Miniony tydzień… | Facebook! | Jak najlepiej nauczyć się angielskiego? Moje sposoby.

Hejka hejka 🙂

Jako że decyzja dotycząca fanpage’a (fanpage’u? fanpageu? fanpejdża?) została podjęta, od dnia dzisiejszego znaleźć możecie mnie również tutaj – KLIK. Fajna opcja, jeśli chcecie być na bieżąco z nowymi postami lub podejrzeć różne drobne ciekawostki, o których nie piszę na blogu. Zapraszam do polubienia i udostępniania! 🙂

 

Planowałam w miniony weekend pojeździć po okolicy oraz po Atlancie i porobić fotki kilkunastu miejscom z mojej listy, ale zrezygnowałam i postanowiłam zrobić to innym razem, bo pogoda jest bardzo niepewna. W piątek padało non stop, w sobotę deszcz pojawiał się i znikał no i wczoraj lało od rana, a przestało dopiero koło 7 wieczorem. Wiecie, nie jestem z cukru, więc się nie rozpuszczę, ale jednak wolałabym słonko, jeśli mam cykać zdjęcia.
Tydzień zleciał mi nawet nie wiem kiedy! Chyba milion razy już to pisałam tutaj na blogu, ale nie zmienia się to i obawiam się, że tak już zostanie na zawsze – czas pędzi nieubłaganie. Bo jak w szkole siedziało się na nudnych lekcjach i pamiętam doskonale, że zdarzało mi się spojrzeć na zegarek i ujrzeć godzinę 10:46 po czym spojrzałam po dwóch godzinach i była… 10:49. Tak gdy chciałoby się pewne momenty zatrzymać teraz, to wszystko przelatuje przez palce.

Co się wydarzyło w minionym tygodniu? Alicii wypadł drugi ząb. Nate mnie wkurzył (tak, tutaj też się to zdarza!). Tulipany mi zwiędły, więc je wywaliłam. Dostałam jakiejś reakcji alergicznej i myślałam, że umrę… Dlatego też nie dodałam notki wczoraj. No i do tej pory nie wiem, od czego mi się tak zadziało. I w dodatku wieczorem upadłam dość nieszczęśliwie i mam teraz problem z ramieniem. Ale zrobiłam dobrą tartę ze szpinakiem, więc też jest jakiś plus! Wczoraj zabrałam się za sprzątanie w domu i gdy zrobiłam sobie przerwę to przeczytałam wiadomość od Moniki, cytuję: „ja wyznaję zasadę, że niedzielna praca w gó*no się obraca” 😀 Tak, rozbawiło mnie to!

Na fotkach powyżej zobaczyć możecie naklejkę, którą kupiłam sobie na auto oraz moje ulubione kwiaty, czyli żółte tulipany. Jeśli chcecie, bym coś zrobiła, a ja nie chcę tego zrobić, to kupcie mi kwiaty… haha

 

***
Czytam czasami pytania skierowane do mnie (lub także przeróżne posty w internecie) dotyczące tego „czy poradzę sobie z angielskim w Stanach”, „na jakim poziomie muszę być” albo „jak najlepiej nauczyć się angielskiego”. Pomyślałam, że opowiem Wam nieco o moich własnych doświadczeniach i opiniach, i chociaż na pytanie w tytule postu jednoznacznej odpowiedzi raczej nie ma, bo każdy człowiek jest inny, tak mogę powiedzieć, co zadziałało u mnie i być może komuś to coś pomoże. A jakbyście mieli jakieś inne sposoby, które zadziałały w Waszym przypadku, to chętnie poczytam w komentarzach!
Zaznaczam tak na wszelki wypadek – nie uważam się za kogoś, kto zna angielski perfekcyjnie, bo nie, nie znam. Mam jednak doświadczenie w nauce tego języka, którym chcę się podzielić i to, co tu napiszę jest (jak zwykle) tylko moimi odczuciami.
Zacząć muszę od zbojkotowania szkoły raz jeszcze 🙂 Na pierwszy ogień niech pójdzie to, że w szkołach w Polsce nauczany jest brytyjski i chociaż różnice między brytyjskim a amerykańskim nie są jakieś ogromne, to są wystarczające, by momentami mieć problemy. Mówię tu głównie o słowach i ich używaniu oraz wymowie, bo akcent to jest akurat zupełnie inny. (Nawiasem mówiąc, ja naprawdę nie lubię brytyjskiego, więc nawet w szkole czasami nauczycielka się na mnie irytowała, bo wymawiałam słowa po amerykańsku, a nie brytyjsku i nie miałam zamiaru tego zmienić.) W moim odczuciu nauka jakiegokolwiek języka w szkole to malutki ułamek tego, czego człowiek naprawdę będzie potrzebował, gdy załóżmy wyjedzie za granicę i przyjdzie mu zmienić język i posługiwać się innym przez cały czas od samego początku. Jeden z powodów to fakt, że w szkole jest to zazwyczaj grupa powyżej 10 osób i czasami poziomy są bardzo zróżnicowane. Bywa, że osoba z niskim poziomem musi omijać wiele rzeczy, by nadgonić te trzy inne, które są wyżej; lub osoba z wysokim poziomem siedzi i nudzi się, bo większą uwagę zwraca się na tych z niższym. Poza tym w ogóle się nie rozmawia w danym języku, co jest bardzo ważne według mnie, bo właśnie z tym później są problemy – tzw. bariera językowa, gdy istnieje strach przed mówieniem. Czasem nauczyciele mówią, by na lekcjach używać tylko angielskiego, więc taki uczeń powie raz na jakiś czas: „can I go to the toilet?” i tyle z tego mówienia. Uważam, że na lekcjach przedstawiana jest sucha teoria i w dodatku większość jest w dość oficjalnym tonie, którego nie używa się w sytuacjach innych niż np. pisząc podanie o pracę czy w korespondencji służbowej. Trzeba uczyć się rzeczy, które są tak naprawdę niepotrzebne i później w głowie jest tylko bałagan, a umiejętność rozumienia i samodzielnego myślenia leży. Uczniowie mają milion różnych informacji na raz i czasem ciężko to wszystko przyswoić tak, żeby naprawdę zrozumieć i zapamiętać na dłużej, niż „na po klasówce”. A gdy trzeba coś powiedzieć, to nagle przypominają się lekcje z sześcioma różnymi czasami i człowiek zastanawia się, o co tam tak właściwie chodziło i którego powinno się użyć…
Mówiąc o szkole, nie mówię o nauczycielach, tylko o programie nauczania, jaki narzucany jest z góry!
Pierwszy błąd, jaki kiedyś popełniłam próbując się uczyć angielskiego to nauka zdań na pamięć. Nie polecam. Według mnie sprawdza się to tylko wtedy, gdy komuś zależy jedynie na zaliczeniu sprawdzianu (co ja przeżywałam na niemieckim) i nie dba o więcej. Bo wyobraźcie sobie sytuację, w której ktoś uczy się dialogu na pamięć, by później napisać konkretne zdania na kartkówce. Chłopak pyta dziewczynę czy chciałaby pójść z nim na tańce. Dziewczyna ma dwie opcje odpowiedzi, czyli: Yes, I’d like to go with you. albo No, I don’t want to go with you. I co, jeśli ta sama dziewczyna za jakiś czas usłyszy od jakiegoś kolesia to samo pytanie. Stwierdzi, że chętnie by poszła, ale tylko wtedy, gdy on odwiezie ją do domu. I co mu powie? Yes, I’d like to go with you… but… yyyy? No kiepska sytuacja, nie da się ukryć. Dużo czasu później zajmie przestawienie się z korzystania z gotowych zdań, na układanie swoich własnych bez gotowców w głowie.Są jednak rzeczy, których trzeba się nauczyć na pamięć, jak np. czasowniki nieregularne w różnych formach. No chyba że komuś nie przeszkadza chodzenie z wydrukowanymi tabelkami, to wtedy nie trzeba :-)A co ze słówkami? Wiele razy siedziałam z listą słów i próbowałam uczyć się ich na pamięć po kolei, a potem na wyrywki, żeby nie przyzwyczaić się do konkretnej kolejności. Problem polega na tym, że bardzo dużo słów ma więcej niż jedno znaczenie, więc często nauczenie się jednego polskiego tłumaczenia nic nie da (oprócz piąteczki z kartkówki). Nawet takie proste słowo jak right w tej samej formie użyte być może jako prawo (do czegoś), prawa (strona, ręka), odpowiedni (wybór), racja (masz rację). Albo słowo blue, które każdy zna jako niebieski, ale wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że może też opisać nasz stan – przygnębiony. Dlatego gdy ktoś nauczy się konkretnego jednego znaczenia danego słowa – np.  right – prawa (strona, ręka) lub blue – niebieski – to będzie zmieszany, gdy usłyszy kogoś mówiącego I’m right! albo I feel blue. Kiedy więc siedziałam z listą słów i się ich uczyłam tak, jak było w podręczniku, a później czytałam jakiś tekst w innym miejscu, to wiele razy musiałam się zatrzymać i zastanowić, o co właściwie chodzi, bo moja znajomość wielu słów ograniczała się do jednego polskiego znaczenia.
Co zmieniłam? Kiedy zaczęło mi zależeć na tym, by nauczyć się języka, znalazłam inne sposoby na poradzenie sobie ze słówkami i wywaliłam wszelkie kartki z listami do nauki na pamięć. Uważam, że fajnym pomysłem jest np. kupienie sobie słownika angielsko-angielskiego, w którym można czytać definicje danych słów po angielsku. Dobre jest też uczenie się ich na przykładach zdań, bo wtedy można zobaczyć słowa w kontekście zdania i całą ich otoczkę, czyli co następuje przed, co po, itp.
Są jednak słowa, których warto nauczyć się konkretnie raz a porządnie, bo np. takie eventually nie oznacza ewentualnie, a w końcu/wreszcie, przy czym ewentualnie to possibly i ja osobiście nacięłam się na to jakiś czas temu. Teraz już wiem :-)Inna sprawa, która mi trochę nie pasuje, to mega nacisk na gramatykę od samego początku nauki. Wydaje mi się, że zasady gramatyki nic nam nie dadzą, jeśli nie będziemy znali słówek, bo jakkolwiek byśmy się wtedy nie starali – nie ułożymy żadnego zdania. Bo wiecie, chyba każdy zdaje sobie sprawę z tego, że najpierw jest osoba, a później czasownik i tutaj nie potrzeba kilku lekcji o tym. Myślę, że jeśli ktoś zaczyna się uczyć angielskiego i od razu duży nacisk kładzie na zasady gramatyki, to w wielu przypadkach szybko się zniechęci. I tak teraz sobie pomyślałam sekundę temu – czy ja kiedykolwiek w ciągu tego półtora roku w US słyszałam kogokolwiek, kto użyłby czasu Future Perfect Continuous? Nie przypominam sobie. A nauczyć się go musiałam.
Nie twierdzę, że gramatyka nie jest ważna, bo jest! Uważam jednak, że na wszystko przychodzi czas i zwyczajnie nie warto robić nic na siłę.

Poprawna wymowa też nie jest czymś, co wejdzie do głowy tak po prostu. Ja osobiście nie znam konkretnych zasad wymowy słów i raczej się tym nie interesuję. Znam po prostu słowa i uważam, że znam język na tyle, by wiedzieć, jak dane słówka przeczytać; kiedy jakaś literka jest niema, kiedy wymawia się o zamiast a, itp. Nie oznacza to, że nigdy nie robię błędów, bo robię 🙂 Wszystko przychodzi z czasem – im więcej angielskiego używam, tym więcej wiem, czasem nawet nie wiem skąd. To, że comfortable nie czyta się komfortejbl a English to Inglisz a nie Englisz to kwestia zapamiętania po prostu, a nie tego, że zasada jest taka a nie inna (przynajmniej w moim przypadku, bo już wiecie czytając mojego bloga, że nie lubię zasad…). Osobiście nie potrafię też czytać zapisów fonetycznych i nigdy nie chciałam się tego nauczyć. Są słowa, które pisze się tak samo, a czyta w różne sposoby i właśnie w wymowie jest różnica znaczeniowa, jak np. read które przeczytane jako rid oznacza czytać w czasie teraźniejszym, a czytane jako red oznacza czas przeszły od tego samego słowa, a nie kolor czerwony! 😉
Jak nauczyć się poprawnie wymawiać słowa? Jedna kwestia, to wiadomo – przy nauce słówek, itp., wymowa idzie w parze. Ja lubię czytać coś na głos i wtedy Alicia albo Nathan poprawiają mnie, gdy zrobię jakiś błąd. Fajnie jest też dużo słuchać – filmy, radio, programy telewizyjne – wtedy łączy się przyjemne z pożytecznym. No i rozmowa z rodowitymi Amerykanami (czy tam Brytyjczykami, czy Francuzami…), którzy naprowadzą nas na poprawny tor.

Kilka szybkich rad, którym ufam?
1. Słuchanie piosenek po angielsku – sposób polecany przez wiele osób i w sumie sama go używałam i pomagał. Polecam jednak nie brać wszystkiego tak w 100%, bo w wielu piosenkach jest sporo błędów, często zamierzonych, bo np. łatwiej coś zaśpiewać, gdy zmieni się dane słowo czy użyje się czegoś w zupełnie innym znaczeniu lub nawet pobawi się w słowotwórstwo.
2. Oglądanie filmów/seriali/programów po angielsku z angielskimi napisami – fajny sposób, by załapać wymowę i zapis. No i pomaga zrozumieć różne akcenty (ja np. mam czasami problemy ze zrozumieniem tego typowo południowego).
3. Oglądanie filmów/seriali/programów po angielsku z polskimi napisami – dla tych, którzy nie rozumieją na tyle, by mieć całość po angielsku – uczycie się słówek, ich wymowy, konstrukcji zdań.
4. Czytanie po angielsku na głos – uważam, że to pomaga w oswojeniu się z mówieniem po angielsku i później ewentualna blokada językowa nie jest taka straszna.
5. Pisanie po angielsku – opowiadania, listy, cokolwiek. Jakiś czas temu zaczęłam pisać po angielsku sama dla siebie i bardzo szybko zapamiętywałam słowa, różne znaczenia w różnych kontekstach, konstrukcje zdań, pomaga rozwinąć poczucie swobody w pisaniu, itp. Dlatego teraz nie mam raczej problemów z tłumaczeniami, bo mogę czytać po polsku i pisać po angielsku w tym samym czasie.
6. Tłumaczenie z polskiego na angielski i odwrotnie – kolejny sposób na zapamiętywanie słówek w różnych znaczeniach i przy okazji ogarnianie konstrukcji, itp. W tym przypadku polecałabym nie trzymać się dosłownych tłumaczeń, bo czasami mogą wyjść niesamowite głupoty z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że, jak już wspomniałam, jest wiele słów, które mają dużo różnych znaczeń. A poza tym, są takie rzeczy, które występują w angielskim, a nie występują w polskim, np. Present Perfect, którego dosłowne tłumaczenie byłoby przynajmniej dziwne.
7. Strona ang.pl – trochę z niej korzystałam i przydała mi się w wielu przypadkach!
8. Rozmawianie z Amerykanami, przebywanie z nimi – to jest naprawdę szybki sposób nauki. Jeśli się czegoś nie zrozumie to warto zapytać, co dana rzecz znaczy lub dlaczego została użyta w takiej a nie innej formie, bo gdy się zrozumie, to o wiele łatwiej zapamiętać. Jeśli nie planujecie wyjazdu do US, to jest wiele miejsc w internecie, w których można nawiązać znajomości z osobami z Ameryki i rozmawiać z nimi. No i wtedy nauczyć da się języka, którym ludzie porozumiewają się na co dzień zamiast języka oficjalnego.
9. Korepetycje – według mnie zdecydowanie lepsza opcja niż lekcje w szkołach. Najlepsza możliwość to znalezienie native speaker, który nie potrafi mówić po polsku 🙂 Jeśli nie ma takiej opcji, to ewentualnie kogoś, kto przebywał w danym kraju jakiś czas i miał możliwość załapać to, jak to wszystko wygląda i przekaże coś więcej, niż tylko suchą teorię z książek.
10. Chęci – bez tego nic się nie da, według mnie. Możliwe, że to, co za chwilę napiszę zirytuje kogoś – chociaż nie taki mój cel – ale uważam, że nawet siedzenie całymi dniami nad książkami i próbowanie wkucia czegoś NIC nie da, jeśli nie będziemy naprawdę chcieli! Dlatego później słyszę teksty w stylu „nie mam zdolności językowych”. Zgadzam się z tym, że czasem niektórzy ludzie przyswajają szybciej i więcej, czasem wolniej i mniej, ale jeśli nie przyswajają w ogóle to znaczy, że dana rzecz ich zwyczajnie nie interesuje. I u mnie się to sprawdziło… Angielski miałam od 4. klasy podstawówki i naprawdę nie chciało mi się go uczyć już na samym początku, więc później miałam same 1 i 2 non stop. Kiedy zaczęłam chcieć? Pod koniec 3. klasy gimnazjum. W wakacje zaczęłam chodzić na korki razem z moją koleżanką Martą i w pół roku nadrobiłam WSZYSTKO, czego nie nauczyłam się przez 6 lat w szkole, bo CHCIAŁAM i sama pracowałam nad tym też w domu, a korepetytorka była dobrą pomocą.
Kiedyś, daaaawno temu, przeczytałam w internecie coś, co mi się spodobało, czyli: małe dziecko, które dopiero co uczy się mówić, nie ma lekcji z gramatyki oraz nie ma list słówek do zapamiętania, a jakoś składa poprawne zdania; wie co i kiedy powiedzieć; nie zastanawia się czy zrobi błąd, tylko rozmawia swobodnie. Jeśli np. Alicia nie zna jakiegoś słowa, to pyta co ono oznacza i później pamięta, bo używa się ich na co dzień, a potem może np. nauczyć mnie (jeden z plusów opiekowania się dziećmi, które już mówią). I to wszystko dlatego, że jest otoczona ludźmi, którzy z nim rozmawiają i to wszystko samo wchodzi do głowy. Dlatego właśnie moim zdaniem najlepszym i najszybszym sposobem na nauczenie się języka, jest wyjechanie do danego kraju i przebywanie z ludźmi. I w tym znajduje się moja odpowiedź na pytanie „czy sobie poradzę?” – TAK, poradzisz sobie! Tylko że przez jakiś czas może być ciężko ;-)Mam nadzieję, że cokolwiek się komukolwiek przyda. Jeśli nie… to trudno. Czujcie się zaproszeni do komentowania 🙂
Do następnego razu!
Aga
EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram
SHARE