać. Ogólnie nie mieliśmy żadnych problemów z April. Najgorzej było, jak mieliśmy tylko godzinę na przesiadkę, bo akurat wtedy nie dość, że się załatwiła do pieluchy to w dodatku była głodna, a nie mieliśmy czasu zatrzymać się nigdzie przed odlotem, więc wtedy wręcz wrzeszczała większość czasu, aż w końcu wsadziłam moje rzeczy do wózka i zaczęłam ją karmić idąc jednocześnie dalej. Karmienie piersią w biegu nie jest najprostszą czynnością, powiem Wam szczerze, ale warto. No i jak idziecie tak z krzyczącym bobasem to wszyscy się na Was gapią i ja w sumie nie spotkałam się ze spojrzeniami pełnymi złości czy irytacji ani nic takiego, tylko bardziej z zastanowieniem i współczuciem ;). Jeśli boicie się „co ludzie powiedzą” to musicie się uzbroić w jakąś taką siłę, by nie czuć się winnym za to, że Wasze dziecko płacze, by nie czuć wstydu i nie przepraszać wszystkich po kolei. Ja na szczęście nie miałam z tym problemu, ale rozumiem, że może to być trudne.

0416162203Mała płakała tylko właśnie w czasie przesiadki lub gdy samolot stał w miejscu. Spała całą resztę czasu, zasypiała od razu gdy samolot zaczynał kołować i budziła się, gdy wysiadaliśmy. Tzn. oczywiście były pobudki w czasie lotów na jedzenie czy zmianę pieluch, ale generalnie spała cały czas. Wpływ na to miał na pewno jej wiek, bo 2-tygodniowe noworodki zazwyczaj śpią non stop. Ale na pewno zadziałały też dźwięki, jakie samolot wydaje. Jeśli boicie się, że dla Waszego dziecka będzie za głośno to właśnie wręcz przeciwnie, bo gdy bobasy są w brzuchu mamy, to jest tam bardzo głośno. Słyszą serce, układ trawienny, oddychanie, krążenie krwi i inne dźwięki, jakie wydaje nasz organizm, a poza tym gdy kobieta w ciąży się rusza to usypia tym dziecko, które nosi w środku. Dlatego też ten charakterystyczny hałas w samolocie oraz to, że jest w bezustannym ruchu uspokaja dzieci, bo przypomina im o tych fajnych czasach w brzuchu mamy, więc szybko zasypiają i śpią długi czas. W czasie jednego lotu mieliśmy naprawdę spore turbulencje i jakby ktoś nie miał zapiętych pasów, to zwyczajnie podskoczyłby do góry, a April nie obudziła się nawet na moment.

Nie miała problemów z uszami, a przynajmniej nic o tym nie wiem. W ciągu paru startów po prostu spała, innym razem jadła, więc wszystko było ok. Podanie dziecku piersi / smoczka / butelki wyeliminuje ryzyko problemów z zatkanymi uszami, ale warto zacząć, gdy samolot zaczyna kołować i nie zostawiać na ostatnią chwilę. Ja sama zazwyczaj żuję gumę lub ssę jakiegoś cukierka, bo jak tego nie zrobię to później zatkane uszy mam przez kilka dni (!) i nic mi nie pomaga, a uwierzcie, że próbowałam wszystkich sposobów.

Jeśli chodzi o wybór miejscówek to polecam miejsce przy oknie, bo będziecie mieli więcej miejsca z dzieckiem, niż jakbyście byli po środku.

Karmiłam piersią tak na lotniskach, jak i w samolotach, niezależnie od tego czy siedzieliśmy sami, czy ktoś był obok nas. Nie zakrywałam się, bo nie czułam takiej potrzeby, a poza tym nie chcę narzucać nic na twarz April z kilku powodów, np. ona teraz staje się coraz bardziej ciekawa wszystkiego i często rozgląda się dookła podczas jedzenia. Nikt krzywo na mnie nie patrzył, nikt nie zwrócił uwagi. Wszyscy tylko zachwycali się tym, jaka April jest urocza i malutka ;). Nikt nie powiedział, że ja ładnie wygląda… Haha! No. Także tak. Generalnie linie lotnicze w Stanach zezwalają na karmienie piersią oraz na ściąganie pokarmu laktatorem, więc jakby ktokolwiek z pasażerów zwrócił mi uwagę, to i tak nie miałby ku temu podstaw i powiem Wam szczerze, że wysłuchałabym, ale nie przejęłabym się. Dodatkowo, nie wiem jak jest w Polsce, ale w Stanach prawo federalne zezwala kobietom na karmienie dzieci w miejscach publicznych bez zakrywania się, więc jakby któraś z Was spotkała się z jakąkolwiek nieprzyjemnością tutaj w USA to wiecie, jak się bronić :).

Myślę sobie, co jeszcze dodać i na chwilę obecną nie wiem… Poczekam jeszcze parę minut i może coś mi wpadnie do głowy. W międzyczasie ugotuję coś do jedzenia na później.

A! Jeszcze taka mała rada na koniec – nie wstydźcie się prosić innych o pomoc. My trafiliśmy na super ludzi i niektórzy z nich, nie tylko załoga ale też pasażerowie, sami oferowali pomoc z bagażami i tak dalej. Jeśli jednak nikt nie zaoferuje, a Wy nie macie rąk, by np. złożyć wózek, to nie bójcie się poprosić kogoś o to, by pomógł. Jak odmówi to odmówi, ale znajdzie się ktoś inny, kto się zgodzi. Tym bardziej jeśli chodzi o pracowników – oni po to tam są, by pomagać.

Podsumowując – trochę się stresowałam tym wszystkim, ale teraz myślę, że nie miałam czym, bo podróż z 2 i później 3-tygodniowym dzieckiem okazała się bardzo łatwa. Oczywiście trudniej byłoby, gdybym była sama, ale teraz wiem, że jak będę lecieć z April do Polski, to nie będę brała bagażu podręcznego. Wezmę tylko dużą walizkę, którą odprawię, wózek, plecak z rzeczami, które przydadzą mi się podczas lotu i poduszkę do karmienia. W ten sposób April będzie w chuście, ja będę miała najpotrzebniejsze rzeczy w plecaku (bo torbę ciężko założyć na ramię, gdy ma się chustę z dzieckiem na sobie), a poduszkę w ręku. I będzie spoko :).

 

Zaznaczam, że wszystko, co napisałam podparte jest na naszym własnym doświadczeniu, które może różnić się od Waszego.

 

Jeśli macie jakiekolwiek pytania, to piszcie śmiało w komentarzach.

 

Do następnego!

Aga

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram
SHARE
  • ohalaska

    ale Wam zazdroszcze! :3
    jeszcze jakiś czas temu czytałabym Twój post ze szczęką na podłodze z jednego powodu: nie byłabym świadoma, że wszystkie ogarnięte matki XXI wieku – nie traktują dzieci jak problemu i powodu do siedzenia w domu. Tak jak pisałam gdzieś wcześniej: w bliskiej rodzinie urodziło mi się dziecko mniej więcej wtedy gdy urodziła się April i teraz widzę, że to normalne, że z dzieckiem robi się WSZYSTKO co się tylko chce 😀 trzeba mieć tylko mózg, chęci i dobrze się do tego przygotować 🙂 Moja kuzynka tydzień po cesarskim cięciu zostawiła dziecko z jego ojcem, wsiadła do samochodu i pojechała do Kościoła się odstresować 😀 wszyscy, których spotkała, dziwili się mocno, że JAK TO???? JAK TO MOŻLIWE???? TYDZIEŃ PO CESARSKIM CIĘCIU? a no możliwe, tylko trzeba chcieć ;D
    Mam wrażenie, że mało Cię czyta takich matek-polek rodem z XIX wieku (albo po prostu nie dodajesz ich komentarzy :D) ale ciekawa jestem, gdyby więcej ich się tu udzielało, ile z nich zjadłoby Cię żywcem za położenie April na pieluszce i na piachu! przecież to PIASEK a April miała wtedy 3 tygodnie! powinna leżeć w wysterylizowanym łóżeczku, w domu, w czapeczce a najlepiej to w futrze 😀 a potem zdziwienie, że dzieciaki chorują a matki pierwszy razy wychodzą na dwór po 2 miesiącach życia dziecka i to tylko jak jest piękna pogoda ;D

    • Aga

      Wiesz, ja rozumiem doskonale to, że rodzice martwią się o swoje dzieci, chcą dla nich jak najlepiej, chcą je chronić i tak dalej. Z drugiej strony jednak pojawia się to, o czym piszesz. Według mnie to jest spowodowane nieświadomością. Ludzie myślą, że np. noworodkom jest wiecznie zimno i gdy oni chodzą w krótkich rękawkach i szortach, dzieci dalej ubierają w koce i czapeczki – ogromny błąd. To samo z wychodzeniem z domu… Niedawno chciałam się spotkać z pewną dziewczyną, która urodziła syna i powiedziała mi, że ona wyjdzie z nim gdziekolwiek dopiero po 5 tygodniach jego życia, a przez pierwsze 3 tygodnie nie pozwalała nikomu ich odwiedzić, bo bała się, że jej dziecko zachoruje. I takim czymś prędzej zaszkodzi temu dziecku niż pomoże. My na drugi dzień po urodzeniu April musieliśmy wrócić z nią do szpitala na dodatkowe badanie, a w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na lunch. Nie wyobrażam sobie sama siebie zamknąć w domu na tyle czasu!
      Mnie Twoja kuzynka nie zaskoczyła i powiem nawet, że podoba mi się, że sobie wyszła sama 🙂
      A co do komentarzy to akceptuję wszystkie 🙂

  • Natalia

    Wow dzieki! Super notka! To ja dopytywalam sie o podróz zz noworodkiem; generlanie juz jakis miesiac temu stwierdzialm ze szkoda ze nie ruszylam gdzie s z mezem jak mała jeszcze nie raczkowała i własnie spała cały czas, teraz to naprawde nie wiem jak ta podróz bedzie wygladac:) Na szczescie tez karmie piersia wiec w kazdej chwili mozna nakarmic i uspokoic zarazem malucha:)
    Pozy April i jej minka przy spaniu sa przeeeecudne! Juz zapomniałam jak to jest z takim malenstwem! Teraz Ty bedziesz mi przypominac:)

    • Aga

      Bardzo proszę :). Właśnie uważam, że latanie z takim malutkim bobasem jest o wiele łatwiejsze niż ze straszymi dziećmi, które już nie śpią tyle, ale jestem pewna, że sobie poradzicie i będzie ok! No i życzę udanego wyjazdu!
      Też podobają mi się jej miny :))

  • Ag

    Czytam Twojego bloga od kilkunastu miesięcy, przeczytałam wszystkie posty i naprawde wedlug mnie wygralas zycie 🙂 Sama jestem tegoroczna maturzystka, juz prawie po egzaminach, mam watpliwosci co do matematyki ale wyksztalcenie srednie jest… od ok. 3 lat mysle o programie au pair, od dziecka marzylam o zwiedzeniu USA i poznaniu kultury… ale jest we mnie pewna wewnetrzna obawa, kazdy doradza cos innego. Nie mam pojecia na jaki mialabym isc kierunek studiow, wiekszosc mowi, ze lepiej isc na Uniwersytet itp i ze nie zostawiliby rodzicow i przyjaciol i ze pozniej bede zalowac i wroce do Polski z podkulonum ogonem. Jesli juz mialabym wyleciec to bylby to listopad, jaka jest opinia na Twoj temat? Po czesci utozsamiam sie z Toba „przed USA” mialam przykre doswiadczenia w szkole itp. i lubie Twoje podejscie do zycia… jechac czy nie jechac?

    • Aga

      Cieszę się, że tak wciągnął Cię mój blog 😀 Powodzenia z maturą!
      Mnie się wydaje, a raczej jestem pewna, że ta „wewnętrzna obawa”, która myślisz, że jest w Tobie, wcale nie istnieje. To nie są Twoje obawy i Twoje rozmyślenia, tylko obawy Twoich bliskich i znajomych, którzy Ci to wszystko wpychają do głowy. Skoro nie masz pojęcia na jaki kierunek miałabyś iść to idąc na cokolwiek, szła byś na siłę, bo tak wypada, bo tak Ci doradzili inni. I nie czerpałabyś z tego przyjemności, marnowałabyś czas i energię, może i pieniądze. Rozumiem, że jest bardzo dużo ludzi, którzy nie zostawiliby rodziców i przyjaciół, ale czy to jest naprawdę zostawianie ich? Przecież wyjeżdżając mało kto urywa kontakty z innymi, w dobie internetu można utrzymywać naprawdę dobre relacje z kimś, kto jest kilka tysięcy kilometrów dalej. Moja rada jest taka, żebyś pamiętała o tym, czego Ty chcesz, o czym marzysz, czego chcesz od życia. Ludzie Ci doradzają z różnych powodów – jedni chcą dobrze i martwią się, a inni są zazdrośni i nie chcą, byś osiągnęła to, co chcesz. Ich zdanie, ich opinie i zmartwienia mogą się bardzo różnić od Twoich i według mnie nikt nie ma prawa narzucać Ci nic. Mogą podzielić się swoim zdaniem ,ale to, jaką podejmiesz decyzję zależy TYLKO od Ciebie :).

  • MP

    Agnieszko, czytam Twojego bloga od samego początku i mam jedno pytanie, które bardzo mnie nurtuje. Przepraszam, jeżeli uznasz że jest za prywatne i nie chcesz na nie odpowiadać to jak najbardziej zrozumiem. A więc: co takiego się wydarzyło, że nie chcesz utrzymać kontaktu z nikim tylko Twoją siostra? Co takiego stało się między Tobą a Twoim tatą?
    Życzę Waszej piękniej rodzince zdrowia przede wszystkim bo szczęśliwi już jesteście! 😀

    • Aga

      Po pierwsze, nie musisz przepraszać :). Ciekawość rzecz ludzka, a ja zawsze powtarzam, że możecie pytać o cokolwiek, a ja później po prostu zdecyduję na co odpowiem, a na co nie.
      Co się wydarzyło… Pierwsza odpowiedź, jaka przyszła mi do głowy to: wydarzyło się całe życie po śmierci mojej mamy. Nie ma to sensu za bardzo, wiem. Ciężko jest mi odpowiedzieć na to pytanie w taki sposób, żebyś wiedziała o co chodzi, żeby nie powiedzieć zbyt wiele oraz żeby nie rozpisać się na kilkanaście stron kartki A4… Mówiąc ogólnie, nie czułam żadnej miłości i żadnego wsparcia przez zdecydowaną większość mojego życia, nie pamiętam żadnego uścisku ani pomocy. To, co pamiętam to kłótnie i sprawianie, że moja samoocena spadła poniżej zera. Ja nie chcę mieć tego typu ludzi w moim otoczeniu.
      Może kiedyś napiszę o tym trochę więcej.
      Dziękuję!! 🙂

  • Ola

    Hej. Ja nie na temat ale tak czytałam te Twoje pytania i odpowiedzi i jednak masz tam błąd . 🙂
    „Tak obywatel któregokolwiek kraju europejskiego, jak i obywatel Ameryki może studiować/mieszkać/pracować w Europie, więc nie widzę konieczności posiadania polskiego obywatelstwa w celu ewentualnego studiowania w Polsce czy w jakimkolwiek innym kraju.”
    Niestety nie mogę się zgodzić. Mam koleżankę która już jest w Ameryce nie nie wiem ile. I ma męża Amerykanina. Bardzo chcieli mieszkać w Europie a że on zna tylko angielski padło na UK. Ona chciała pracować on chciał w tej UK studiować. Niestety nie dostał wizy studenckiej i o mieszkaniu w UK musieli niestety zapomnieć.
    Nie mówię tego w kontekście tego, że Twoja córka nie będzie mogła bo mi to koło tyłka lata i ona będzie robiła co chciała. Chodziło mi tylko o tą informację że każdy może w Europie studiować. Aczkolwiek zaznaczę że sytuacja ta miała miejsce 3 lata temu. Nie wiem co dzieje się z wizami aktualnie.

    • Aga

      Oczywiście! Wizy lub wszelkie inne pozwolenia na pracę/pobyt stały dotyczą wszystkich. Przecież obywatel Polski też musi mieć odpowiednie dokumenty, by legalnie pracować i mieszkać dłużej niż ileś tam miesięcy w Niemczech, Anglii czy w przypuszczam każdym innym kraju. Nie zmienia to faktu, że każdy może się o to starać 😀

      • Ola

        Od 2011 roku Polscy nie potrzebują żadnego pozwolenia aby legalnie pracować/mieszkać w Niemczech (jak i w innych krajach UE) (wiem sama w DE jestem ) tak jak od 2014 nie potrzebują go Rumunii czy Bługarzy. Ale tak starać się może każdy. 🙂
        Mam nadzieje ze wiesz o co mi chodziło 🙂 To nie miało być tylko do Ciebie ale ogólnie.

      • Aga

        A to tego nie wiedziałam, bo oglądając różne vlogi zawsze wpadały mi w uszy teksty o potrzebnych dokumentach i tak dalej. Widać przedawnione informacje. Zwracam honor :D. Wiem, spoko. Nadal nie zmienia to jednak mojego zdania dotyczącego nauki polskiego, jakby ktoś się tu jeszcze zastanawiał :).

  • Pamiętam swój pierwszy przylot do Stanów. Aż łezka się w oku kręci. Tyle wspomnień.

    • Aga

      Ja też nigdy tego pierwszego lotu nie zapomnę!