Jak zorganizować ślub i przyjęcie w… tydzień?!

Hejka!

Jak już większość z Was wie, ślub wzięłam w lutym tego roku. Dlaczego dopiero teraz piszę ten post? W sumie to nigdy go nie planowałam, a ostatnio przeglądałam starsze posty, zobaczyłam zdjęcia i tak mi się wszystko przypomniało. Zorientowałam się też, że nie opowiadałam, co się działo, a działo się sporo… Mam nadzieję, że ta notka sprawi, że się uśmiechniecie trochę. Będzie dłuuuuugo… Jeśli już Was ten temat znudził to teraz jest czas, by przestać czytać ten post 😀

 

Termin i goście

Tutaj nie było jakichś specjalnych przesłanek, jeśli chodzi o dzień. Po prostu wybraliśmy jakikolwiek i padło na niedzielę 22 lutego. Od samego początku rozmawialiśmy o tym, by się po prostu pobrać bez żadnej pompy i dopiero za jakiś czas powtórzyć to już z gośćmi i z tym wszystkim innym, ale nigdy nie chcielibyśmy mieć takiego typowego polskiego wesela – sorry, nie popieram – nie chcieliśmy też mieć żadnej dużej imprezy. Ogólnie, jak już mówiłam, ślub wzięliśmy z miłości, ale jednocześnie prawda jest taka, że gdyby nie moja sytuacja z wizą i legalnym pobytem w USA, który miał się kończyć w listopadzie tego roku, to poczekalibyśmy z tym jeszcze trochę. Takie życie.

Jednak im bardziej zbliżaliśmy się do tego dnia, tym więcej myśli przychodziło mi do głowy, że np. kurcze, może ja jednak założę jakąś białą sukienkę. Może zaprosimy kilka osób na ceremonię. A może jakbyśmy zaprosili kilka osób, to potem moglibyśmy zaprosić ich na jakiś obiad. Skoro tak, to gdzie? W domu? Ale kto wtedy ugotuje? Nie panna młoda przecież. Jak nie w domu, to trzeba znaleźć miejsce! I tak to się wszystko zaczęło, a stało się to zaledwie kilka dni przed wybranym terminem.

Moja opinia: według mnie zapraszanie ludzi, których się nie zna/nie lubi tylko dlatego, że „tak wypada” czy też „bo się obrażą” mija się z celem. Po co mieć kogoś, za czyim towarzystwem się nie przepada lub zwyczajnie nie chce się ich mieć? Do mnie pretensje miały kuzynki, z którymi nie rozmawiałam od co najmniej 10 lat i, szczerze mówiąc, nie mam z tym żadnego problemu.

20150225_133235

 

Zaproszenia

Skoro już Nate zgodził się, by zrobić coś większego niż na początku myśleliśmy, trzeba było sporządzić listę gości. Byli to tylko jego przyjaciele z pracy plus jego matka i jej brat, moja koleżanka i później jeszcze okazało się, że i Magda przyleciała. W sumie wyszło nam chyba ok. 35 osób na liście, jeśli dobrze pamiętam. Jako że ja jestem taką w-pewnym-sensie tradycjonalistką, chciałam dać im zaproszenia, ale nie chciałam ich kupować… Zrobiłam je więc sama. Każde wyglądało prawie że identycznie i powiem Wam, że spędziłam nad tym naprawdę dużo czasu, ale za to pieniędzy wydałam bardzo mało. W poniedziałek pojechałam do biura Nathana i rozdaliśmy zaproszenia na następną niedzielę.

Moja opinia: nie mam absolutnie nic przeciwko gotowym zaproszeniom! Lubię po prostu ideę tych własnoręcznie zrobionych, jeśli gości nie jest zbyt wiele. Uważam, że to fajny gest, a zaproszenia wcale nie muszą być jakieś mega wymyślne.

invitation 02

 

Na tej małej karteczce jest dodatkowy zapis – poprosiłam o to, by nikt nie miał na sobie NIC czerwonego na naszym ślubie. Ogólnie nie wierzę w żadne zabobony, ale jest taki jeden, który siedzi mi w głowie i po prostu nie chciałam o tym myśleć w taki dzień. Dawno, dawno temu usłyszałam, że kolor czerwony na ślubach i weselach przynosi pecha. Jak wiecie, moja mama zmarła tuż przed moimi 7. urodzinami. Na swoim ślubie miała bukiet z czerwonych róż. Jakoś tak powiązałam te dwie rzeczy bardzo dawno temu i postanowiłam się tego trzymać. Żadnego pecha nam nie trzeba 🙂

 

invitation 03

 

Miejsce i jedzenie

Z tym było ciężko, bo nie miałam pojęcia, czego ja właściwie miałam szukać. Wszystkie takie typowo ślubne miejscówki były ogromne! Z miejscem na mnóstwo ludzi, tańce całą noc i tak dalej, a to nie było to, czego chcieliśmy i na pewno nie to, co było nam potrzebne. Nie chcieliśmy też ciągać gości po całym stanie, ani wydawać tysięcy dolarów na kilka godzin, no bo przecież bez przesady. Spędziłam nad tym pół dnia i nie znalazłam nic sensownego. Przypomniałam sobie wtedy, że jedna z moich znajomych powiedziała, że jej koleżanka przeniosła się właśnie tutaj w okolice i ona organizuje śluby. Dodała, że jeśli chcę to się do niej odezwie i zapyta czy mogłaby pomóc. Napisałam więc do niej, po czym skontaktowałam się z tą kobietą i ona poleciła nam miejsce, w którym tydzień wcześniej była na jakiejś imprezie. Umówiliśmy się tam i pojechaliśmy razem z Nathanem. Dostaliśmy propozycję menu, cenę i wszystko inne i mieliśmy się odezwać następnego dnia (środa) i dać znać czy się zdecydowaliśmy, czy nie. Oczywiście że odpowiedzią było TAK.

Mieliśmy więc do dyspozycji miejsce w klubie golfowym; dwie sale oddzielone sporymi drzwiami co było ogólnie spoko i bardzo fajnie nam zadziałało – w jednej sali były stoły, w drugiej nasza skromna ceremonia. Duże okna dookoła, fajny widok (mimo tego, że był to luty), miejsce na sprzęt grający, dodatkowy stół z tortem… wszystko omówione. Oni tam mają własną kuchnię, więc u nich zamówiliśmy po przystawkach, sałatkach oraz dość dużym i mega dobrym posiłku dla każdego (zero mięsa) oraz po kieliszku szampana do toastu (nie było żadnego innego alkoholu). Oni dysponowali również obrusami, okryciami na krzesła, świeczkami. Miałam również udostępniony specjalny pokój dla pań młodych. Tutaj pokażę Wam zdjęcie jedzonka, a niżej ozdobionej sali.

Moja opinia: uważam, że wybór menu należy do pary młodej. My, mimo naszych mięsożernych gości, podaliśmy danie wegetariańskie; nie chcieliśmy też ani kropli innego alkoholu oprócz szampana do toastu. Jakoś nikomu to nie przeszkadzało i niektórzy chcieli nawet przepis od kucharza! Myślę, że jeśli dana rzecz (np. jak w tym przypadku podanie mięsa) kłóci się z przekonaniami narzeczeństwa, to nie powinno się ich do tego zmuszać. Bardzo nie podoba mi się to polskie przekonanie, że jak ślub to koniecznie dużo mięcha, bo inaczej człowiek wyjdzie głodny i litry, litry wódki… Nie. Swoją drogą, diety wegetariańskie i wegańskie to wcale nie są same sałaty 🙂 

0 (278)

 

Ceremonia

Sami układaliśmy sobie nasze przysięgi i ogólnie cały przebieg zaślubin. Na szczęście osoba, która dawała nam ślub, jest kolegą Nathana z pracy, więc jak byłam tam u nich w biurze, to mogliśmy razem usiąść i ogarnąć. Zajęło nam to pewnie z 2 dni, bo mieliśmy kilka propozycji, ale większość była religijna, a my chcieliśmy od tego z daleka, więc trochę nam zajęło zmienianie i dodawanie tak, by wszystko do siebie pasowało. Końcowo wszystko brzmiało super i cieszę się bardzo, że sami sobie wszystko ułożyliśmy, bo to było takie bardziej nasze.

Moja opinia: ślub cywilny również może być wyjątkowy i klimatyczny 🙂

 

Suknia

Matko, tutaj to była taka przeprawa i tyle stresu… Ogólnie pierwszy raz jakiekolwiek suknie przymierzałam na początku stycznia i to było głównie z myślą o tym, by mieć zrobioną sesję zdjęciową i tyle. Później jakoś tak to ucichło i obudziłam się właśnie tydzień przed, gdy mieliśmy już termin, zaproszonych ludzi, miejscówkę… Widziałam w internecie suknię, którą bardzo chciałam i to była ta moja wymarzona, ale nie wierzyłam w to, że tak się akurat stanie, że w tak krótkim czasie ją znajdę, będzie w moim rozmiarze i nie będzie wymagała poprawek… Wiecie, taka totalnie w moim stylu, czyli odkryte ramiona, podkreślająca figurę, żadna tam „princesska” czy „beza”, które nigdy mi się nie podobały. Ahh.

Poniżej trzy zdjęcia z przymiarek.

20150110_162724

20150110_165211

20150111_155715

We wtorek odezwałam się do miejsc, w których byliśmy wcześniej i niestety jedyna suknia, która wtedy pasowała i mi się podobała była już wyprzedana, a resztę trzeba by znacząco zmniejszać, co miało zająć ok. 5-7 tygodni, a na to nie było czasu. W innym miejscu mieli inną naprawdę ładną suknię, ale była za krótka! Istniała możliwość zamówienia jej ze strony internetowej producenta w wersji „tall”, która długością byłaby idealna, ale wysyłka zajęłaby ok. 4-5 tygodni, więc to również odpadło. Zaczęłam więc dzwonić do kilku innych miejsc, w których jeszcze nie byliśmy. W niektórych wszystkie terminy na przymiarki mieli zajęte, w innych nie mieli żadnych sukien w moim rozmiarze na wieszakach… Generalnie wszędzie pytali o termin ślubu i gdy mówiłam „niedziela”, to mnie wyśmiewali 😀 Dopiero chyba w ostatnim salonie, do którego zadzwoniłam, kobieta po pierwszym niedowierzaniu i myślach, że żartuję z terminem powiedziała, że mają kilka sukien w moim rozmiarze i mogłam przyjechać następnego dnia. Pani zapytała również czy mam jakąś krawcową w razie co na co ja, że nie, a ona że nigdy nie miała takiego przypadku, ale żebym przyjechała i tak.

Pojechaliśmy więc tam następnego dnia (Atlanta, 40 minut drogi z domu). Wybrałam kilka sukien do przymiarki i nie uwierzycie, ale znalazłam tam tę, w której zakochałam się w internecie! Nieźle, co? Była w rozmiarze, który ja noszę, natomiast no nadal trzeba było ją trochę przerobić mimo tego. Dowiedzieliśmy się, że z reguły zajmuje to min. 5 tygodni, ale pani zadzwoniła do krawcowej, z którą współpracują i powiedziała jej, że to przypadek nagły i czy ma czas na ogarnięcie tego do soboty, bo ślub w niedzielę. Jej zdziwienie aż ja słyszałam ;), ale zgodziła się. Kupiliśmy więc suknię, pani nam ją zapakowała, potem szybkie foto z manekinem na ich fanpage (wrzucam poniżej) i pojechaliśmy do krawcowej. Tam przymiarki i to wszystko, no i zostawiliśmy moje cudo. W piątek miałam jechać na jeszcze jedną końcową przymiarkę i wtedy okazało się, że musiała jeszcze ciut materiału zdjąć. Suknia musiała być odebrana w sobotę maksymalnie do godziny 4 popołudniu, bo wtedy też zamykali, gdyż mieli jakąś tam dużą imprezę. Okej więc, max. sobota o 4pm, zakodowane.

Btw, gdyby któraś z Was przypadkiem szukała sukni ślubnej w Atlancie lub okolicach, to bardzo serdecznie polecam Suite Bridal pod każdym względem – obsługa, dostępne suknie, klimat… Powiedzieli, że mój termin ślubu był pierwszym terminem wśród tych, które kupowały tam swoje suknie i poproszona zostałam o fotki i krótką notatkę, którą mogliby wrzucić na stronę i którą zobaczyć możecie TUTAJ.

11001826_385345141626382_8890080024809643672_n

 

Garnitur

Z tym było o wiele prościej, oczywiście. Pojechaliśmy do salonu, gdzie można było wypożyczyć garnitur, ale już nie pamiętam, którego dnia to było. Obejrzeliśmy katalog i wybraliśmy co tam pasowało, pracownik zmierzył Nathana wzdłóż i wszerz i odebrać go mieliśmy w piątek.

Obrączki
Ja to już nie pamiętam, kiedy my to załatwialiśmy dokładnie, ale to też było tego samego tygodnia. Wydaje mi się, że na samym jego początku, bo pamiętam, że był problem terminowy i pani pracująca w salonie z biżuterią musiała błagać o ekspresowe zmniejszenie tak mojego pierścionka, jak i obrączki… Mam takie szczupłe palce, masakra 😀 Na szczęście udało się i odebrałam wszystko tuż po odebraniu garnituru Nathana. W czasie ceremonii Alicia podała obrączkę Nathanowi, a mnie obrączkę Nathana podał Blade, czyli nasz „ślubodawca” – jak ja go powinnam nazwać 😀 ?

Moja opinia: o wiele bardziej podobają mi się obrączki z białego, niż z żółtego złota.

Ciekawostka: w USA obrączkę nosi się na palcu serdecznej lewej dłoni razem z pierścionkiem zaręczynowym.

0 (38)

 

Tort

Nie pamiętam dokładnie którego dnia pojechałam do Publix pytać o tort, ale wydaje mi się, że to było w środę. Gdy powiedziałam pani, że potrzebuję tortu weselnego na niedzielę, to… tak, zaczęła się śmiać. Powiedziała, że zazwyczaj potrzebują ok. 4 tygodnie na to. Nie zrezygnowałam jednak i zaproponowałam kilka małych zmian, które znacznie przyspieszyły cały proces i tort był gotowy już w sobotę!

Ciekawostka: nie wiem jak jest w Polsce, ale w Stanach jest taki zwyczaj, że pierwsza część tortu, ta na samej górze, zostaje odkrojona na samym początku i para młoda zabiera ją do domu, by wsadzić do zamrażalki i zjeść w pierwszą rocznicę ślubu. My tego jednak nie zrobiliśmy. I wiem, że pani na torcie ma czarne włosy, ale powiem Wam, że nie znalazłam NIC normalnego z blondynkami, więc musiałam postawić na to.

0 (51)

 

Bukiet dla mnie i świeże kwiaty

Tutaj oczywiście również nie obyło się bez problemów! Przypuszczam, że nie jest tak w całych Stanach, ale u mnie w okolicach we wszystkich kwiaciarniach, jakie odwiedziłam (a jeździłam po wszystkich po kolei) mieli jedynie sztuczne kwiaty i katalogi z tymi prawdziwymi, które trzeba było zamawiać. W ostatnim z miejsc, które odwiedziliśmy tamtego dnia razem (czwartek) pracownica zapytała mnie czego szukam, więc powiedziałam, że szukam jakichś kwiatów, które można by złożyć w bukiet. Zapytała na jaką okazję, więc powiedziałam, że ślub w niedzielę. A ona do mnie, że dziecko drogie, przecież to tak nie można, to trzeba się umówić z właścicielką na konsultację i w ogóle, że ona to musi wszystko obmyśleć, że tylko ona ma uprawnienia do składania bukietów ślubnych! Ciśnienie mi już podskoczyło, bo większych bredni dawno nie słyszałam, a i tak byłam już wystarczająco zestresowana i zmęczona tym lataniem w te i we wte, że po prostu wyszłam. Dobrze, że Nate był tam ze mną to mnie uspokoił, ale też musiał wtedy wracać do pracy, bo i tak sporo opuszczał w tamtym tygodniu.

Następnego dnia w samego rana, czyli w piątek, pojechałam do innej kwiaciarni, którą znalazłam gdzieś przypadkiem. Weszłam i nie dość, że poczułam zapachy świeżych kwiatów, to w dodatku panie były bardzo miłe. Powiedziałam od razu, że wiem, iż będą zdziwione, ale potrzebuję bukietu ślubnego oraz ok. 12 małych bukiecików na stoły na najbliższą niedzielę. Obie powiedziały, że da się zrobić, ale oni mają w niedzielę zamknięte… Ja na to, że no trudno, odbiorę je w sobotę i jakoś przetrwają do niedzieli. Dałam im małe wazoniki, które kupiłam w Hobby Lobby (o tym w punkcie niżej). Zapytały mnie o kolory i ogólnie o to, co chcę, pokazały co mają. Wtedy do środka weszła właścicielka, która powiedziała, że akurat za moment dostawa świeżych kwiatów ma do nich wyruszyć, więc zadzwoni i wspomni im, by dodali jakieś niebieskie kwiatki (bo zależało mi na tym kolorze) i dodała również, że mimo tego, iż są zamknięci w niedzielę, to ona sama osobiście dostarczy mi wszystkie kwiaty na miejsce, bo chce, by były świeże! Taka byłam jej wdzięczna!

0 (22)

0 (53)

 

Ozdoby

Po wizycie w tej feralnej kwiaciarni, gdzie się zdenerwowałam, odstawiłam Nathana do pracy, a sama pojechałam do Hobby Lobby poszukać jakichś ozdób na stoły i ogólnie do sali. Kupiłam dwa ozdobne kieliszki, jakieś sztuczne kwiaty, lampki… Ale nie miałam wystarczająco, więc pojechałam jeszcze do Michaels, gdzie dokupiłam jakieś dodatkowe rzeczy i w domu po całym dniu byłam ok. 10 wieczorem, mega zmęczona. Ale miałam wszystko, co było potrzebne! Trzeba było tylko ogarnąć dokładnie gdzie co miało się znajdować i w jaki sposób, ale to już można było zrobić leżąc w łóżku, więc wzięłam kartkę i długopis i wszystko rozpisałam.

Moja opinia: baaaardzo podobało mi się szukanie i wybieranie dodatków, naprawdę! Uważam, że to jest super sprawa i jeśli tylko macie taką możliwość i chęci, to polecam zajęcie się tym samemu. No ewentualnie z przyszłym mężem, jeśli również się zainteresuje 😉

0 (56)

0 (57)

0 (61)

0 (63)

DSC_1834

Kwiatki dookoła tortu to te, które kupiłyśmy z Magdą w ostatniej chwili.

 

Fotografka

To też po znajomości, tzn. ta kobieta, która poleciła nam miejsce podała nam numer do fotografki, która na szczęście akurat miała wolny termin i wzięła o wiele mniej, niż typowi ślubni fotografowie, bo robiła to bardziej dla ekstra kasy, niż profesjonalnie. Także wszystko z nią załatwiliśmy w dwa dni – wybraliśmy ujęcia, na jakich nam najbardziej zależało, ustaliliśmy czas, podpisaliśmy umowę.

 

Zapinanie wszystkiego na ostatni guzik

Najpierw sprawdziłam czy mam wszystko i okazało się, że czegoś tam brakowało, więc musiałam pojechać, by dokupić – tu już min. godzina mi minęła.

Później szukałam fryzjera! Wyobraźcie sobie, że dopiero w piątek zorientowałam się, że przecież nie wiem, co ja zrobię z włosami. Rychło w czas. Podzwoniłam po kilkunastu miejscach, ale nigdzie nie mieli terminu wolnego. W pewnym momencie aż się popłakałam już i zadzwoniłam do Nathana powiedzieć mu, że nie mam fryzjera… Powiedziałam, że już nie mam ani chęci, ani cierpliwości, by dzwonić dalej i poprosiłam, by on się tym zajął. Podałam mu jeszcze trzy inne numery i obiecał podzwonić i dać mi znać. Oddzwonił po jakiejś godzinie i powiedział, że znalazł miejsce, które normalnie w niedziele otwierają o 12, ale specjalnie dla mnie recepcjonistka i jeden fryzjer przyjdą na 11, bo inaczej bym się nie wyrobiła. Poczułam ogromną ulgę, naprawdę. Okazało się również, że właścicielka tego salonu to Polka, która zostawiła mi w niedzielę kartkę z życzeniami 🙂

Ogarnęłam się więc po tej informacji i pojechałam odebrać garnitur Nathana, potem obrączki, a później pojechałam po niego do pracy i razem pojechaliśmy do Atlanty na ostateczną przymiarkę mojej sukni. Jak już wspominałam, musiałam ją zostawić jeszcze i wrócić w sobotę.

Po tym pojechaliśmy coś zjeść, a następnie na lotnisko odebrać Magdę, która o przylocie zdecydowała w środę tego samego tygodnia!

 

Sobota

Poprzedniego dnia usiedliśmy z Nathanem i zrobiliśmy konkretny plan na sobotę i niedzielę, który oczywiście nie zadziałał tak, jak powinien. Jakoś od początku wszystko szło nie tak, co mnie – oczywiście – stresowało. Najważniejszym punktem było to, że Nate miał jechać do Atlanty odebrać moją suknię, a ja w tym czasie miałam jeść z Magdą obiad po kilku godzinach szukania biżuterii, o czym również wcześniej zapomniałam. Gdy miałam już naszyjnik i bransoletki, zadzwoniłam do niego i zapytałam czy jest gotów pojechać do Atlanty, bo była godzina 3 popołudniu. Powiedział, że odstawił jakiś czas wcześniej Margie (matka Nathana) do fryzjera i musi ją odebrać (mieliśmy wtedy tylko dwa auta na trzy grupki). Ja już po prostu mega stres i mówię, że dobra, to w takim razie ja pojadę, a on na to, że nie, nie, że on zdąży. Okazało się, że nie wyrobił się na 4pm, ale zadzwonił i zapytał czy ktoś będzie. Jedna osoba powiedziała, że poczeka. Także my mogłyśmy normalnie zjeść i nabrać trochę sił, a jak wróciłyśmy do domu, to suknia już czekała.

Tego wieczora spakowałam się na następny dzień oraz namalowałam drzewo, które posłużyło nam jako księga gości, a teraz wisi sobie na ścianie w holu. Po skończeniu tego pojechałyśmy na mój skromny i bardzo miły wieczór panieński 🙂

0 (70)

0 (276)

10410890_10153637227742926_5525076529661166551_n

Przed północą wybieraliśmy i ściągaliśmy piosenki, jakie chcieliśmy usłyszeć następnego dnia. Też normalnie cud, że o tym pamiętaliśmy!

 

Niedziela!!

Wszyscy wstali rano, kawa, śniadanie i jazda do swoich obowiązków. Magda mi towarzyszyła do fryzjera, a gdy ja zostałam w salonie, to ona przeszła się po kanapki do sklepu niedaleko. Wróciła, zjadłyśmy, kolejna kawa. Fryzjer okazał się suuuuper gościem! Bardzo fajnie spędziliśmy czas. I to jest salon, do którego już teraz wracam za każdym razem, gdy chcę podciąć włosy.

0222151220b

fryzura

Od razu po wyjściu pojechałyśmy szybko do Krogera, bo pomyślałam, że fajnie byłoby mieć jeszcze inne kwiaty, które miały robić za ozdoby na stołach. Po drodze zdecydowałyśmy co wziąć – białe tulipany i tzw. gipsówkę – weszłyśmy do sklepu, biegiem do działu z kwiatami, wzięłyśmy co chciałyśmy (całe szczęście, że mieli tulipany!) i jazda do kasy, a potem do auta… Serce to mi tak ze stresu już waliło, bo czas gonił, a ja ze zrobionymi włosami i chustką na głowie (padał deszcz) kupowałam kwiaty na dosłownie ostatnią minutę.

Na miejsce dotarłyśmy dosłownie punktualnie o godzinie, o której planowałyśmy tam być, co było jakimś cudem (1pm). Nieco zdyszane, ale mogłyśmy sobie odpocząć w pokoju, o którym Wam wspominałam.

0222151355

Wiem, to tylko pokój z meblami… Ale tak mi się spodobał, naprawdę!

Tam też przyszła nasza fotografka, która zaczęła już wtedy robić zdjęcia i w pewnym momencie powiedziała: „jeszcze nigdy nie widziałam tak spokojnej panny młodej”. Zdałam sobie wtedy sprawę, że w tamtym momencie faktycznie cały stres ze mnie zszedł i fajnie się czułam… Do czasu. Zobaczcie, co robię z dłońmi na tym zdjęciu…

0 (67)

Chwilowy odpoczynek, ale nie było zbyt dużo czasu, więc chwila moment i obie zaczęłyśmy się malować, bo ja sama robiłam sobie makijaż; Alicia nam towarzyszyła przez jakiś czas.

0 (12)

0 (15)

0 (30)

Gdy skończyłyśmy, Magda poszła skontrolować salę i ogólnie co tam się dzieje (za co jestem bardzo wdzięczna) i jak wróciła, to powiedziała mi, że właściwie nic jeszcze nie jest zrobione. Ja nerw od razu i dzwonię do Nathana, a on do mnie, że wszystko jest pod kontrolą. Czekałam więc, bo nie chciałam tam iść wcześniej. Później dostałam cynk, że ogólnie wszystko zrobione, ludzie są i czekają już tylko na mnie. Szybko założyłam suknię, Magda założyła mi welon, sprawdziłam się w lustrze, potem kilka zdjęć, bukiet w dłoń i wyszłam…

0 (105)

0 (173)

10371616_10153637227022926_5524712632080307208_n

Nate miał muszkę do koloru ozdób 🙂

Także podsumowując: tydzień biegania z miejsca na miejsce, jeżdżenia po całej okolicy i nie tylko, zmęczenie, zdenerwowanie… A końcowo wszystko wyszło super, gościom bardzo się podobało, jedzenie im smakowało, tort smakował, suknia i włosy się podobały, mówili, że było bardzo elegancko i w ogóle… Ogólnie ja i Nathan byliśmy bardzo zadowoleni, Alicia też była zadowolona i wszystko wyszło tak, jak chcieliśmy, czyli skromnie i genialnie 🙂 Czy coś bym zmieniła? Nie. I wiecie, co sobie pomyślałam, jak już było po wszystkim? Pomyślałam, że cieszę się niesamowicie, że zrobiliśmy to wszystko tak szybko. Mimo tego całego stresu, mojego przemęczenia i niepewności czy wszystko jest; teraz wspominam to super i jestem dumna z siebie, że ogarnęłam tyle rzeczy w tak krótkim czasie. Jak sobie wyobraziłam, że miałabym planować wszystko przez rok lub nawet 2-3 lata, jak to niektórzy robią i być w stresie cały ten czas, to pewnie jedyne o czym bym marzyła to po prostu moment, kiedy mogłabym powiedzieć, że wszystko się wreszcie skończyło… A to nie o to chodzi, według mnie 🙂 Tak czy siak, Magda chciała trochę pozwiedzać jeszcze w następnym tygodniu, a ja byłam tak wykończona, że jedyne, o czym marzyłam, to leżenie na kanapie i spanie.

0 (192)

 

Do następnego!

Aga

 

PS. Wiem, że fotki są ogromne, ale nie opanowałam jeszcze sztuki dodawania ich w sposób, jaki by mi pasował na tej stronce.

______________
Podobne posty:

Powiedziałam TAK! 🙂

Już nie Panna Agnieszka W…

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram
SHARE
  • Annimula

    Nie slyszalam nigdy o tej tradycji z kolorem czerwonym. U nas mowi sie tylko, ze na slub nie powinno sie zakladac czarnych (bo kojarza sie z pogrzebem) oraz bialych (bo to kolor panny mlodej) ubran. Wszytkie inne kolory są dozwolone, oczywiscie w granicach rozsądku.
    Kilka miesiecy temu na slubie mojej kuzynki, jej swiadkowa ubrala sie w super dającą po oczach czerwoną dlugą suknie. Teraz na zdjeciach trudno zauwazyc panne mlodą, bo tylko swiadkowa rzuca sie w oczy 😉

    • Aga

      O czarnym i białym też słyszałam, chociaż powiem Ci, że ja zawsze chciałam, by wszyscy goście na moim ślubie ubrani byli na biało 🙂 No ale to wydaje mi się zależy od człowieka i od jakiegoś tam wyczucia. Bo ta czerwona suknia.. Zaszalała 😀

  • Jagoda

    Jak fajnie, że opisałaś to wszystko, miło się czyta 😉 kiedy się w końcu spotkamy? Mam nadzieję, że czujesz się już lepiej! Buziaki, Jagoda :*
    http://www.myimmemorialdream.blogspot.com

    • Aga

      Jak będziesz miała troszkę wolnego czy to w tygodniu, czy w weekend no i chęci, to zapraszam Cię do mnie :)) Ja nie mogę prowadzić auta przez to, jak bardzo kręci mi się w głowie i w ogóle, więc to nie wchodzi w grę, bym jechała do Atlanty.

  • Ania

    hej Aga
    Bardzo fajna notka 🙂 fajnie się czyta świetne zdjęcia 🙂
    Wszystkiego dobrego Tobie życzę 🙂 3maj się 🙂 dużo zdrowia 🙂
    Pozdrawiam Cię serdecznie
    Ania z OFC Filipa 😉

    • Aga

      Dzięki 🙂

  • Magda

    O nie, wszystkie moje druhny były na czerwono, a ja miałam bukiet z czerwonych róż…. no ale jakaś szczególna fala nieszczęść jeszcze na mnie nie spłynęła ;P Ja do Stanów przyjechałam (już tak na stałe, bo byłam wcześniej 2 razy) jakieś 1,5 miesiąca przed ślubem (chociaż zależy, który liczyć bo mieliśmy dwa, taki skromniejszy i potem dla rodziny), więc mąż załatwiał większość rzeczy. Suknie, buty, welon i biżuterię wiozłam z Polski, więc o to nie musiałam się martwić. Cake topper mieliśmy raczej tragiczny bo mąż mi kazał coś wybrać i ja nie wybrałam na czas, który mi na to dał, więc on zamówił coś co mi się w ogóle nie podobało (za to mam nauczkę, żeby nie zwlekać z niektórymi rzeczami ;P). Ale najlepsze było to, że ciastkarnia zapomniała o naszym torcie… Wesele było w sobotę, w piątek koło południa mąż dzwoni do pana z naszego lokalu (zapewniali miejsce i jedzenie plus współpracowali z ciastkarnią, więc w sumie wszystko było jakby w pakiecie) sprawdzić czy wszystko ok no i wtedy wyszło szydło z worka… koniec końców tort zrobili, ale miał być ombre (w naszych theme colors), a był inny (niby dali dekoracje w naszych kolorach, ale to jednak nie to co zamówiliśmy…). Jak teraz to opowiadamy to czasami słyszymy „no ale chyba nie kazali wam za niego płacić?”, ale szczerze mówiąc nawet nie przyszło nam do głowy, że powinniśmy się targować. A z innych wpadek lokalu to mieli dać na stoliki świeczki pływające w wodzie i otoczone różami i tego nie było. A my chyba byliśmy dość zaaferowani zaślubinami bo w ogóle tego nie zauważyliśmy i dopiero po kilku tygodniach mówię do męża „ej, ale chyba mieliśmy mieć świeczki i róże na stolikach a ich nie było?” Nie ma to jak spostrzegawczość i refleks 😀

    Ps Bardzo ładny pierścionek zaręczynowy 🙂

    • Aga

      Nie no to wiadomo, że nie musisz wierzyć w to, co ja 😀 Powiem Ci, że jakbym była w takiej sytuacji z tortem jak Ty, to nieźle bym się wkurzyła… Ja mogę zrozumieć jakieś opóźnienia, brak czegoś, awarię, ale żeby zapomnieć o zamówieniu?! :O Nieźle. Podziwiam Twój spokój! A’propos spostrzegawczości… Przypuszczam, że jakbym nie miała mojego szpiega (Magda) i czegoś by zabrakło, to też pewnie dopiero później bym zobaczyła na zdjęciach. Bo to tyle rzeczy się dzieje, tyle myśli i emocji, że ciężko tak wszystko ogarnąć. Powiem szczerze, że chętnie bym zobaczyła Twoją suknię i to, jak wyglądały druhny. Nie po to, żeby oceniać ani nic, ale po prostu tak z ciekawości.. lubię oglądać suknie ślubne.
      PS. Dzięki! 🙂

      • Magda

        Ja też lubię oglądać suknie ślubne, dlatego zerkam sobie czasem na program Say yes to the dress 😀 Moją suknię mama wzięła do Polski (w sumie nie wiem czemu, jakoś tak wyszło, ale właściwie mi tu na razie i tak nie potrzebna ;P), wystawiałam ją na olx ostatnio, więc tam możesz zerknąć na zdjęcia (http://olx.pl/oferta/piekna-suknia-slubna-welon-gratis-CID87-IDb3Hrj.html). Nie zmuszałam druhen do kupna określonej kiecki, skoro już poszliśmy w kolor czerwony to po prostu powiedziałam, żeby przyszły w czerwonych sukienkach i mogą być takie, które już mają w szafie. Nie chciałam ich narażać na koszty bo i tak dwie z nich mieszkają 6 godz jazdy od miejsca, w którym była impreza, no i wiadomo, musiały też wziąć hotel, a moja siostra (łącznie miałam 3 druhny) leciała z Polski 😉 A co do mojej sukienki to była z nią jeszcze większa przeprawa, niż z tortem, więc też miała być trochę inna, ale ogólnie wyszła nie najgorzej, więc nie narzekam (mam teraz przynajmniej historyjki do opowiadania haha).

      • Aga

        Ładna! Podoba mi się, chociaż ja bym takiego kroju nie założyła 🙂 Też myślałam, by moją sprzedać, ale była tak przerobiona i dopasowana do mnie, że stwierdziłam, że to nie ma sensu.
        No, zgadzam się z tym, co napisałaś – masz historyjki do opowiadania. Nie było nudno! 🙂

  • Klaud

    Aga super post 😀 lubie takie dlugie ze zdjeciami 🙂 podziwiam Cie ze wszystko ogarnelas i sie nie zalamalas- chociaz bywaly momenty slabosci. Mam pytanie odnosnie wlasnie marriage (czyli chodzi mi o malzenstwo w Stanach :D). Co jesli konsul nie przyzna Ci green card? Bo powiedzmy ze wezme slub, wszystko bedzie jak powinno byc (z milosci, nie mowie tutaj o wymuszonych malzenstwach byle by zostac bo takie cos mnie nie interesuje)- wiadomo troche przyspieszone, ale jesli to jest wlasnie ta osoba to jak inaczej mozna zostac z nia w Stanach? No wiec bierzemy slub idziemy do konsula a on sie nie zgadza- co wtedy? Co z malzenstwem? Moze nie zalezy zakladac najgorszego ale po prostu interesuje mnie co by sie stalo- po prostu powrot do Polski jednej osoby? tez mi nie pasuje to.. Pozdrawiam i licze na odpowiedz chyba ze sama nie wiesz co wtedy sie moze stac to jak najbardziej zrozumiem brak odpowiedzi 😀

    • Aga

      Dzięki 🙂
      Po pierwsze, nie rozmawiasz z żadnym konsulem, tylko zwykłym urzędnikiem 🙂 Jakby Ci nie przyznał Green Card po ślubie, a Ty nie miałabyś żadnego innego dokumentu pozwalającego Ci na legalny pobyt w Stanach (np. ważna wiza), to musisz wrócić do Polski (sama albo z mężem – od Was to zależy), bo pozostanie nielegalnie tylko pogorszy sytuację. Z tego, co czytałam to w razie odmowy zawsze macie podany konkretny powód i możesz aplikować o Green Card raz jeszcze po wyeliminowaniu tego powodu.. Nie znam szczegółów w kwestii ponownego aplikowania. Inny sposób? No nie ma… Zawsze możesz zmienić swój status na studencki, ale to też nie upoważnia Cię do pozostania na stałe, tylko na okres studiów. Masakra.
      ALE ja naprawdę nie wiem, co musiałoby się stać, by Cię odrzucili… Musiałabyś mega wątpliwości wzbudzać, mieszkać oddzielnie, nie mieć żadnych dowodów, nic o sobie nie wiedzieć, itp. Jeśli np. stwierdzą, że macie za mało dowodów to wysyłają zawiadomienie, że potrzebują więcej i wtedy dosyła się listownie. Ja się bardziej denerwowałam tym, jaki okaże się urzędnik, czy będzie miły czy chamski czy co 😀 niż tym, że mogłabym nie dostać Green Card 🙂

  • Justyna A.

    Super czyta się ten post. Taki inny od pozostałych. Uwielbiam zdjęcia a tu było ich całkiem sporo. Z pewnością dużo było zamieszania i pospiechu ale najważniejsze ,że wszystko się udało . Jak się ciesze ,że piszesz o ślubie udzielanym przez urzędnika . O księdzu gorzej by mi się czytało bo jestem niepraktykująca ale może ,kiedyś to się zmieni. Green Card otrzymałaś to dobrze bo nie musisz wracać do Polski. Pozdrawiam. Wszystkiego dobrego.

    • Aga

      Cieszę się, że Ci się spodobał ten post pod tyloma względami! 🙂

  • Weronika

    Moim zdaniem, starsze pokolenie mogłoby odebrać takie podejście do ślubu jako , mało poważne 🙂 Jednak to jedyny dzień w życiu, i nawet w miesiąc bardzo ciężko załatwić wszystko super 🙂 można załatwić tylko tak ” byle było ” 🙂 wiem, bo sama brałam ślub w 3 miesiące, ale za to na dwóch kontynentach, i troszkę żałuję, że nie miałam np. roku żeby sobie wszystko tak elegancko poszykować. Ale na sam koniec, źle nie wyszło 🙂

    • Aga

      To właśnie zależy od tego jakie masz oczekiwania. Ty uważasz, że w trzy miesiące można załatwić „byle było”, a ja w tydzień załatwiłam tak, że do tej pory jestem bardzo zadowolona 🙂 Co nie znaczy oczywiście, że Ty byś była. Cieszę się, że nie wyszło źle 😀