Powiecie mi, jak to jest mieć wsparcie u innych?

Kilka dni temu rozmawiałam o tym z Nathanem i tak sobie myślę teraz… Bo wiecie, ogólnie to, co dzieje się w moim życiu teraz jest super i tak dalej, ale jak się tak spojrzy w przeszłość, to uśmiech znika z twarzy. Ja, jako 24-letnia Agnieszka, pogodzona jestem z wielona rzeczami w tym momencie, natomiast jak wrócę pamięcią do mnie jako załóżmy 9, 12, 15-letnia dziewczyna, to wszystko jest nie tak.

Wiecie, co słyszałam przed wylotem do USA? Że po co ja w ogóle lecę, że sobie nie poradzę, że wrócę z płaczem, że to przecież ciężka praca zajmować się dzieckiem, że się nie nadaję, że powinnam się siostrą opiekować (siostra ma 22 lata, jakby ktoś nie wiedział), itd. Gdy robiłam prawo jazdy (ze względu na program au pair) to słyszałam, że tylko marnuje czas i pieniądze, bo i tak nie zdam i po co mi to wszystko, to całe zamieszanie i ten stres. Kiedy jeździłam na koncerty i inne wydarzenia to słyszałam, że mogłabym się wziąć za coś ważniejszego i poważniejszego, a nie latam „jak głupia” po Europie. Natomiast gdy na pytanie czy zdaję maturę odpowiedziałam, że nie to słyszałam, że jestem leniem, że w ogóle nie myślę, że ludzie będą mnie wytykać palcami, nigdy nie znajdę pracy no i przecież „na studia każdy powinien iść”.

Dlatego prawo jazdy dokończyłam nie mówiąc nikomu i tak samo było z procedurą aplikacyjną do programu au pair – dokończyłam nie dając żadnych znaków mojej rodzince. Ogólnie o wylocie wiedziało tylko kilka osób i nie chciałam rozgadywać dalej. A jak wylatywałam to wyszłam z domu przed 4 nad ranem razem z moją siostrą, gdy reszta domowników spała i nie miała pojęcia, że wyniosłam się na drugi koniec świata. I nie czułam się z tym ani trochę źle. Co więcej, uważam, że to było najlepsze, co mogłam zrobić w tamtej sytuacji.

Po przylocie tutaj nie raz obijało mi się o uszy to, że niektórzy z mojej „rodziny” uważają, że jestem niewdzięczna, że nie pomagam, że leżę i pachnę i niczym się nie muszę martwić, że ogólnie jestem najgorsza.

Czy ja w ogóle wiem co to znaczy mieć wsparcie u kogokolwiek? Tak, wiem. Takie prawdziwe wsparcie poczułam dopiero tutaj, gdy poznałam Nathana. Oczywiście wcześniej było kilka osób, które życzyły i nadal życzą mi jak najlepiej, ale zawsze mi czegoś brakowało. Takiego mega ciepła, zrozumienia i poczucia, że naprawdę wszystko jest ze mną okej, że moje decyzje są najlepszymi decyzjami, jakie mogłam podjąć sama dla siebie, i że nie jestem „leniwym, głupim i złym człowiekiem” tylko dlatego, że walczę o swoje własne życie. Bycia pewną, że nawet, gdy Nate ma inne zdanie na jakiś temat, to nie zacznie mnie pouczać, tylko wysłucha tego, co ja mam do powiedzenia.

Także teraz mam takie dwa życia trochę, jak już wspomniałam na początku.

Jednym jest to, że jestem tu i teraz, mam rodzinę, dziecko w drodze, układa nam się, robię kilka innych rzeczy i jest super. Nie martwi mnie to, że nie mam kontaktu z rodziną, że ostatnią wiadomością od osoby, która teoretycznie powinna być jedną z najbliższych było: „kup mi telefon i wyślij, bo tam taniej”. Nie przeszkadza mi to, co o mnie myślą i mówią, bo wielu z nich jest zwyczajnie zazdrosna i zawistna. Mówię Wam całkowicie szczerze, że jak się żyje tu i teraz, po wcześniejszym rozwiązaniu wszelkich konfliktów i wygadaniu się, żyje się o wiele lepiej! Oczywiście nie mówię o tym, że nie powinniśmy mieć wspomnień ani nic z tych rzeczy, ale o tym, że wydarzenia z przeszłości, które nadal siedzą nam w głowie, blokują nam przyszłość… A teraźniejszość się gubi.

Drugie życie to taki obraz mnie zanim tu przyleciałam, a szczególnie z okresu nastoletniego, gdy z siostrą byłyśmy właściwie całkowicie pozostawione samym sobie. Oczywiście byłyśmy tam, gdy trzeba było się na nas trochę podenerwować, trochę pokrzyczeć, pokłócić się i tak dalej, ale gdy my czegoś potrzebowałyśmy? Nagle wszyscy znikali. Wiecie, co kiedyś usłyszałam od innej osoby, która również teoretycznie powinna zaliczać się do tych najbliższych? Dokładnie to: „bardziej kocham Dorotę (moja siostra), bo jest bardziej podobna do waszej mamy”. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak takie coś zostaje w głowie i chociaż teraz nie boli mnie to już, to zdecydowanie ograniczyłam kontakt z osobą, która to powiedziała, tłumacząc wcześniej wszystko jak na spowiedzi. Takie nie zwracanie uwagi jest bardzo, ale to bardzo trudne i doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Czasem dużo trzeba zrobić, by się udało… W moim przypadku takim czynem ostatecznym był wylot na drugi koniec świata. Wiem, że gdybym została, to wsiąkałabym w tę toksyczność bardziej i bardziej.

Cieszę się, że wszystkich niedowiarków i zazdrośników kopnęłam w tyłek!

Wiem, że to będzie mega banalne, co teraz powiem, ale napiszę to mimo wszystko… Nie poddawajcie się, gdy inni rzucają Wam kłody pod nogi. Oni zawsze mają w tym jakiś cel – zazwyczaj głęboko ukryty. Cieszą się, gdy widzą, jak Wy cierpicie i jak powoli schodzicie głębiej i głębiej, aż w końcu zamkniecie się w sobie i – co gorsza – zaczniecie robić dokładnie to, czego od Was chcą. Nie ma NIC złego w tym, by mieć swoje własne zdanie, które jest odmienne od zdania wszystkich innych ludzi nawet wtedy, gdy ci inni to Wasi rodzice czy inni bliscy, o ile takich macie.

Żyjcie swoim własnym życiem, spełniajcie się i róbcie to, na co macie ochotę nawet, jeśli oznacza to pracę w sklepie odzieżowym do końca życia, jeśli to jest to, co uwielbiacie robić :).

No, a zebrało mi się tak na to wszystko nie tylko dlatego, że, jak pisałam na początku, rozmawiałam o tym z Nathanem. Również dlatego, że dziś (piątek, bo nie wyrobiłam się z postem wczoraj… tzn. nie wyrobiłam się w polskim czasie) mam 24. urodziny, więc lekka nostalgia mnie złapała :). Także wszystkiego najlepszego dla mnie!

 

 

The newest and maybe the last pic with my almost 38 week old #BabyBump ! 👶 By the way, it’s 77°F (25°C) today ☀

A photo posted by Aga Kirchner (Wężowska) (@gusiek.w) on

 

Do następnego!

Aga

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram
SHARE