Pozegnanie z Alicia, uczelnia, upaly, ciekawostki… – czyli wszystko i nic :).

Okej, tym razem przyznaje, ze nie chcialo mi sie pisac notki. Nie jest to spowodowane tym, ze blog mi sie znudzil czy cos (NIGDY!), ale tym, ze jak sie zabieram za pisanie, to nagle mam milion roznych mysli w glowie i nie wiem, co ja wlasciwie chce Wam przekazac. Doszlam wiec do wniosku, ze po prostu zaczne pisac to, co mam w glowie bez zbednego zastanawiania sie nad tym, a co mi z tego wyjdzie, to sie okaze. Zobaczymy tez, ile czasu mi to zajmie. W chwili obecnej jest godz. 1:15pm. Czas: start!
Pogoda, pogoda… 
Wlasnie wrocilam ze spaceru i zapomnialam posmarowac sie kremem z filtrem. Efekt jest taki, ze niezle opalila mi sie twarz, ale to na szczescie da sie przykryc makijazem w razie potrzeby. Nie przeszkadzaloby mi to, gdyby skora na twarzy opalala mi sie jakos na brazowo czy cos, ale ona opala sie na czerwono, no to dajcie spokoj :P. Plus tego wszystkiego jest taki, ze dzisiaj byl pierwszy dzien, kiedy zapomnialam o kremie, wiec generalnie cala reszta jest opalona, ale nie spalona i, co mnie najbardziej zadziwia, nie na czerwono! Nie ma to jak amerykanskie slonce haha Ale powiem Wam szczerze, ze dopiero teraz zaczelam sobie zdawac sprawe z tego, jak tutaj wyglada lato. Wczoraj lazilam w krotkich szortach i topie bez ramiaczek, a gdy powiedzialam: „dobrze, ze wieje, bo bez tego byloby mi za goraco”, w odpowiedzi uslyszalam: „Aga, to dopiero kwiecien!”.
Kurs czas zaczac!
Pojechalam sie ogarnac ze szkola ostatnio, no bo zobaczcie, ze minelo mi piec miesiecy, a jeszcze nie zaczelam kursu… Jak juz wspominalam, nie znalazlam niczego szczegolnie ciekawego, wiec w koncu stanelo na angielskim, no trudno. Pare dni temu pojechalam na test, ale babka powiedziala, ze nie bedzie go ze mna przeprowadzac, bo slyszy, na jakim poziomie jestem i to nie ma sensu. Fajnie, tyle ze zaczely sie lekkie schody… Bede przedluzac program na kolejny rok, co oznacza, ze papierek potwierdzajacy zakonczenie kursu musze miec zlozony do 1 pazdziernika (pelny rok w Stanach minie mi 4 listopada). Jakbym chciala chodzic na regularny kurs 2 razy w tygodniu po 3 godziny, malo prawdopodobne byloby to, ze wyrobilabym sie przed terminem. Spowodowane jest to tym, ze w miedzyczasie dochodzi przerwa letnia i kobiety tam nie wiedzialy jeszcze, ile ona potrwa, poza tym zawsze zdarzaja sie jakies losowe wolne dni, czy moje podroze, czy cos. Generalnie zebrac trzeba 72 godziny, ale przepisy mowia, ze trzeba byc obecnym na 80% zajec, co daje 60 godzin czy cos takiego. Nie wiem, czy tak jest wszedzie, czy nie. Siedzialam wiec obok niej i obie zastanawialysmy sie, co z tym zrobic, zeby miec pewnosc, ze wyrobie sie ze wszystkimi godzinami. Bardzo mi pomogla, naprawde. Wpadlam na pomysl polaczenia jakichs dwoch kursow. Ona troche pomyslala, pogadala z kolezanka i stanelo na tym: bede chodzic cztery razy w tygodniu, od poniedzialku do czwartku, na 3 godziny dziennie. W poniedzialek i srode bede miala zajecia z kultury i historii Ameryki, polaczone z jakims tam prawem lekko, ogolnie przepisami tutaj i tym, jak wygladaja procedury zwiazane ze zdobyciem obywatelstwa, itp. We wtorki i czwartki sa zajecia z podstawowego angielskiego, na ktorym umarlabym z nudow, wiec bede sobie tam chodzic i wpisywac sie na liste, ale zamiast uczyc sie podstawowych zasad gramatyki, bede korzystala z kursow online – TOEFL oraz GED – czyli kursy, przygotowujace do egzaminow na studia, itp., na wyzszym poziomie. Pasuje mi to! Tym bardziej, ze bylo z tym troche kombinowania z jej strony. Jestem wiec wdzieczna, ze wymyslila cos takiego. Jak dobrze pojdzie, to bede to miala z glowy na poczatku czerwca.
I tak, wiem, ze moglam sobie wybrac jakis kurs wyjazdowy, weekendowy, i miec z glowy wszystkie potrzebne kredyty… Nie chcialam jednak ;). Wole to.
Alicia w Chinach
Ostatnio nie czuje sie najlepiej, jakies oslabienie mnie dopadlo czy cos, nie wiem. Dlatego tez ciesze sie w sumie, ze Alicia wyjechala na te nieco ponad dwa tygodnie, bo moglam sie troche polenic przez ten czas. Nawet Margie sobie wyjechala dzien po niej do swojej rodziny na Floryde i wraca dopiero dzisiaj poznym wieczorem. Nathan leci jutro do Chin odebrac Mala i beda tu w czwartek kolo poludnia.
Powiem Wam, ze strasznie ciezko bylo sie pozegnac z Alicia, bo ona strasznie przezywala ten wyjazd. Oczywiscie jest to normalne i nie wydaje mi sie, zeby to bylo komfortowe nawet dla starszych osob. Wyobrazcie sobie, ze spedzacie 20 godzin w samolocie z matka, z ktora nie uklada Wam sie najlepiej. Ladujecie w zupelnie obcym kraju, ktorego jezykiem nie umiecie sie w ogole poslugiwac. Poznajecie mnostwo ludzi z rodziny, z ktorymi nawet porozmawiac nie mozecie, bo oni nie mowia po angielsku. Jedyne, co moga zrobic, to zaglaskac Was na smierc, czego Wy naprawde nie lubicie. Wasi najblizsi sa natomiast strasznie daleko i nawet polaczenia na Skype strasznie przerywaja. I wyobrazcie sobie, ze w takiej sytuacji zostala postawiona 4-letnia dziewczynka…
Dzien przed wylotem pojechala do matki, zeby sie tam u niej spakowac i w ogole, poza tym musialy wstac rano na samolot. Juz wtedy plakala chyba z godzine, a jak odwiezlismy ja do domu tej kobiety, to siedzielismy w aucie z pol godziny, zanim Alicia zdecydowala, ze to czas, by zadzwonic do drzwi. Ile razy slyszelismy teksty typu: „bede za wami strasznie tesknic, bardzo was kocham, opiekujcie sie Cleo (kot) i moja rybka, bede dzwonic!”, to nie zlicze… Nastepnego dnia Nathan pojechal po nie rano, zeby je odwiezc na lotnisko i po drodze wpadl jeszcze tutaj, bo Alicii strasznie na tym zalezalo. Znowu jedna wielka rozpacz… Powiedzialam, ze mam cos dla niej, zlapala mnie za reke i poszlysmy do mojego pokoju. Dalam jej kartke, ktora zrobilam na szybko. Napisalam, ze mam nadzieje, ze bedzie sie dobrze bawic, ze ja kocham i bede tesknic. Jak jej to czytalam, to tak sie poplakala znowu, ze masakra, po czym przytulila mnie i, wychodzac juz pozniej z domu, powiedziala do mnie: „you’re special!”. Mega fajne to bylo!
Ogolnie ciezka sprawa, nie bylo latwo patrzec na nia w takim stanie, samej chcialo mi sie plakac, gdy ja widzialam. Ale z drugiej strony wiem, ze ona jest naprawde silna, mimo jej wieku. Jak rozmawialysmy przedwczoraj, to powiedziala, ze fajnie spedza czas, wiec kamien z serca :). Dodala, ze nie moze za bardzo bawic sie z dziecmi, bo nikogo nie rozumie i oni jej nie rozumieja, ale generalnie ona jest czasem samowystarczalna, co w tej sytuacji jest ogromnym plusem.
Aga kucharzy…
Zrobilam ostatnio tarte z owocami i taka dobra mi wyszla! Az bylam z siebie dumna, a i Nathan byl zachwycony, wiadomo. Ja to nie jestem zbyt dobra kucharka, mam takie wrazenie. Potrafie zrobic pare rzeczy, ale jak sie biore za pieczenie czegokolwiek, to jest katastrofa zazwyczaj. Zawsze, ZAWSZE cos wychodzi nie tak. Strasznie jest to irytujace, bo robie wszystko dokladnie tak, jak w przepisach, a cos sie zawsze psuje. Nie motywuje mnie to w ogole do dalszych prob. Coz, nie kazdy urodzil sie ze zdolnosciami kucharskimi ;P. Rozpaczac z tego powodu nie bede raczej.
Alabama i Mississippi
Wspominalam Wam ostatnio, ze odwiedzilismy dwa kolejne stany. Tym razem padlo na Birmingham w Alabamie oraz Tupelo w Mississippi. Generalnie nie mam zadnych ciekawostek ani zdjec, bo nie byly to jakos mega ciekawe miejsca. W Birmingham na pewno znalazloby sie troche rzeczy do zrobienia, ale nie za bardzo byl na to czas. Bede tam jednak w czerwcu jeszcze raz za sprawa koncertu Marsa, wiec moze wtedy. Tupelo natomiast to lekka wioska :D, ale jakze stworzona dla fanow Elvisa Presley’a! To wlasnie tam sie urodzil i wszedzie, doslownie wszedzie o tym informuja. Sa tez oczywiscie specjalne wycieczki do jego domu, muzea, itp., a w restauracjach na scianach wisza jego zdjecia czy plyty… Takze jesli jestescie fanami, to nie mozecie tego przegapic! Ja fanka nie jestem i nigdy nie bylam, wiec patrzylam na to wszystko z lekkim przymruzeniem oka.Spotkanie OFC z Filipem
Co tam jeszcze ciekawego… 28 czerwca odbedzie sie kolejne, piate juz spotkanie fanclubu Filipa z fanami w Warszawie. Zajmuje sie jego organizacja na odleglosc i az mnie sciska, ze mnie tam nie bedzie. Bo wiecie co, za Polska w ogole nie tesknie i nie czuje najmniejszej potrzeby leciec tam. Ale troche sie obawiam, ze cos bedzie nie tak, cos nie wyjdzie, czy cokolwiek… A za rok nie bede mogla leciec na 10000%, bo jak przedluzamy pobyt, to musimy odnawiac wize na wlasna reke, jesli chcemy wyjezdzac za granice Stanow. Postanowilam jednak nie leciec, bo zwyczajnie szkoda mi kasy… Wole ja przeznaczyc na podrozowanie tutaj, niz na lot na spotkanie na jeden czy dwa dni. Bez sensu, a dluzej nie chce tam byc, wiec mija sie to z celem raczej. Mam wiec ogromna nadzieje, ze ludzie, ktorym ufam, zrobia wszystko, co w ich mocy, zeby wszystko wyszlo tak, jak bylo do tej pory :)).
Jakby ktos byl zainteresowany szczegolami dotyczacymi spotkania, to mozecie sobie zajrzec na strone, na ktorej wszystko wyjasnilam, czyli TUTAJ.

To chyba wszystko na dzis :). Tym razem bez zdjec, bo w chwili obecnej zwyczajnie nie mam co wrzucac. Nie zapomnialam jednak o tradycyjnej samojebce!

Pozdrowienia i do nastepnego!
Aga

PS. W chwili publikacji postu jest godzina 2:16, wiec nie ma tragedii. Godzinka, a nie dwa dni, jak poprzednim razem :D.
PS2. Jutro robie najazd na Wasze blogi!

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram
SHARE
  • Biedna Alicia, nie znam jej, ale szkoda mi, że musi przeżywać taki rzeczy 🙁
    Czytając o Tupelo pomyślałam czy planujesz jechać do Gary zobaczyć dom Michaela? albo Neverland Ranch w Kalifornii? 🙂 Ja o tym marzę i mam nadzieje, że kiedyś mi się to uda 😀

    • Wiesz co, nie myslalam o tym :). Jesli bede tam jakos, to moze sie przejade, ale specjalnie po to, by zobaczyc ten dom, to jechac jednak nie bede. Mam nadzieje, ze Tobie sie uda!

  • O fajnie, ze przedłużasz program, może się spotkamy na miejscu 🙂 hehe who knows 🙂
    Zostajesz z tą samą rodzinką?

    • No, moze! 😀 Tak, zostaje z ta sama rodzinka.

  • Ada

    Wow,podziwiam że jeszcze ogarniasz fanclub :))!
    Szkoda tej małej Alicji, to spora trauma dla takiego dzieciaczka… W każdym razie życzę powodzenia w kursach i trzymam kciuki za wytrwałość małej 🙂

    • Nie moglabym porzucic fanclubu :D.
      Dzieki! W imieniu swoim i Alicii 🙂

  • Super, że Ci się z kurasmi udało 🙂 I zazdroszczę mega pogodyy, chce juz latoo! <3

    • No, pomocne kobiety tam sa :).
      Czas szybko leci, wiec juz niedlugo!

  • ale biedna ta Alicja 🙁 mam nadzieje, ze wszystko jednak dobrze sie ulozy … Biedna malutka, serio …
    Jej, zostajesz na drugi rok! Oni Cie uwielbiaja Agus!

    haha, selfie musi byc! 😀

    • wszystko jest ok! opowiem o tym w nastepnej notce
      ahhh no wiem, wiem :))))

  • Ola

    Czytam to, kiedy od napisania notki minął rok, nie mniej jednak smutno czytać o mamie Alici i tej ciężkiej podróży, którą musiała przeżyć.
    W którymś wpisie wspomniałaś o postcrossingu, w związku z czym postanowiłam dołączyć. Świetnia sprawa 🙂

    • Aga

      Fajnie 🙂 Ja ostatnio mam przerwę, ale sporo fajnych kartech już nazbierałam.