Wizyta w Chicago i Winnetka jako bonus…

… czyli wietrzne miasto i dom, w którym rodzina zostawiła Kevina samego ;).

Na początek takie ogólne info: leciałam linią Spirit, wylot w piątek o 10:35am i lot powrotny (planowany – o tym później) w poniedziałek o 12:35pm. Bilet w obie strony wyniósł mnie $175 (na początku były po $80 w obie strony, ale się grzebałam z zakupem :P). Bagaż rejestrowany $35 w jedną stronę, czyli $70 w sumie. Czyli podróż wyniosła mnie $245, co i tak było taniej niż inne linie na tamten czas na ostatnią chwilę. Na początku miałam być sama na noc z piątku na sobotę, bo Monika dolatywała dopiero w sobotę. W trakcie ogarniania wszystkiego Nathan powiedział, że też się wybierze, bo jego przyjaciel mieszka w Chicago, więc akurat okazja do spotkania. Dokupiłam mu więc bilet na ten sam lot z Atlanty, ale powrotny miał w niedzielę wieczorem.

Z Moniką miałyśmy kilka pomysłów na to, co chciałyśmy zobaczyć, ale ogólnie nie miałyśmy żadnego konkretnego planu. Po pierwsze dlatego, że po prostu nie zebrałyśmy się do zrobienia go, a po drugie bo przecież nigdy nie wiadomo co z pogodą w Chicago, więc ciężko ogarnąć co którego dnia i tak dalej. Nawet, jeśli temperatura u mnie i tam byłaby taka sama, to u mnie i tak byłoby cieplej, bo inaczej się to odczuwa i nie ma takiego wiatru. Napisałam post na Facebooku w grupie au pair i zapytałam tych, którzy tam mieszkają, jak się aktualnie ubierają. Dostałam odpowiedzi, by wziąć cieplejszą kurtkę i rękawiczki, a nawet czapka by nie zaszkodziła. Tylko jedna osoba napisała, że „nie jest tak źle”, ale cieszę się, że akurat tej nie posłuchałam, bo wzięłam najcieplejszą kurtkę, jaką mam i zmarzłam ;).

W piątek nic szczególnego nie zrobiliśmy, więc nie ma o czym pisać. Może oprócz tego, że prawie zamarzłam. W sobotę z rana pojechaliśmy na lotnisko odebrać Monikę, potem coś zjeść i później na miasto. Nathan prowadził auto, bo jak zobaczyłam, co tam się dzieje na ulicach, to się przeraziłam i powiedziałam, że ja NIGDY! Chodzi mi tu głównie o Downtown. Kierowcy przepychali się jak powaleni i w ogóle nie patrzyli czy ktoś jest obok/przed/za. Po prostu wjeżdżali przed maskę i koniec. Inni przejeżdżali na czerwonym świetle tak po prostu w momencie, gdy ludzie z ich prawej i lewej stronie mieli zielone i już jeździli! A jak wracaliśmy do hotelu w piątek ok. północy to dopiero był sajgon, bo nasz hotel był w samym centrum, a dookoła mnóstwo barów i jakieś kluby, co oznaczało ogrom taksówek. No ja myślałam, że dostanę zawału i to nie raz… Nigdy czegoś takiego nigdzie nie widziałam!

Dobra, wracając do soboty. Naszym pierwszym celem było Cloud Gate lub, jak kto woli, The Bean. Znajduje się to w bardzo fajnej miejscówce – obok Millenium Park razem z Harris Theater oraz Lurie Gardens, a obok tego ogromny Maggie Daley Park z GENIALNYM i olbrzymim placem zabaw dla dzieci, do którego prowadził mostek wyglądający jak długie zawijasy. Ten plac zabaw był najfajniejszym, jaki widziałam w życiu, a obok były nawet ścianki wspinaczkowe. Lubie Gardens natomiast żal super byłoby zobaczyć w wiosnę, kiedy wszystko kwitnie. Najwięcej turystów było pod Cloud Gate oczywiście i ciężko było znaleźć odpowiedni moment na zdjęcie, ale to nic, daliśmy radę. Łaziliśmy tam przez jakiś czas i w sumie trochę nam to zajęło, ale to też dlatego, że ja niezbyt szybko mogę chodzić, bo się za bardzo męczę. Pogoda w sobotę była całkiem fajna. Nie było co prawda zbyt ciepło, ale wiatr był mniejszy niż w piątek no i cały dzień świeciło słońce. Poniżej fotki ze wspomnianych miejsc!

DSC_1346

DSC_1348

DSC_1350

DSC_1351

DSC_1359

Millennium Park

DSC_1361

Znak mówi, mniej więcej, by nie chodzić po trawie. Zrobiłam zdjęcie, bo wygląda na to, że mało kto się przejmuje ;).

DSC_1363

Widok z Lurie Garden.

DSC_1369

To zrobione na moście o nazwie Nichols Bridgeway.

DSC_1370

Cloud Gate („The Chicago Bean”) i mnóstwo turystów dookoła.

DSC_1387

Kurtkę zdjęłam do zdjęcia, by lepiej wyglądać :D.

DSC_1391

DSC_1393 01

Chicago

DSC_1396

I po drugiej stronie z innym odbiciem.

DSC_1401

received_1108467032527420

received_1108467029194087

received_1108467099194080

Po tym Nate zostawił nas i poszedł do swojego kolegi, a my poszłyśmy na spacer po Lakefront Trail w kierunku Navy Pier. Było całkiem przyjemnie, pogadałyśmy co nieco o różnych sprawach, usiadłyśmy na ławce, by odpocząć. Podobało mi się to, że nie było tam aż tak tłoczno, bo o wiele fajniej się tak chodzi.

Jeśli chodzi o Navy Pier to byłam zawiedziona, bo w sumie to nic tam nie ma. Jeśli ktoś lubi łazić sobie mając wodę po jednej stronie, a budynek po drugiej i chce wydać trochę kasy na pamiątki to spoko. W przeciwnym razie raczej nie widzę sensu tam iść.

DSC_1402

Przypadkowa osoba na zdjęciu.

DSC_1404

DSC_1406

Lakefront Trail

DSC_1408

DSC_1409

Navy Pier

DSC_1411

Powiem Wam, że powrót był ciężki :P. Przeszłyśmy na drugą stronę, gdzie słońca już nie było, bo zaczynało zachodzić i było dość nisko, więc było nam masakrycznie zimno. Kurtka zapięta pod nos, kaptur na głowie, rękawiczki i jazda! No i musiałyśmy przejść tę samą drogę co wcześniej, tylko że po ciemku. Szłyśmy sobie mostem po drugiej stronie z trochę innym widokiem.

DSC_1413

Chicago River. Ten wysoki budynek po środku w głębi to słynne Trump Tower.

DSC_1417

received_1108536915853765

DSC_1420

No i w sumie tyle, jeśli chodzi o sobotę. Wróciłyśmy do tego samego miejsca, gdzie spotkaliśmy Nathana, jego kolegę i kolegę kolegi, i poszliśmy coś zjeść. W ogóle jak siedziałyśmy na Navy Pier to sprawdziłam komentarze pod zdjęciem, które dodałam na fejsa i jeden z nich mówił, że Kabaret Młodych Panów jest właśnie tego samego dnia w Chicago! Zapytałam czy przegapiłam występ, bo sprawdziłam od razu w internecie i nie było nic o Chicago i dostałam odpowiedź, że nie, że występują tego samego dnia o 7pm. Wtedy zegarek wskazywał jakoś 4:30pm, a jeszcze musiałyśmy wrócić i spotkać się z Nathanem (mieliśmy jedno auto w zupełnie innym miejscu). Strasznie się podekscytowałam, bo tak dawno ich nie widziałam i akurat traf chciał, że tego samego wieczora występowali akurat w tym samym miejscu, w którym ja byłam! Bardzo chciałam iść mimo tego, że bilety kosztowały aż $50 ;). Niestety, nie wyszło. Wszystko się przedłużało no i nie wyrobiłam się w czasie, bo byłam już tak wykończona i głodna, że nie było opcji, bym pojechała tam bez zjedzenia czegoś po ludzku. Szkoda, strasznie żałuję do tej pory.

W niedzielę chciałyśmy iść na Willis Tower, żeby zrobić sobie zdjęcia na Skydeck oraz pojechać do miasteczka oddalonego o godzinę od Downtown – Winnetka – by zobaczyć sobie dom z filmu „Kevin sam w domu”. Tak, jechaliśmy aż godzinę po to, by zrobić zdjęcie jednego domu ;). Jak to Monika powiedziała – „ten dom gościł u mnie przez lata!” Na szczęście Nate zgodził się pojechać, bo – wracając na początek notki – my się tym za bardzo stresowałyśmy. Najpierw sobie zjedliśmy i pierwszy raz w życiu piłam wodę w kartonowym pudełku haha a potem w drodzę prawie zasnęłam… Ale dotarliśmy!

1108151302b

DSC_1423

12237930_1110439658996824_7617172548528522754_o

W drodze powrotnej jechaliśmy po drugiej stronie, czyli zamiast autostrady jechaliśmy sobie po stronie jeziora przez mniejsze miasteczka. Powiem Wam, że domy w Winnetce to normalnie same pałace i zamki. Przepiękne rezydencje i nawet nie chcę wiedzieć, ile te domy kosztują. Bardzo mi się tam podobało i było mega spokojnie, czysto i w ogóle. Uniwersytet tam też wyglądał genialnie, takie mega stare budynki… Nie robiliśmy zdjęć tamtych okolic, bo robiło się późno, a z Moniką chciałyśmy wejść na Skydeck, więc trzeba było wszystko zmieścić w czasie.

DSC_1424

DSC_1428

DSC_1430

DSC_1432

1108151607

DSC_1438

DSC_1439

No i Skydeck… Nate zostawił nas pod budynkiem, gdzie była dość spora kolejka. Nie pamiętam już teraz która była wtedy godzina, ale nie dość, że słońce już zachodziło, to w dodatku o 7pm byłyśmy umówione z Agą (pozdrowienia!) w restauracji niedaleko hotelu. Gdy dotarłyśmy na górę do kolejki po bilety okazało się, że musiałybyśmy czekać min. 2,5 godziny. Od razu obie stwierdziłyśmy, że nie będziemy tyle czekać nie tylko ze względu na czas, ale też dlatego, że nam się zwyczajnie nie chciało. Doszłyśmy więc do wniosku, że kupimy droższe bilety, tzw. fast pass, by nie czekać. Normalne kosztują niecałe $20, my za nasze zapłaciłyśmy $45 za jeden. Przeszłyśmy na drugą stronę prosto pod okienko, nie musiałyśmy czekać w żadnej kolejce. Kupiłyśmy raz-dwa, weszłyśmy na górę i dopiero tam było nieco czekania, ale i tak całość zajęła nam krócej niż czas, w którym ogarnęłybyśmy to wszystko z normalnymi biletami. Także jeśli będziecie tam jechać i naprawdę bardzo chcecie wejść na górę, i nie szkoda Wam kasy, to kupcie sobie fast pass.

Ogólnie byłam zawiedziona. Lubię widoki na miasto, a widoki nocne lubię jeszcze bardziej, ale jednak byłam zawiedziona. Skydeck sam w sobie nie wzbudził we mnie żadnych emocji ani nic. Nie żałuję, że wydałam pieniądze, bo chciałam tam pójść i dzięki temu skreśliłam kolejny punkt na mojej „to-do list”, natomiast uważam, że nie warto. No i potem Nate podjechał po to, by wziąć ode mnie trochę rzeczy, ja też coś tam wzięłam no i on pojechał na lotnisko, a my wzięłyśmy taksówkę i pojechałyśmy do hotelu, a potem do wspomnianej już restauracji.

DSC_1440

Zdjęcie zdjęcia, dlatego niewyraźne. Kosztowało aż $26.

received_1109029532471170

received_1109029585804498

Późnym wieczorem okazało się, że karta pokładowa Nathana nie zadziałała, było już za późno na wydrukowanie jej samodzielnie w komputerku na lotnisku i musiał to zrobić przy ladzie, a na to również było już za późno, więc przenieśli mu lot na następny dzień na 6am i dostał jakąś zniżkę na hotel, a on potem zmienił sobie ten lot raz jeszcze na 12:35pm, więc skończyło się na tym, że wracaliśmy razem. Monika miała lot godzinę po nas. Oczywiście tutaj też nie wszystko poszło tak, jak było zaplanowane… Wszyscy byliśmy na miejscu jakoś ok. 10, więc mieliśmy na wszystko naprawdę dużo czasu i cały czas siedzieliśmy bardzo blisko naszego wejścia. I chyba trochę przesadziliśmy z tym poczuciem posiadania dużej ilości czasu, bo… spóźniliśmy się na samolot. Wyobrażacie to sobie? Najlepsze jest to, że widzieli, że idziemy. Byłam dosłownie 4 sekundy drogi od drzwi i na naszych oczach zamknęli je i wysłali nas do lady, gdzie przełożyli nam lot na 8:30pm. Monika natomiast wyleciała planowo ;). A my wyszliśmy sobie z lotniska i pojechaliśmy do jakiegoś centrum handlowego zjeść coś, on musiał też chwilkę popracować. No i potem wróciliśmy na lotnisko i wylecieliśmy o 8:30.

No… To by było na tyle 🙂

Do następnego!

Aga

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram
SHARE
  • Dorota

    Jakie widoczki! *__*
    W życiu nie weszłabym na to tam na trzecie zdjęcie od dołu , nawet jak by mi chcieli dopłacić hahahahha 😀
    Ekstra że wypad się udał 🙂

    • Aga

      Haha zależy ile chcieliby Ci dopłacić!

  • Paulina

    Jako mieszkanka Chicago nie mogę nie skomentować 😉
    1) Weekend to zdecydowanie za krótko, żeby zwiedzić Chicago 🙁
    2) Co do zamieszania na drogach w downtown- dla mnie bez porównania gorzej jest w NYC. Kiedy stamtąd wróciłam, Chicago wydało mi się nad wyraz spokojnym miastem 🙂
    3) Navy Pier jest super, ale latem. Klimat, jaki tam wtedy panuje jest moim zdaniem rewelacyjny. O innych porach roku faktycznie nic ciekawego, choć tak czy inaczej warto być.
    4) Widok z Willis Tower- szkoda, że nie trafiłyście jak było jeszcze widno. Moim zdaniem widok przy ładnej, słonecznej pogodzie jest imponujący. Choć nocą też ma swój urok 🙂
    5) Dom Kevina- zupełnie mnie nie dziwi, że chciałyście go zobaczyć. Muszę zabierać tam wszystkich moich gości, nikt nie chce odpuścić tej atrakcji 🙂
    i w końcu, najważniejsze:
    6) czemu do mnie nie napisałaś?! 😛

    • Aga

      Wystarczyło nam na to, co chciałyśmy zobaczyć, ale wierzę, że jest tam jeszcze coś, co ominęłyśmy i na co trzeba by poświęcić więcej czasu. Co do prowadzenia w NYC to nie mam pojęcia jak tam jest, byłam tylko 3 godziny w centrum miasta i nawet nie zwracałam uwagi 😀 Czemu się nie odezwałam? Powiem Ci, że myślałam o tym, ale jako że nie miałyśmy kompletnie żadnego konkretnego planu do ostatniej chwili, to ciężko byłoby się umówić nawet na spacer 🙁