Niespodziewana nocna wizyta w szpitalu…

Ostatnia noc była dość ciężka i ogólnie cały dzień niezbyt ciekawy, dlatego też nie dodałam nic tutaj, bo nie mogłam jakoś się skupić na niczym. Ale spoko, wszystko jest w porządku!

Wczoraj nie czułam ruchów mojej małej przez dłuuuugi czas. Zrobiłam więc wszystko to, co powinnam, czyli zjadłam duży posiłek, położyłam się wygodnie na łóżku w ciszy, wypiłam całą szklankę lodowatej wody i takie tam… I nic. Wiem, że to zawsze działa i zawsze, gdy piję coś zimnego, to ona od razu zaczyna się ruszać. No więc ja zaczęłam się martwić, ale to było takie dziwne, bo dzień wcześniej była niesamowicie ruchliwa. Poczekałam jeszcze parę minut i zadzwoniłam do gabinetu lekarskiego, wzięli ode mnie informacje i czekałam na telefon od jakiegoś doktora. Oddzwoniła do mnie pani, która po usłyszeniu co się dzieje powiedziała, że „nie czeka się tak długo, musisz jechać do szpitala!”, więc nie dość, że już wcześniej się martwiłam, to w dodatku jeszcze jej tekst sprawił, że zaczęłam się czuć winna, co naprawdę mi się nie podobało. Zawołałam więc Nathana i powiedziałam mu, że musimy pojechać. On się ogarnął, Alicię odwieźliśmy do Margie i pojechaliśmy do emergency room, z którego skierowali nas na oddział położniczy. To było ok. 10 wieczorem.

Powiem Wam szczerze, że byłam przerażona i płakałam jak głupia, bo nie wiedziałam, co się dzieje i oczywiście najgorsze scenariusze zaczęły mi przychodzić do głowy… Czasami zdarzało się tak, że ruszała się mniej czy też z mniejszą siłą niż innym razem, ale zawsze sporo czułam, więc wczoraj było zupełnie inaczej.

Położyli mnie w jednym z pokoi porodowych i dali różne dokumenty do wypełnienia i to akurat dobrze się złożyło, bo nie będę musiała się rejestrować w szpitalu, gdy będę jechała rodzić, gdyż to jest już zrobione. Przebrałam się w jedną z tych ich koszul i położyłam się na łóżku. Pielęgniarka zadała mi miliony pytań, ale to w sumie oczywiste, zbadała temperaturę i ciśnienie – wszystko było w porządku. Później podpięła mnie do urządzonka śledzącego mój puls oraz założyła dwa pasy na brzuch (coś jak TUTAJ). Jeden śledził bicie serca dziecka, a drugi moje ewentualne skurcze. Najgorszym momentem było czekanie na to, aż pielęgniarka znajdzie bicie serca, bo nie mogła go znaleźć… To był stres, powiem Wam. Ale udało się, więc oboje z Nathanem poczuliśmy ogromną ulgę.

I później wszystkie wykresy były super, nic się nie działo. Małej czasami podskakiwało serduszko do 165 uderzeń, ale lekarka powiedziała, że tak się czasami zdarza i to normalne, tym bardziej, że większość czasu było w normie. To tak, jak nam czasem podskakuje. Tak więc jej wykres był super. Mój puls też. I ostatnim wykresem był ten do skurczy matki i okazało się, że miałam jakieś delikatne co ok. 6-7 minut, więc była opcja, że chcieli sprawdzić czy mam jakiekolwiek rozwarcie, ale później owe skurcze ustały, więc stwierdzili, że nie ma potrzeby. Miałam jeszcze USG i wszystko jest super. Pani pokazała nam, że mała ma sporo włosków na głowie! Nie wiedziałam, że coś takiego można zobaczyć :D. No i ruszała się jak wariatka, ale właśnie czułam głównie jej czkawkę, którą akurat wtedy miała, a nie takie typowe ruchy, jak zazwyczaj. Pani powiedziała, że miała pacjentkę tego samego dnia, której dziecko ruszało się tak samo, jak moje, a ona nie czuła nic. Dziwne, nie? No i teraz wiem, że to, co sprawia mi ten ogromny ból w żebrach to nie jej głowa, tylko tyłek. No i nogi też czasem pewnie, jak się próbuje wyprostować. Co oznacza, że jej głowa jest na dole, więc pozycja super. I to by było na tyle w sumie.

Długo czekaliśmy na panią doktor, bo akurat robiła cesarskie cięcie, więc do domu wróciliśmy ok. 2 w nocy, a do szpitala mamy 15-20 minut drogi, więc trochę się tam zeszło.

Także no… Była panika, ale wszystko jest w porządku :). Dzisiaj czuję ją już normalnie i mam nadzieję, że taka sytuacja się więcej nie powtórzy. Plusem jest na pewno to, że teraz wiem, że ludzie pracujący tam są naprawdę fajni, otwarci i pozytywnie nastawieni, więc to dobre informacje na później.

Jako że dokumentuję moją ciążę, to i tym chciałam się podzielić. A teraz kończę… Wstałam o 11, jest 1pm, na dworze leje i jest strasznie szaro, a ja znowu czuję, że zasypiam, więc idę się położyć.

Na zakończenie dodam filmik z 25. tygodnia, czyli nieco ponad 5 tygodni temu. I te włoski na brzuchu to jeden z uroków ciąży, o których wspominałam w TYM poście ;).

Do następnego!

Aga

PS. Tak, będą też posty nie związane z ciążą, spokojnie :D.

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram
SHARE
  • Justyna

    Dobrze ,że wszystko skończyło się dobrze 🙂 Buziaki :*

    • Aga

      🙂

  • Ala

    Te „dwa pasy na brzuch” to badanie KTG 🙂

    • Aga

      Chciałam wyjaśnić obrazowo, bo pomyślałam, że zanim zaszłam w ciążę to nie wiedziałam, że wygląda to akurat w taki sposób, więc na wypadek jakby ktoś inny nie wiedział, to ma fotkę 😀

  • Annimula

    Wiesz, tez miałam taka historie gdy byłam w ciąży – dokładnie to samo. Nie czulam mojego synka ale na początku pomyślałam, ze to normalne, gdy jednak po wielu godzinach nadal sie nie ruszał to wpadłam w panikę i pojechałam do szpitala, z wyrzutami sumienia, ze jeśli coś się stało, to sobie nigdy tego nie wybaczę. Na szczęście, dzięki Bogu, wszystko było ok. Ale najadłam sie bardzo dużo strachu, tym bardziej, ze rok wcześniej w mojej rodzinie wydarzyła się podobna sytuacja, tylko niestety ze skutkiem tragicznym 🙁

    • Aga

      Ojej, no właśnie… :/ Ja też już czytałam o tego typu historiach. W takich sytuacjach trzeba po prostu reagować od razu, bo to nigdy nic nie wiadomo.

  • Maggie

    „Pamiętniki wampirów” w tle 😀

    • Aga

      Haha tak 😀