Już nie Panna Agnieszka W…

// ENGLISH VERSION HERE //…od teraz Pani Agnieszka K! 😉
Ostatnio zaskoczyłam moich znajomych na fejsie, więc przypuszczam, że część z Was również będzie zaskoczona zawartością tej notki… Dodam jeszcze tylko, że tutaj na blogu nie jestem całkiem na bieżąco, więc Walentynki z zawartością posta po powrocie z Kalifornii (KLIK) nie mają nic wspólnego ;-). Dodałam to po prostu dzień po Walentynkach, tak wyszło przypadkiem.
Bez owijania w bawełnę – w ostatnią niedzielę wzięliśmy ślub! Ale było!! Aż nie wiem, co powiedzieć… Wszystko zorganizowaliśmy sami we dwójkę, a właściwie to ja większość… Od własnoręcznie wykonanych zaproszeń, przez kupowanie dekoracji, po makijaż… Ile ja się nałaziłam po sklepach, do ilu ludzi podzwoniłam, to masakra. I jestem z siebie dumna! Właściwie to jestem dumna z nas obojga. Wcześniej nie spodziewałam się, że tyle jest do roboty planując ślub i poszłam na żywioł nie spisując sobie żadnego planu ani nic; wszystko miałam w głowie i okazało się, że tyle mi wystarczyło. Chociaż powiem Wam, że jakbym miała tak zajmować się tym załóżmy rok, to dziękuję bardzo… Najadłam się trochę nerwów i byłam naprawdę zmęczona, ale opłaciło się, bo wszystko poszło genialnie, żadnych problemów, żadnych niespodzianek… Nawet się za bardzo nie stresowałam.. przynajmniej przed wyjściem z mojego bridal suite, gdy już byłam gotowa i wszyscy na mnie czekali, bo wtedy to już inna sprawa była. Nigdy nie zapomnę, jak z Magdą wpadłyśmy do sklepu po tylipany na półtorej godziny przed ceremonią i zajęło nam to dosłownie pięć minut. Najszybsze zakupy, jakie kiedykolwiek zrobiłam. Da się? Da! A tym bardziej, jak się o czymś zapomni wcześniej :-D. Mega, naprawdę… Już  to mówiłam moim znajomym, ale powtórzę i tu – dwa lata temu byłam pewna, że zostanę sama do końca życia! A tu proszę, taka sytuacja… Mam naprawdę genialne wspomnienia z tego dnia od samego poranka i nie tylko ja na szczęście. Alicia powtarza, że chce jeszcze raz! Btw, Alicia podawała nam obrączki, co było mega urocze według mnie. No i teraz wyjaśnił się też powód tak niespodziewanego przylotu Magdy, o którym wspominałam w poprzedniej notce. Super było też to, że ślubu udzielił nam kolega Nathana, bo to sprawiło, że wszystko zachowane było w takiej fajnej, przyjaznej i komfortowej atmosferze, na której zależało tak mi, jak i Nathanowi.
W ogóle powiem Wam jeszcze ciekawostkę w kwestii sukni ślubnej, bo nie mogę o tym nie wspomnieć… Generalnie wszystko było robione na ostatnią chwilę, jak to zazwyczaj u mnie bywa ;-). Znalazłam w internecie suknię, w której się zakochałam, więc dzwoniłam po salonach w Atlancie pytać czy ją mają w moim rozmiarze. Nikt jej nie miał oczywiście. Postanowiłam jechać do jednego, który wyglądał obiecująco, a mi czas uciekał, więc naprawdę chciałam coś w końcu ogarnąć. Weszłam do środka, zaczęłam oglądać i… zobaczyłam suknię, której szukałam! Okazało się, że w tym salonie o nią nie pytałam i nie wiem, jakieś przeczucie czy coś sprawiło, że to właśnie tam pojechałam. Była o jeden rozmiar za duża, ale pani, która tam pracowała, zadzwoniła do znajomej krawcowej i poprosiła ją, by mi ją zmniejszyła w… 3 dni. Udało się! Co więcej, suknia była na przecenie :-D. Co za szczęście!
Nie mogłam się zdecydować, które zdjęcia Wam pokazać, więc zrobiłam losowanie haha Proszę bardzo!
Alicia pomagała mi wybrać kolor, jaki miałam mieć na powiekach ;-).

 

Mój bukiet! Cudowny.

 

 

 

Jak tak patrzę na to, co robię tu z moimi dłońmi,
to dochodzę do wniosku, że to był chyba ten moment,
kiedy zaczęłam się denerwować…

 

 

 

Approved!

 

Tulipany to moje ulubione kwiaty, więc nie mogło ich zabraknąć…

 

When a groom sees a bride…

 

 

 

Mały backstage!

 

 

Magda, ja, Briana

 

Jedzonko wegetariańskie! Takie pyszne, że szok…

 

 

 

Toast! Najpierw Nate coś powiedział i później przekazał mi pałeczkę,
czego kompletnie się nie spodziewałam… W sumie cieszę się z tego powodu,
bo poleciałam spontanicznie. Jakbym napisała sobie cokolwiek wcześniej,
to nie ma możliwości, że wyszłoby tak szczerze…
O ile w ogóle bym to pamiętała :-D.
Też tak macie?

 

 

 

Uwielbiam to zdjęcie!!!

 

 

 

 

🙂

 

 

 

Zamiast typowej księgi gości namalowałam drzewo, wokół którego
goście zostawiali odciski palców. Mam zamiar powiesić to na ścianie.

 

Pod naszą nieobecność Magda z Alicią zrobiły dla nas taki oto plakat.
Gdy wróciłam do domu i otworzyłam drzwi do garażu i to zobaczyłam,
zrobiło mi się niesamowicie ciepło na sercu!
Tym razem nie będę się jakoś bardzo tu rozpisywać, bo nadal chcę, by ten dzień pozostał w takiej samej atmosferze, czyli między ludźmi, którzy tam byli. Tak czy siak, nie mogłam przecież i nie chciałam nie mówić nic! A zdjęcia tak mi się podobają, że nadal nie wiem, czy wybrałam odpowiednią ilość ;-D.
Do następnego!
Aga
PS. Niedawno dostałam anonimową wiadomość, że podobno nic nie wiem o prawdziwym życiu, bo żyję jak w bajce i zawsze wszystko mi się udaje… No, w sumie to zgadzam się, że żyję sobie jak w bajce i jest to bajka, którą sama sobie wymyśliłam, zaplanowałam i dążyłam do tego, by ją urzeczywistnić! Tyle mam do powiedzenia na ten temat :-).


PS2. Jeśli ktoś z Was, czytających mnie tutaj, ma blogi, na których nie zostawiam komentarzy, co oznacza, że ich nie znam 😉 – dajcie znać! Chętnie poczytam coś nowego.
EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram