Jak mi się żyje, gdy nie czuję się szczęśliwa?

     Jakoś tak mi dziwnie ostatnio, wiecie? Przez dłuższy czas się tak czułam, ale jakoś nie potrafiłam dokładnie określić, co to tak naprawdę było. Właściwie to chyba nadal nie wiem. Tu nie chodzi o to, że nie lubię mojego życia czy że nagle wszystko mi się odmieniło i stwierdziłam, że jednak wolałabym mieć coś innego i to wszystko to pomyłka. Nie, nic z tych rzeczy. Tu chyba bardziej chodzi o jakiś taki wewnętrzny smutek, który próbuje wyjść na różne sposoby w przeróżnych sytuacjach i nie do końca potrafię określić skąd on się bierze. Z drugiej strony nie wiem czy nie zastanawiam się nad tym za bardzo, bo może właśnie dlatego wszystko wydaje się tak bardzo skomplikowane.

Jest ciężko.

Zacząć trzeba chyba od tego, jak fatalnie się czuję non stop. Miałam nadzieję, że zacznie mi się polepszać, a jest gorzej niż wcześniej. Na przykład, nie jestem w stanie zejść na dół bez zatrzymywania się po drodze kilka razy i siadania na podłodze, bo tak bardzo kręci mi się w głowie. Jestem całe dnie sama w domu, więc nie mam kogo poprosić o pomoc w niczym no i nie mam też do kogo się odezwać. Nate musi przecież pracować, a moja koleżanka wyprowadziła się do Kalifornii. Wczoraj i dziś leżę cały czas na łóżku i mam obok tylko jakieś picie i przekąski, bo przecież gotować też mi się nie chce. W sumie to nic mi się nie chce i najchętniej przespałabym ten cały czas, ale znowu jak śpię to mam takie sny, że nie raz siedzą mi w głowie cały dzień, czego też nie lubię. Od dawna chciałam być w ciąży i bardzo się cieszę, że się udało, ale nie spodziewałam się, że będę ją aż tak źle przechodzić od samego początku i powiem Wam szczerze, że mam już dość. Naprawdę mam nadzieję, że mi się polepszy, ale tego też nikt nie może być pewien, bo różnie bywa.

Inna sprawa to fakt, że jak tak siedzę sama to mam dużo czasu na myślenie i różne rzeczy wpadają mi do głowy. Te negatywne niestety też, więc już teraz boję się niektórych rzeczy, które albo będą miały miejsce w przyszłości, albo nie.

Boję się, że coś pójdzie nie tak, że nie wszystko będzie szło tak dobrze, jak do tej pory w kwestii różnych badań czy to moich, czy dziecka. Boję się, że ja będę się czuła tak samo do końca, że nic mi się nie poprawi. Boję się, że cały czas będę sama, że nie będę miała kogo poprosić o pomoc w razie co, a przecież Nathan nie może nagle przestać pracować na nie wiadomo ile. Boję się, że nie będę mogła wrócić na moje zajęcia taneczne przez cały okres trwania ciąży; że będę miała olbrzymie rozstępy, które zostaną na zawsze. Boję się, że sobie nie poradzę tak, jak sobie to wyobażam; że zawiodę się sama sobą. Boję się, że będę ponura, zbyt zmęczona, że odsuniemy się od siebie z Nathanem, że przestaniemy rozmawiać; że skończą mi się niedługo ciekawe filmy do oglądania (swoją drogą, możecie mi coś polecić?). Boję się też wyników testu na płeć, który będę miała za dwa tygodnie i wcale nie czuję się „niegodna do tego, by być matką” (cytat z internetu) przez to, że śmiem marzyć o tym, by mieć syna i łatwo mi to powiedzieć publicznie.

Poza tym jest mi smutno. Smutno, bo z powodów oczywistych moja mama nie jest świadkiem żadnych wydarzeń z mojego życia, a ja nie wierzę w żadne anioły patrzące z góry. Bo większość mojej rodziny ma gdzieś to, co się ze mną dzieje i nawet nie chcę już się z nimi kontaktować. Bo planuję lecieć do Polski w przyszłym roku, gdyż wiem, że jeśli ja nie polecę, to nikt nie przyleci do mnie, a mi za bardzo zależy na tym, by zobaczyć znajomych i by niektórzy z nich poznali moje dziecko. Jednocześnie wiem też, że nie mam zamiaru latać tam co rok i jestem już zmęczona słuchaniem pretensji na ten temat. Bo czuję się samotna codziennie, gdy sama leżę na łóżku i oglądam filmy; bo miałam tyle rzeczy zaplanowanych, a obecnie nic nie mogę zrobić i nie wiem, kiedy zrealizuję te plany. Jest mi smutno, bo czuję się olewana, gdy mówię o swoich problemach. W odpowiedziach słyszę, że na pewno wszystko będzie dobrze, że się nad sobą użalam, że inni mają gorzej. Jeśli macie zamiar walić mi tego typu teksty, to wiedzcie, że nie będę na nie odpowiadać i to nie ma znaczenia, od kogo bym je dostała. Wiem, że ludzie pocieszają w dobrej wierze zazwyczaj, ale u mnie daje to odwrotny efekt.

     Kiedyś dostałam pewien komentarz, który pozwolę sobie tutaj przekopiować, bo to trochę na temat mojego postu. I pamiętajcie, że ja tu piszę o moich odczuciach i nikogo do niczego nie namawiam, także naprawdę nie musicie się ze mną zgadzać.

„nie potrafię cieszyć się z niczego”.. Czytam Twój blog po kolei od początku, więc nie wiem czy już o tym pisałaś, ale przypomniał mi się temat, o którym chętnie bym przeczytała, gdyby wyszedł spod Twojej ręki 😉 Otóż bardzo często zdarza mi się mieć podły nastrój, kiedy brak mi radości i motywacji. Jednak nalazłam na to jakąś receptę. Kiedy zdam sobie sprawę z tego, że rzecz którą muszę wykonać, albo sytuacja, w której się znajduję to jeden z nieuniknionych etapów dążenia do celu, lub czasem po prostu etapów życia, to wtedy mam nieco więcej siły, żeby pokonywać przeciwności, nawet jeśli istnieją one tylko w mojej głowie (często martwiąc się lub denerwując, kręcimy sobie rzeczy przesadnie, które tak na prawdę mogą nigdy nie zaistnieć). Poza tym w pewnym momencie zaczęłam być zła na siebie, że tracę piękne dobre dni tylko dlatego, że mam złe nastawienie albo jakąś słabość. Dlatego każdego takiego dnia staram się stanąć obok siebie i zdystansować się i robię wysiłek i WYBIERAM być radosną i widzieć rzeczy w lepszym świetle, dostrzec dar życia i to, że w tym samym momencie miliony ludzi uważałoby moje położenie za szczyt marzeń, bo przecież tyle obok jest cierpienia i zawsze za mało docenia się to, co ma się zapewnione. To mnie podnosi na duchu i sprawia też, że jestem bardziej wdzięczna. Nawet jeśli nie poprawi mi to nastroju, to zawsze poprawia moją postawę, nastawienie.

Znam wiele osób, które właśnie w ten sposób myślą, że zamiast skupić się na problemie, na swoich obawach czy smutkach, to decydują znaleźć jakąś pozytywną stronę sytuacji. Jakąkolwiek, czasami znaczenie ma to, by po prostu cokolwiek się znalazło. Kiedyś byłam w miejscu, gdzie pewna dziewczyna opowiadała o mega ciężkim czasie, jaki przechodziła i mówiła wszystko płacząc jednocześnie. Inna osoba przerwała jej w pewnym momencie i powiedziała: „ale znajdź pozytywną stronę tego wszystkiego… Wiesz, co ja widzę? Widzę, że niesamowicie płynnie gestykulujesz dłońmi, pięknie się na to patrzy!” I nagle cały jej problem zniknął, a ona zapewne poczuła się olana, niezaakceptowana, itp., a problem jak był, tak został. To samo z tym, co dzieje się na świecie… Ja często w życiu słyszałam to od wielu ludzi; gdy miałam jakiś problem, to było wciskanie mi, że „przecież zobacz, inni mają gorzej!”, nawet raz gdy ktoś dowiedział się, że nie jem mięsa, śmiał powiedzieć mi: „dzieci na świecie głodują, a ty głupia wybrzydzasz, oni by się pozabijali, by być na twoim miejscu”. Wiem, że dla wielu ludzi – jak i Ciebie, autorko komentarza – działa tego typu podejście. Nie na mnie jednak. Ja uważam, że to wszystko mija się z celem. Gdy jestem smutna, to jestem smutna i nie chcę udawać, że w sytuacji dla mnie beznadziejnej widzę jakieś plusy, jeśli ich nie widzę. Nie chcę myśleć, że nie powinnam narzekać na to, jak się czuję, bo w tej sekundzie jest sporo kobiet, które dowiadują się, że poroniły. Żal mi ich i nawet nie potrafię sobie wyobrazić co czują, ale nie chcę ignorować mojego własnego problemu przez problemy innych, bo ja chcę zająć się sama sobą. To samo w przeciwnościach, które istnieją „tylko w głowie” – według mnie jeśli są w głowie, to są bardzo żywe, bardzo nasze i nie uważam, żeby dobrym pomysłem było ignorowanie ich. Wręcz odwrotnie! Fajnie jest skupić się na nich i przejść w myślach całą historię nawiązując właśnie do naszych obaw, itp. Jeśli ja źle się czuję psychicznie, to wolę o tym pomyśleć i rozwiązać dany problem, niż odsuwać go na bok. Bo, według mnie, znajdywanie pozytywnych stron jest odkładaniem całego problemu na półkę, a w taki sposób niestety nic się nigdy nie rozwiąże. Bo człowiek może sobie myśleć: o, czuję się lepiej, więc to pomogło, a tak naprawdę cały problem został w środku i gwarantuję, że w końcu znowu wypłynie i to ze zdwojoną siłą, bo tak po prostu człowiek działa i wszystko się tam tak zbiera i zbiera, zaczyna nas boleć brzuch i głowa, mamy wypryski na twarzy, tyjemy lub chudniemy i nie wiemy czemu… A odpowiedź jest taka prosta! Dodam jeszcze tylko – „rzecz którą muszę wykonać, albo sytuacja, w której się znajduję to jeden z nieuniknionych etapów dążenia do celu, lub czasem po prostu etapów życia” – dokładnie! Po co więc ignorować to, co staje na drodze?

     No i w sumie dlatego napisałam ten post. Bo jest mi źle i nie chcę się zmuszać do napisania czegoś pozytywnego, fajnego i o czymś innym. Nie wyszłoby. Naprawdę nie oczekuję żadnego współczucia ani nic, po prostu chciałam się wyżalić i dzięki, że mogę to tu zrobić. Chętnie poczytam o jakichś Waszych opiniach i historiach, jeśli macie ochotę się czymś podzielić.

     Do następnego!

     Aga

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram