„Dziś dziękuję Bogu za…” / Texas / CNN

Hejka!
Dzisiejszy post rozpocznę tematem podróży. Razem z koleżanką postanowiłyśmy wybrać się do Texasu w grudniu. Będziemy tam od czwartku 11 grudnia do poniedziałku 15 grudnia. Odwiedzimy Dallas, Austin, Houston i Nowy Orlean w drodze powrotnej. Czuję, że będzie fajnie i mam nadzieję, że tym razem nic nie nawali nie z naszej winy… Bo wiecie, jak nie z naszej winy, to taka bezradność człowieka ogarnia, że szkoda gadać. A jak my coś zrobimy nie tak, to przynajmniej będziemy wiedziały, że to efekt naszego działania, nie? Tak czy siak, jak to zawsze powtarzam, jeśli ktoś z Was jest gdzieś tam w Texasie i chciałby się spotkać, oprowadzić, podpowiedzieć ciekawe miejsca, może przenocować, a może tylko przejść się na spacer – piszcie :)!Podzielę się z Wami moim spostrzeżeniem na temat tego, co widzę na Facebooku, bo ostatnio aż facepalm się u mnie pojawia co chwilę. Mój profil tam służy mi głównie do utrzymywania kontaktu ze znajomymi i w sumie jedyne posty, jakie publikuję, to te na temat moich nowych notek na blogu czy tam jakieś piosenki co jakiś czas. Ale stronę główną przeglądam często, by sobie poczytać co tam ciekawego się dzieje, być na czasie, poplotkować w komentarzach, itp. Niektórzy ludzie piszą o wszystkim i w sumie to ich sprawa, jeśli chcą dzielić się tym, że przejedli się w restauracji czy że mają okropny okres danego miesiąca i umierają, pijąć herbatę cały dzień, wiadomo. Nie przeszkadza mi to ;). Ale są takie rzeczy, których nie do końca rozumiem i nie popieram. Np. ostatnio dość popularne jest codzienne dziękowanie Bogu za coś tam dobrego, co wydarzyło się w ciągu dnia. Na fejsie. Nie rozumiem, no sorry, nie rozumiem, jaki jest tego sens. Jak dla mnie, to lepsze byłoby pójście do kościoła czy tam nawet pozostanie w domu i pomodlenie się trochę, zamiast wypisywanie tego na Facebooku. Nie chcę poruszać tutaj tematu religii, więc ten wątek skończę na tym momencie. To taka jedna sytuacja, popularna ostatnimi czasy. Inna, to na przykład składanie życzeń matkom czy komukolwiek innemu z okazji Dnia Matki, Dnia Babci, kogokolwiek… nawet w sytuacji, kiedy dane osoby tego nie zobaczą, bo nie mają konta na fejsie. Albo nawet przeżywanie rocznicy śmierci różnych ludzi (nie raz bardzo bliskich), często pisząc też o szczegółach, czy zwracając się bezpośrednio do tych osób, które już nie żyją…
Z jednej strony rozumiem, że czasem ludzie mogą nie mieć kogoś, komu mogliby się wygadać, więc wykorzystują taki sposób, by to zrobić, bo wtedy czują, że mają tę grupę, która to zobaczy. Inni lubią pewnie, gdy ludzie się litują i mówią to, co oni chcieliby usłyszeć (np. pisanie postów w stylu – jestem taka beznadziejna, brzydka i nic mi się nie udaje po to, by przeczytać komentarze w rodzaju – no co ty, jesteś bardzo ładna i na pewno nie jest tak, że nic ci się nie udaje, głowa do góry!) Pewnie niektórzy z Was pomyślą – jak ci się nie podoba, to zablokuj posty i nie będziesz ich widziała. No okej, ale to też nie o to chodzi. Chodzi mi o to, że zamiast spędzać czas na włączaniu komputera, zalogowaniu się na fejsa, napisaniu posta, jak bardzo kocha się swoją matkę czy kogokolwiek, opublikowaniu go i ewentualnym czekaniu na lajki czy komentarze, lepiej byłoby zwyczajnie pójść do tej osoby i spędzić ten czas razem, pokazując jej to, czym chcieliśmy podzielić się w internecie. Poza tym, dziwi mnie to czasami, jak bardzo niektórzy otwierają swoje życie, wszystkie swoje prywatne sprawy, do innych. Tak, jakby nie było nic, co chcieliby zachować dla siebie. Zero prywatności i nie raz publiczne kłótnie, wyciągające przeróżne rodzinne sprawy na wierzch. Jeśli im to pasuje, to spoko, ale w sumie chciałabym po prostu zrozumieć, dlaczego i po co.
Co Wy myślicie na ten temat?

Generalnie jeśli chodzi o moje życie takie z dnia na dzień, to powiem tak – czas leci niesamowicie szybko. Naprawdę, to wygląda mniej więcej tak, że wstaję rano w poniedziałek na zajęcia, później raz-dwa i jest piątek! W weekend zazwyczaj coś się dzieje większego i później znowu to samo. Jednak najważniejsze jest to, że nie mam już tego uczucia, że czas przecieka mi przez palce. Mówię już, bo w Polsce tak się czułam. Tak, jakbym marnowała swój czas mimo tego, że miałam kalendarz wypełniony po brzegi. Jakby wszystko to, co robiłam, nie miało większego sensu. Tutaj tego nie ma i jestem z tego powodu bardzo zadowolona.
Za moment minie mi rok odkąd postawiłam nogę na amerykańskiej ziemi :).

Na koniec powiem Wam, co porabiałam w sobotę, bo możliwe, że pomoże to komuś, kto chciałby wybrać się do Atlanty na małe zwiedzanie.
Z tą samą znajomą, z którą lecę do Teksasu, poszłam w sobotę na wycieczkę do CNN, a w tym samym czasie Nathan z Alicią poszli na spektakl „Frozen on Ice” w Phillips Arena, która znajduje się tuż obok CNN. Jak teraz o tym myślę, to chętnie zmieniłabym wycieczkę w CNN na inny czas i poszłabym zobaczyć „Frozen” z rodzinką. Dlaczego? Ano dlatego, że nie widziałam tam niczego, czego nie widziałabym wcześniej, będąc statystką w różnego rodzaju produkcjach przez około trzy lata. Zresztą, nawet jakbym nie była, to i tak nic by mnie nie zaskoczyło. Poza tym, miałam wrażenie, że więcej było tam łażenia po schodach, niż właściwego zwiedzania, co też jest trochę bez sensu. Cena to jedyne $15, więc przynajmniej nie przepłaciłam. Zrobiłam tylko dwa zdjęcia, bo nie było nawet czego fotografować tak naprawdę. Na pierwszym widzicie pokój, w którym ludzie pracują nad newsami. Jest tam od 50 do 100 osób zazwyczaj i stworzenie jednego wydania newsów (cały tekst, oprawa, sprawdzanie błędów, itp.) zajmuje od 5 do 8 godzin, przy czym breaking news są w stanie ogarnąć nawet w 5 minut, tylko że wtedy pracuje więcej osób. To było jedno z zaledwie 4 miejsc, które widzieliśmy, przy czym drugie wyglądało tak samo, jak to na pierwszym zdjęciu, a dwa inne to bardzo małe studia, które mogłabym sobie stworzyć w domu ;). Na drugim zdjęciu zobaczyć możecie, że wnętrze CNN wygląda jak jakieś centrum handlowe czy coś. Na samym dole jest sporo restauracji, a po jednej stronie jest nawet hotel, którego okna wychodzą do środka budynku.

 

 

W naszej grupie było dwóch pewnych chłopaków i jeden z nich zapytał, skąd jesteśmy. Koleżanka powiedziała, że z Niemiec, a ja że z Polski i on wtedy powiedział, że jego kolega, który był z nim, mówi po polsku. Ja odpowiedziałam, że nie wierzę, a tamten zaczął po polsku gadać! Ja taki szok. Urodził się w Indiach, aktualnie mieszka w Gdańsku, wcześniej mieszkał w Lublinie, a w Stanach jest tylko na wakacje. Jaki ten świat mały. Normalnie jak się tak nagle przestawiłam z angielskiego na polski, to miałam wrażenie, że składałam zdania tak samo, jak i on haha
I spotkałam jeszcze jedną ciekawą postać. Tzn. ciekawą, jak ciekawą, zależy dla kogo. Niedawno wkręciłam się w The Walking Dead. Nathan pokazał mi jeden odcinek i postanowiłam zacząć od początku, bo mi się spodobało. (Nawiasem mówiąc, nagrywają to głównie w Atlancie i Senoi, a Senoia to małe miasteczko 15 minut ode mnie, całkiem spoko, ma taki fajny klimat starych miast.) No i w naszej grupie był jeden aktor z owego serialu. Fajnie, bo akurat teraz, gdy oglądam.Na koniec jakieś tam przypadkowe fotki.

Wiecie, jak to jest z kotami, nie? Wyobraźcie sobie sytuację, że na środku
naprawdę dużego łóżka, w dodatku na kołdrze, a nie pod nią, zasypia kot.
W dodatku w takiej pozycji! Nie miałam serca, by obudzić, więc musiałam
znaleźć inny sposób :P.

 

Z jednej strony jesienny liść, a z drugiej ponad 30 stopni :).

 

Dzieło moje i Alicii :D.

 

Do następnego!
Aga

PS. Jakby ktoś był ciekawy, to informuję, że następny post stworzony przeze mnie i Nathana pojawi się tu na dniach :).
PS2. Mam już bilety na Maroon, Ne-Yo i Jasona! Ktoś chętny na Ushera w grudniu w Atlancie :)?

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram
SHARE