Wzrost, Taylor Swift, brak snu… czyli: Aga narzeka.

Jeśli ktoś nie przeczytał drugiej części postu o tym, jak poradzić sobie ze strachem, zapraszam TUTAJ. Komentarze zostawione pod tym postem nadal są bez odpowiedzi, ale na pewno je dostaniecie, jak zawsze.

***

Mam taki nastrój, że z kijem nie podchodź. Dzisiejsza notka będzie zbiorem moich żali i może być nieco dosadna, więc ciut inaczej, niż zawsze. Lojalnie ostrzegam ;).
W ogóle przedwczoraj rano wiedziałam dokładnie, co chciałam Wam tu napisać, ale tego nie zapisałam i oczywiście zapomniałam. Tak sobie siedziałam więc później wieczorem i wczoraj cały dzień i myślałam, co ja tam miałam w tej mojej głowie. I nic, zero, kompletna pustka. No trudno, jak mi się przypomni, to zapiszę w wersji roboczej i dodam następnym razem. A dzisiaj sobie chyba, najzwyczajniej w świecie, ponarzekam. W końcu, jakby mnóstwo ludzi powiedziało (a i ja tak czasem mówię), taka mentalność Polaków…

Porozmawiajmy o wzroście.
Czytam sobie czasem te typowe strony internetowe z plotkami, itp. Jedną z nich jest Papilot, który ostatnio niesamowicie mnie zirytował, gdy dodali artykuł pt. „20 rzeczy, które zrozumie tylko wysoka kobieta” (KLIK). Ja WIEM, że im chodzi o to, żeby nabijać sobie wejścia, więc im więcej oburzonych ludzi, tym lepiej. I możecie mówić, że mogę nie zwracać uwagi… Ale jednak no sory, nie mogę, no nie mogę. Jak czytam głupoty w stylu: „nie możesz nosić butów na bardzo wysokim obcasie”, „…wyglądasz dziwnie”, „mężczyźni nie wiedzą, jak obchodzić się z tak nieporęcznym ciałem”, „…jesteś wybrykiem natury” albo, to mój osobisty faworyt, „wolałabyś być grubsza i brzydsza, byle tylko ktoś odjął ci parę centymetrów”. I później komentarze, z którymi co prawda w większości się zgadzam, ale duża część pisana była przez dziewczyny o wzroście ok. 170-175cm, co jednak niczym niezwykłym nie jest.
Kurna, są rzeczy, na które człowiek nie ma najmniejszego wpływu. Nie możemy mieć wpływu na to, jaki kolor oczu będziemy mieli po urodzeniu, z jakim kolorem włosów się urodziny, ile palców u rąk będziemy mieli. Oczywiście kolor oczu możemy zmienić zakładając soczewki, włosy można pofarbować, a palca można sobie odciąć w razie, gdyby miało się ich sześć. Istnieją jednak takie rzeczy, których zmienić się zwyczajnie nie da. Jedną z nich jest właśnie nasz wzrost. Oczywiście, jeśli ktoś jest niski, to może sobie dodać centrymetrów, gdy czuje taką potrzebę. Jeśli ktoś jest wysoki, to może sobie dodać, ale odjąć już nie, więc zawsze będzie wysoki. Czy to naprawdę musi być powód, by się wyśmiewać z ludzi, którzy wyglądają nieco inaczej, niż większość na ulicach oraz mówić im, co mogą nosić, a czego nie? Jak dla mnie, to czasem zachodzi tu o lekką dyskryminację. Wydaje mi się, że nie powinno tak być i jest to bardzo nie fair według mnie. Tym bardziej, że ci, którzy nie mają jakiegoś wysokiego mniemania o sobie, mogą się naprawdę zdołować. Nawet na mnie nadal to działa w jakiś tam sposób, chociaż o wiele, wiele mniej, niż jeszcze kilka lat temu.
To wszystko polega na tym, że człowiek sam nie wymyśli sobie tego, że wygląda „dziwnie”. Wszystko zaczyna się wtedy, gdy usłyszymy to po raz pierwszy od kogoś innego lub kiedy zobaczymy, że ci inni patrzą na nas takim specyficznym wzrokiem. Wtedy powstają myśli typu „czy coś jest ze mną nie tak, że tak się na mnie gapią?” Już w szkole podstawowej byłam najwyższa w klasie i doskonale pamiętam, że jedna z nauczycielek, nie pamiętając mojego imienia, nazywała mnie po prostu, cytuję: „ta wielka z 2b”. Serio? SERIO? Może to nie brzmi jakoś strasznie dla Was, ale ja, będąc w tej drugiej klasie, czułam się zwyczajnie wyśmiewana w ten sposób przez kogoś, kto raczej powinien swoich uczniów przed tym wyśmiewaniem chronić. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że miałam jakieś ciężkie dzieciństwo i lata młodzieżowe z powodu wzrostu, bo tak nie było. Wyśmiewana byłam raczej z innych powodów ;). Niemniej jednak, leciały komentarze na ten temat często. I nie tylko moi znajomi nazywali mnie „żyrafą” czy też zazwyczaj byłam stawiana na bramce, bo byłam najwyższa (mimo tego, że nie potrafiłam bronić), ale nawet na ulicy byliśmy zaczepiani i padały teksty: „o Boże, to pana córka ma dopiero 10 lat? Jaka wysoka! Niesamowite!” Mówię Wam poważnie, że takie coś odbiera się w inny sposób, niż wydaje się to osobie, która to mówi.
No i co… Wiecie, jak się strasznie stresowałam, gdy pierwszy raz założyłam buty na obcasie?! A był to obcas chyba 5cm, którego teraz w życiu bym nie włożyła (o tym później). No ale nie chcę tu jakoś się zagłębiać w to bardzo, bo notka wyszłaby mega długa (chociaż mogłabym poopowiadać, jakbyście byli ciekawi!), więc na razie powiem tylko tyle, że bardzo lubię wysokie buty. Mam trochę par szpilek i koturn, ale nie noszę ich tak często, jakbym chciała. Bez nich mam 185cm wzrostu, a moje najniższe obcasy mają 8cm, najwyższe natomiast 12. Czasem ludzie mówią, że może taki obcasik 4cm byłby lepszy… Wiecie, jakbym dziwnie wyglądała? Mój rozmiar buta to 41/42, a przy wysokich szpilkach czasem 40, zależy od sklepu. W 4cm obcasie moje stopy wyglądałyby jak kajaki, bez kitu. Poza tym nie podobają mi się. I kto mi zabroni nosić to, co lubię? Nikt. Bo niby dlaczego? Wzrostu sobie nie wybierałam, a komentarze typu: „taka wielka i jeszcze obcasy nosi!” (co słyszałam wiele razy) lepiej wsadzić sobie do kieszeni. Problem w tym, że bolą mnie one nawet wtedy, gdy udaję, że tak nie jest. Bo zwyczajnie chcę czuć się swobodnie nosząc to, co mi się podoba i nie stresować się tym, jak inni ludzie będą mnie odbierać. I powiem Wam, że tutaj jest to zupełnie inaczej odczuwalne, bo nikt się na mnie nie patrzy jak na idiotkę. No, chyba że dwie kobiety, które sięgały mi pod biust, a musiałam przejść bardzo blisko nich… Zjechały mnie wzrokiem z szeroko otwartymi oczami ;). Wzbudzam jednak jakieś tam zainteresowanie, ale tylko i wyłacznie w Polsce leciały jakieś głupie teksty i ten wzrok, mówiący: „ty lustra w domu nie masz!” Szkoda, wielka szkoda, że Polacy mają coś takiego w sobie, że dzień bez pojechania komuś, jest dniem straconym. I tak, generalizuję teraz, wiem. Mówię tu oczywiście o moim doświadczeniu, jak zawsze.
Na zakończenie tego tematu dodam, że teraz lubię to, jak wyglądam i podoba mi się to, że nie jestem taka, jak wszyscy, chociaż też nie uważam się za jakąś wyjątkową, bo wiem, że jest sporo dziewczyn o takim samym wzroście, a i znam kilka wyższych :). Nie spotykam ich jednak na ulicach. Słyszę natomiast wiele komplementów od różnych ludzi. I właśnie dlatego, że chodzę z wysoko podniesioną głową (ale żaden tam zadarty nos, nie, zarozumiała nie jestem!), denerwuje mnie podejście ludzi, którzy próbują zrobić wszystko, by sprawić, że zacznę chodzić wstydząc się i patrząc pod nogi, zamiast przed siebie.
Dobra, jeszcze Wam dodam, że kiedyś myślałam sobie, że facet dla mnie to musiałby mieć co najmniej 190cm wzrostu i nie mniej! Ah, jak to człowiek czasem gada głupoty! Nathan jest ciut niższy ode mnie i jakoś w ogóle nie rozpaczam z tego powodu, a i jemu nie przeszkadza to, gdy czasem włożę wyższe buty.Dobra. Koniec wywodu na ten temat. Lecimy dalej…

Ostatnio poszłam sobie do fryzjera podciąć końcówki i dziewczyna, która myła mi włosy, powiedziała: „jesteś bardzo podobna do Taylor Swift!” Ja tak na nią spojrzałam ze zdziwieniem i ona kontynuuje: „nikt ci tego wcześniej nie powiedział?” Odpowiedziałam, że ona jest pierwszą osobą, która mi to powiedziała. I tak sobie wtedy pomyślałam… no serio? Z której strony! Poniżej takie małe porównanie ;).
Ta sama dziewczyna kilka minut później zapytała: „jesteś z Niemiec?” Odpowiedziałam oczywiście, że nie i zapytałam, dlaczego tak pomyślała. Ona na to, że w sumie to nie zna niemieckiego, ale mój akcent wydawał jej się właśnie z tego kraju. Szkoda, że nie było tam żadnego Niemca, bo byśmy jej pokazali różnicę. W każdym razie, powiedziała, że ona jest Niemką! Dopytałam więc co nieco i okazało się, że jej „pra, pra dziadkowie” pochodzili z Niemiec. No to rzeczywiście Niemka pełną piersią :)!
Nie mogłam spać w nocy za bardzo i coś czuję, że zasnę na stojąco w ciągu dnia (w tym momencie jest 8pm i nie zasnęłam, chociaż było blisko). Spowodowane było to pewnie między innymi tym, że w niedzielę spałam aż do prawie 11! Nie jest to normalne w moim przypadku, bo zazwyczaj budzę się po 8. Ale wiem, że to Was nie interesuje, więc tak zejdę nieco z tematu i powiem, że wczoraj przed snem obejrzałam sobie sporo filmików na temat poprawnej polszczyzny (kanał na YouTube: „Mówiąc Inaczej”) i tak sobie pomyślałam, to jest takie prawdziwe! Wiem, że nie jestem idealna i na pewno mój polski też pozostawia trochę do życzenia, ale jednak niesamowicie irytują mnie niektóre błędy, których akurat ja nie popełniam. Zastanawiam się czasami, czy ludzie naprawdę nie znają żadnych zasad, czy po prostu jest to zwykłe niedbalstwo? Przecież naprawdę nie tak trudno przerwać pisanie na moment i zajrzeć chociażby do Google! No bo chociażby coś, co jest wszędzie – reklamy, seriale, wiadomości, gazety, itp. – czyli sposób zapisywania miesięcy. Na przykład, „4 listopad” zamiast „4 listopada”. Takie łatwe, a tak ciężko zapamiętać! Pomijam fakt nie używania wielkich liter i nie stawiania żadnych znaków interpunkcyjnych. Bardzo, bardzo ciężko się to czyta. Polskie znaki przeboleję, bo sama przez długi czas ich nie pisałam, gdy jeszcze nie wiedziałam, że mogę sobie ściągnąć polską klawiaturę ;). Są jednak takie błędy, których nie podaruję i nie obchodzi mnie, kto je popełnia. Tak to już ze mną jest i nie wiem, skąd mi się to wzięło.
A’propos błędów, chodzę sobie na te moje zajęcia tutaj i moja nauczycielka nie raz nie potrafi przeliterować jakiegoś słowa. Ma ogromną wiedzę i tego jej nie ujmuję, nie myślcie sobie, że taka jestem „hop, do przodu”! Jednak powiem Wam szczerze, że mam satysfakcję, kiedy zaczynam mówić: „przepraszam, tam jest błąd” i podaję poprawną opcję. No ale raz przeszła samą siebie, gdy męczyła się ze słowem „irritates” :). Wtedy to już mnie to nieźle rozbawiło.
Co tam jeszcze, co tam jeszcze…
Obejrzałam ostatnio trzy filmy: „12 years a slave”, „The other woman” i „The lucky one”.
Pierwszy bardzo mnie poruszył. Uważam, że ogólnie niektóre rzeczy są ciągnięcie trochę za bardzo, przez co film jest ciut za długi, ale poza tym, jest bardzo dobry. Na końcówce płakałam jak głupia. Pewnie większość z Was już to widziała, ale jeśli nie, to polecam.
Drugi to taki typowy film z Cameron Diaz „na odmóżdżenie”. Bardzo lekka, nieco głupkowata komedia, która jest idealna na te momenty, kiedy nie macie ochoty na myślenie i po prostu chcecie obejrzeć coś, co sprawi, że się uśmiechniecie. Bo, według mnie, w tym przypadku to jedynie uśmiech, a nie śmiech.
„The lucky one” to film na podstawie książki Nicholasa Sparksa, więc jeśli lubicie jego klimaty (np. „The notebook” albo „A walk to remember”), to polubicie i to. W tym filmie gra Zac Efron, ale spokojnie, zupełnie inny Efron niż ten w „High School Musical” ;). Mnie się podobało i oczywiście też płakałam. Jak zwykle, ja to i na serialach potrafię płakać, Boże…
Macie jakieś fajne filmy, które moglibyście mi polecić? Przyjmę prawie wszystko. Nie lubię westernów, wojennych i science fiction. Reszta mile widziana, szczególnie jakieś psychologiczne, na faktach albo właśnie jakieś wyciskacze łez.Na razie to tyle, tak myślę. Na koniec dodam może jakieś foto czy coś…

Od lewej: ja ;), Cleo i goryl na lampie, którego dostałam od Alicii.

Do następnego!
Aga

PS. UWAGA, ogłoszenie! Głównie do tych, którzy mieszkają w Georgii i okolicach albo do tych, którzy chcieliby mnie odwiedzić :). Miejsca w moim stanie, które chciałabym zobaczyć to między innymi: Yellow River Park, Helen (i przy okazji Unicoi State Park), Wildwood Park, Chehaw Park i duuuużo, dużo innych… Chcę też iść na mecz baseballa w Atlancie, do High Museum of Art oraz CNN. Jakby coś, to wiecie, gdzie mnie znaleźć!
EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram