„To, co robię, jest zawsze perfekcyjne!” ;-)

Powiem Wam, że bardzo źle się dzisiaj czuję i łapię jakieś dziwne zawiasy… Siedzę przed kompem i coś tam piszę, a potem łapię się na tym, że od dwóch minut nie napisałam ani jednego słowa i tylko gapię się w monitor bez sensu. Siedzę nad tą notką od rana, teraz jest poniedziałek godzina 8:12pm i nie wiem, czy ją dzisiaj skończę… Inna sprawa to fakt, że jak tak siedzę i nic nie robię, to zbiera mi się na przemyślenia, czego będziecie świadkiem za moment :-PObudziłam się dzisiaj nad ranem przez burzę i powiem Wam, że prawie zawału dostałam. Jak walnęło, to wszystko się trzęsło, aż ja taka przebudzona ledwo nie wiedziałam, co się dzieje i normalnie aż mi przez myśl przeszło, że jakąś bombę ktoś zrzucił albo dom wybuchł ;-D Burze w Georgii są masakrycznie mocne i głośne, naprawdę. Przynajmniej u mnie.

 

Może pamiętacie, jak po powrocie z Kalifornii opowiadałam Wam o tym, że polecieliśmy do grupy ludzi, rozmawialiśmy, itp. Jeśli nie, to możecie zajrzeć TUTAJ. Ostatnie kilka dni spędziliśmy w Warm Springs w Georgii (godzinka drogi na południe od nas) również z powodu takiej właśnie grupy. Byli to jednak inni ludzie, kto inny organizował, itp. I powiem Wam, że moje doświadczenia z tego razu są o wiele gorsze, niż z Kalifornii. Mówiąc najprościej – wynudziłam się niesamowicie i miałam wrażenie, że ludzie, którzy tam byli, byli tam tylko z przyzwyczajenia. Szkoda, bo miałam nadzieję, że będę mogła opowiedzieć Wam coś ciekawego, no ale niestety nie tym razem. A przynajmniej niezbyt wiele, bo coś tam jednak dało mi do myślenia i podzielę się tym dzisiaj…

 

 

Ciekawostka: Warm Springs to miejsce znane dlatego, że 32. prezydent USA – Franklin D. Roosevelt – zmarł w tamtym miejscu. Mam wrażenie, że ludzie żyją tam głównie z turystów, a tych nie brakuje. Na przykład, jednego dnia widzieliśmy 5 autokarów wycieczek szkolnych. Ogólnie miasteczko jak miasteczko… Nic szczególnego, ale ładnie – jak to w całej Georgii :-).

***

A teraz to, o czym chciałam pogadać…
Nate w czasie tych spotkań powiedział coś, co było dość długie i skomplikowane, zawierało też odpowiedzi na wątpliwości innych, itp. Dokładnie nie pamiętam, JAK to powiedział, więc podzielę się Wam ogólnie moimi słowami, a pod spodem o moich przemyśleniach na ten temat. Załóżmy, że powiedział coś takiego: ja nie jestem odpowiedzialny za uczucia innych ludzi i nie lubię słowa „przepraszam”, bo w wielu przypadkach naładowane jest negatywnym znaczeniem i bardzo często znaczy, że osoba, która je mówi boi się osoby, do której te przeprosiny kieruje. Poza tym, ja nie mam za co przepraszać, bo wszystko, co robię, jest perfekcyjne i zawsze daję z siebie wszystko, więc zawsze podejmuję dobre decyzje i później niczego nie żałuję.
Kontrowersyjne? Może. Co nieco już na ten temat wiedziałam, ale ostatnie zdanie usłyszałam pierwszy raz, więc zaczęłam się nad tym zastanawiać. Stwierdziłam, że to bardzo ciekawe spojrzenie na samego siebie, które pozwala człowiekowi czuć się dobrze z samym sobą, a do tego dążyłam całe życie. Później rozmawialiśmy o tym więcej w aucie, więc zrozumiałam, o co mu dokładnie chodziło. Pozwólcie, że Wam to trochę wyjaśnie z mojej perspektywy, bo żyję z takimi samymi przekonaniami :-).

Jeśli chodzi o kwestię braku brania odpowiedzialności za reakcje innych to nie jest to samo, co nie interesowanie się uczuciami innych. To ma dla mnie ogromny sens! Bo to też zależy od tego, jak się przekazuje te swoje emocje, wiadomo. Jeśli powiem komuś coś w rodzaju (przykład całkowicie wymyślony sekundę temu) „jak zrobiłeś to i tamto, to było mi smutno, bo poczułam się samotna” i ten ktoś odpowie mi „wkurzasz mnie!” to ja nie biorę żadnej odpowiedzialności za to jego wkurzenie. Ja podzieliłam się swoimi uczuciami i reakcja tej osoby jest jej własną reakcją, która spowodowana jest nie do końca tym, co powiedziałam, według mnie. Bardziej jego włansymi wyobrażeniami, jego własnymi wspomnieniami, które moje słowa przywołały. Nie to, że powiedziałam szczerze, że jest mi smutno, nie wierzę w to. I, jak powiedziałam na początku, to nie jest to samo, co interesowanie się uczuciami innych. Jeśli Alicia zrobi coś, co mi się nie podobało i jej to powiem (w taki sam sposób, jak przykład powyżej) i ona zacznie płakać, to również w większości przypadków płacz ten spowodowany jest jej własną wyobraźnią czy też wspomnieniami, a nie moimi słowami, ale jednocześnie przykro mi jest, że jej jest tak smutno. Inna sprawa to fakt, że nie wydaje mi się, by ktokolwiek mógł być całkiem szczery w momencie, gdy uważa na to, co mówi i boi się, że urazi drugą osobę. Nie mówię o świadomym obrażaniu kogoś („Bogdan*, idź się wykąp, bo śmierdzisz, jak świnia!”), ale o szczerym opowiadaniu o swoich własnych uczuciach („Bogdan, chciałabym być blisko ciebie, ale aktualnie nie czuję się komfortowo, bo zaczynam czuć, że nie kąpałeś sie jakiś czas”), bo w takim przypadku nie ma możliwości nikogo obrazić, według mnie. Wiecie, o co mi chodzi? Bo nie wiem, czy potrafię wyjaśnić to dokładnie, ciężko mi ubrać wszystko w słowa.
*Imię wymyślone na potrzeby postu 😀

Druga kwestia to słowo „przepraszam”. Są różne sposoby rozumienia tego słowa… Ten, o którym ja mówię, to przepraszanie spowodowane strachem przed drugą osobą i to, według mnie, jest najczęstsze. Bo wiecie, jak to wygląda? Przypuszczam, że zdecydowana większość ludzi na świecie przeżywała w dzieciństwie momenty, gdy słyszała od rodziców teksty w rodzaju „idź i przeproś! Powtórz! Nie słyszałam! Co się mówi?!” itp. I wtedy dziecko przeprasza, bo boi się konsekwencji, jeśli tego nie zrobi. I to zostaje w głowie na zawsze! Dlatego później pierwszą reakcją w przypadku jakiejkolwiek nieprzyjemnej sytuacji jest „oj, przepraszam!” wypowiadane jak z karabinu w obawie przed reakcją drugiej osoby. Ja tak to widzę. Poza tym w sytuacjach kiedy ktoś zrobił coś, przez co ja czuję się okropnie, tak bardzo ogólne słowo „przepraszam” nic mi nie da tak naprawdę, bo nie wiem, co ten ktoś ma na myśli (może mówi to tylko po to, by mieć spokój albo coś; nie wiem, bo nic nie mówi). Nieważne, jak szczere by to było według drugiej osoby… To, czego ja bym chciała i co jest o wiele bardziej wartościowe dla mnie, to pewność, że ta druga osoba zrozumiała o co mi chodzi i nie zrobi tego ponownie. Poza tym, słowo to jest takim ogromnym skrótem. Równie dobrze jak dla mnie ktoś mógłby mi powiedzieć „oh” i byłoby to dokładnie to samo.

Co do tego, że wszystko robię perfekcyjnie i zawsze podejmuję dobre decyzje… Jak to pierwszy raz usłyszałam, to zatrzymałam się na moment i sobie pomyślałam – że co?! Ale im więcej Nathan mówił i im dłużej później o tym myślałam, tym większy sens to dla mnie miało! Niektórzy ludzie tam dziwili się i mówili, że to jest niemożliwe, by człowiek zawsze dawał z siebie 100%, że zdarzają się dni, kiedy tak się nie da i w ogóle. Zapytani według jakich standardów, odpowiadali: „nie wiem”. I o to właśnie chodzi! Taki przykład wpadł mi wtedy do głowy… W dzień, kiedy dobrze się czuję, mam dobry humor i ogólnie wszystko jest w porządku, napiszę załóżmy 20 stron książki. Jestem z siebie dumna i uważam, że dałam z siebie wszystko. Następnego dnia złapała mnie grypa, mam gorączkę, leżę cały dzień w łóżku i piszę tylko 2 strony. O wiele mniej niż pierwszego dnia, ale znowu dałam z siebie wszystko! Znowu zrobiłam to, co mogłam; nie byłam w stanie napisać więcej, ale nadal dałam z siebie 100%. Wiecie, o co mi chodzi, nie? Nie wierzę w to, że ktokolwiek sam narzuca na siebie jakiekolwiek standardy, których nie może osiągnąć. Według mnie zawsze są to standardy narzucone przez innych (np. nauczycieli, szefa, rodzica) i to inni wmawiają nam, że nie dajemy z siebie wszystkiego. A ja jestem przekonana, że zawsze dajemy z siebie wszystko, a jedyne różnice, to po prostu kwestia tego, jak się danego dnia czujemy i ile jesteśmy w stanie zrobić. I dlatego zawsze podejmujemy dobre decyzje i zawsze wybieramy dobre rozwiązania różnych sytuacji. Nawet, jeśli jakaś decyzja ma jakieś negatywne konsekwencje później, to i tak była to najlepsza decyzja, jaką mogliśmy podjąć w danej sytuacji z tymi informacjami, które mieliśmy w momencie jej podejmowania. Dlatego uważam, że przepraszanie za swoje „błędy” nie ma sensu, bo to nie są żadne błędy, gdyż uważam, że zawsze jest dobry powód na wszystko co robimy i mówimy no i opieramy to na tych informacjach, które posiadamy, więc nie lubię przepraszania za niewiedzę. Uff.

Wygadałam się 😀

Jakieś przemyślenia? Mam nadzieję, że nie pomieszałam za bardzo.

Do następnego!
Aga

PS. Pokażę Wam, co namalowałam na ścianie 🙂 Trochę nad tym siedziałam i bardzo podoba mi się efekt, więc chcę się pochwalić.

PS2. W odpowiedzi na dwa komentarze pod poprzednią notką napisałam, że odniosę się do nich w postach. Na pewno to zrobię, ale potrzebuję trochę czasu. I tak sobie pomyślałam – jest coś, o czym chcielibyście poczytać, a o czym jeszcze nie pisałam? W kwestii bycia w USA czy interakcji z dziećmi, czy cokolwiek… Nie mam problemów z tym, o czym pisać, ale pomyślałam, że zapytam :-).

PS3. Alicia obcięła sobie włosy na taką długość, jaką ja mam. Nie mogę z nią 😀

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram
SHARE