Los Angeles, San Diego, Santa Monica i Costa Mesa, czyli Aga w Kalifornii! / Zimy poczatek… i prawie koniec.

Zaczne od tego, ze moj licznik pokazal mi, ze jestem tu juz 100 dni! Mam wrazenie, ze zlecialo jak z bicza strzelil. I nadal jest tak samo super, jak na samym poczatku, wiec chyba moge sie nazwac szczesciara :).Druga sprawa jest to, ze zmienilam wyglad na moim blogu, co zreszta nie trudno zauwazyc. Mam nadzieje, ze Wam sie podoba! Zdjecie zrobione na wzgorzach Hollywood, w tle widac spora czesc Los Angeles.

 

Inna sprawa z serii „zycie codziennie” to zdjecia, ktore mniej wiecej pokaza Wam, jaka jest teraz tutaj pogoda. TYLE SNIEGU na chodnikach i trawnikach, ze az zamkneli szkoly i generalnie prawie wszystko :). Mozecie je sobie powiekszyc, jesli chcecie, to lepiej zobaczycie. To BIALE COS na drzewach, to nie snieg, to lod. Smiesznie wygladaja te mocno zielone liscie na niektorych drzewach, calkowicie pokryte lodem. Wlasnie wrocilam ze spaceru, bo ciekawa bylam, jak to wszystko wyglada na zywo i jesli chodzi o ulice, to nie ma tragedii, tzn. ja sie nie poslizgnelam ani razu i auta tez sie nie slizgaja raczej (widzialam tylko jedno), ale faktem jest, ze balabym sie jechac gdzies dalej bez opon zimowych. A dodatkowa ciekawostka niech bedzie fakt, ze taki „lodowy sztorm” byl tu ostatni raz w 2005 roku! Ale no przeciez to jest takie oczywiste – Agnieszka przyleciala, to od razu pogoda musi byc nie tak :D. Nie wiem, czy los chcial, zebym poczula sie jak w Polsce, czy co? Tak czy siak, nie potrwa to dlugo, wiec przynajmniej tyle. Temperatura w tym momencie to -1st.C.
Caly czas gadam o pogodzie, WIEM, ale to dlatego, ze tutaj ludzie caly czas o tym mowia i juz mi sie udziela. Poza tym zgadzam sie z tym, co napisaliscie w komentarzach, ze to naprawde super, ze ludzie tutaj sa tak poinformowani o wszystkim, bo nikt nigdy nie jest niczym zaskoczony (no, moze troche tym, ze ogolnie spadl ten snieg, ale wiecie, o co chodzi) i jesli naprawde mialby nadejsc jakis masakryczny sztorm i domy przykryte bylyby sniegiem po dachy, to przynajmniej wszyscy zdazyliby sie przygotowac do tego. A nie tak, jak w Polsce – co rok, doslownie co rok czytam artykuly pt. „zima zaskoczyla kierowcow”…

 

***

KALIFORNIA! Mam 8 notek w wersji roboczych, ktore czekaja na publikacje od dluzszego czasu, ale jakos wydaje mi sie, ze temat, ktory teraz porusze, stoi tu zdecydowanie najwyzej w hierarchii, bo spelnilo sie jedno z moich najwiekszych marzen. Kolejne zreszta – tutaj to jakos szybko leci, chociaz w sumie nigdy nie mialam z tym jakiegos problemu. Podziele tez trzy stany na trzy oddzielne notki, bo w jednej byloby wszystkiego zdecydowanie za duzo.

Nasz poczatkowy plan wojazy kalifornijskich wskazywal: Los Angeles, San Diego, Santa Monica, Santa Barbara oraz San Francisco. W czasie pobytu tam plany sie troche zmienily i zrezygnowalismy z Santa Barbara (bo nie az tak wazne) i San Francisco (az 6,5h drogi autem z LA – tu bylam troche zawiedziona) na rzecz Las Vegas (4h drogi z LA i wiecej do zobaczenia) i Wielkiego Kanionu (2,5h drogi z Vegas i nawet Nathan tam nie byl nigdy wczesniej). Mielismy tez ambitne plany zahaczenia o Tijuane, ktora znajduje sie tuz przy granicy amerykansko-meksykanskiej i z San Diego jechalibysmy tam tylko pol godziny pewnie, ale tutaj to juz przecenilismy swoje mozliwosci w kwestii nie spania i zmieniania sie za kierownica, wiec zrezygnowalismy z tego miejsca calkowicie i przypadkiem zawitalismy do Barstow, czyli miasteczka pomiedzy Vegas a San Diego, by sie przespac. To sprawilo, ze nie pojechalismy do Tijuany – nie starczylo czasu.

Naszym pierwszym przystankiem bylo San Diego i trzy dni spedzone tam w zwiazku z pewnymi konferencjami, ale o tym opowiem Wam w oddzielnej notce, bo to dluzsza i bardziej skomplikowana sprawa. Pogoda byla naprawde fajna. Nie bylo jakichs upalow, ale bylo na tyle cieplo, zeby chodzic w koszulce z krotkim rekawem.

 

 

 

 

Jednym z naszych celow w San Diego, bylo ZOO, podobno znane na swiecie. W sumie nie wiem, ZOO jak ZOO. Ja zawsze czekam tylko na moment, kiedy bede mogla zobaczyc malpki, bo to zdecydowanie moje ulubione zwierzeta. Alicia zachwycala sie wszystkim po kolei, a Nathanowi najbardziej podobal sie tygrys.

 

 

Odwiedzilismy tez Coronado Island, czyli jedno z bardziej popularnych, wakacyjnych kurortow…

 

 

 

 

Wszystko tam mi sie podobalo! Wszystkie widoki, pogoda, ludzie, jedzenie… WSZYSTKO. Lazilam podekscytowana non stop, bo jakos naprawde ciezko mi bylo uwierzyc w to wszystko. Tyle czasu marzylam o tym, zeby poleciec do Kalifornii i zobaczyc te miejsca, ktore od zawsze chcialam zobaczyc, ze nie dowierzalam, ze udalo sie to tak szybko po moim przylocie do Stanow. I to w dodatku za darmo, bo jak jezdzimy gdzies w trojke, to za wszystko placi Host. Najbardziej te nutke ekscytacji czulam, gdy jechalismy do Los Angeles. Myslalam sobie, ze Boze, jakie to jest niesamowite, ze siedze w aucie do LA! No po prostu… Unbelievable.

Pierwszym przystankiem bylo muzeum figur woskowych Madame Tussauds. Alicia byla mega zachwycona tymi wszystkimi ludzmi i nie dowierzala, ze oni nie sa prawdziwi. Tak, dwie godziny czasu w LA spedzilam w muzeum figur woskowych, wiem. Ale co z tego. Sama bylam pod wrazeniem tego, jak prawdziwie te figury wygladaja.

 

 

 

 

 

 

Po dodaniu tego zdjecia na fejsa, niektorzy moi znajomi oszaleli :D. Takze teraz informuje – nie, to nie jest prawdziwy Jim. To jego figura woskowa. W sumie nie spodziewalam sie, ze ktos pomysli, ze on jest prawdziwy, ale z drugiej strony mialam lekki ubaw, sory :)).

Pozniej oczywiscie spacer po Hollywood Boulevard. Bylo tam mnostwo roznych sklepikow z pamiatkami, wiadomo. Poza tym dziesiatki ludzi przebranych za rozne gwiazdy filmowe czy tez bajkowe, zbierajacych kase za zdjecia. Widzialam dokladnie to, czego sie spodziewalam, czyli milion swiatel, ogromna ilosc ludzi, halas, itp. Tak, lubie to :).

 

Kolejnym punktem, jesli chodzi o Los Angeles, byly wzgorza Hollywood. Pojechalismy do Runyon Canyon Park, z ktorego rozposciera sie widok na cale miasto. To bylo dopiero… WOW. Jak usiadlam na lawce na samej gorze, tak siedzialam dobre kilka minut i gapilam sie przed siebie. Wlasnie z tego miejsca pochodzi to zdjecie w naglowku. Wedlug mnie widok zapiera dech w piersiach. Widok, ktory do tej pory widzialam na tylu roznych zdjeciach i w tylu filmach… OMG.

 

 

 

 

Korzystajac z okazji, ze zawitalismy w tamto miejsce, przy okazji wpadlismy tez do domu Jima. Tzn. nie do konca do domu… Raczej powiedzialabym, ze pod dom. A dokladniej pod ogrodzenie. Jedyne tak wysokie ogrodzenie, ze nie bylo widac domu. ALE!!! BYLAM TAM. Tyle lat uwielbiac kogos i wzdychac do telewizora tysiace kilometrow dalej, a tu nagle znalezc sie pod domem… No wezcie, to jest dopiero niesamowite. A jak sobie pomyslalam, ze moze on akurat wtedy byl w domu, to juz w ogole… Wracajac, uraczeni zostalismy widokiem zachodu slonca.

 

Na mojej liscie rzeczy do zobaczenia nie moglo oczywiscie zabraknac Beverly Hills i Rodeo Drive na czele. Nawet sobie nie zdajecie sprawy z tego, ilu tam bylo Azjatow! Ja wiem, ze oni sa wszedzie, ale tam to az do przesady, bo nagle poczulam sie dziwnie… inna :P. Sama okolica to same ekskluzywne, mega drogie sklepy…

 

 

Pewnego dnia pojechalismy do Six Flags Magic Mountain! Tym razem bez Alicii, bo ona nie moglaby na nic wejsc, poza tym nawet, jakby mogla, to by sie bala. Rollercoastery to cos, co ja uwieeeeelbiam! Ta adrenalina, przerazenie na poczatku i usmiech na koncu – SUPER. Jeden z nich byl jedynym stojacym, o jakim slyszalam. To znaczy, ludzie mieli pod posladkami takie male siedzonko, jak na rowerach, a nogi byly wyprostowane i stopy dotykaly podlogi. To bylo super, serio. W ogole wszystko tam bylo super.

 

 

 

Widzicie wielkosc tych lodow?! A to byl rozmiar „sredni”.

 

Kolejnego dnia wrocilismy na wzgorza, tyle ze tym razem z drugiej strony, zeby zobaczyc znak Hollywood. Nazwa miejsca, to Canyon Lake i jest to najlepsze i najblizsze miejsce, z ktorego zobaczyc mozna znak.

 

Wracajac, zahaczylismy o Universal City Overlook, z ktorego zobaczyc mozna LA z troche innej strony. Bylismy tam, jak juz bylo ciemno, co bylo kolejnym genialnym punktem wycieczki. Szkoda, ze zdjecia z telefonu nie oddaja tego, no ale… To trzeba zobaczyc na zywo, wiadomo. A jak ktos uwielbia widok miasta noca, jak ja, to juz w ogole bylby zachwycony.

 

Bylismy tez w Santa Monica. Odwiedzilismy molo, na ktorym jest maly park rozrywki i Alicia miala ubaw. Gdy ona i Nathan jezdzili na karuzelach, ja poszlam na spacer po plazy. Podszedl do mnie jakis Amerykanin, ktory zapytal czy jestem Niemka. Odpowiedzialam mu pytaniem, dlaczego tak mysli, a on na to „bo jestes wysoka blondynka”. Coz, chyba nigdy nie widzial Niemek ;).
Tego dnia nie bylo jakos bardzo cieplo, bo wial spory wiatr. Chodzilam sobie w sweterku i bylo mi chlodno. Przypuszczam, ze woda nie nalezala do najcieplejszych, a mimo tego, co bardzo mnie szokowalo, ludzie kapali sie w oceanie. I nie to, ze mieli stroje kapielowe czy cos, tylko zwyczajnie wchodzili do wody w ciuchach, co pozniej wiazalo sie z wysychaniem na tym mega wietrze. Nie zazdroszcze.

Third Street Promenade

 

 

 

 

 

 

Koniec slynnej drogi 66, ktora zaczyna sie w Chicago, 
a konczy na Santa Monica Pier. 

Nastepnego dnia wrocilismy jeszcze na chwile do LA, zeby zobaczyc Venice Beach i Muscle Beach. Koniecznie chcialam zobaczyc te miejsca, bo po pierwsze ludzie pisali o nich na kazdej stronie z tytulem „co zobaczyc w Los Angeles”, a po drugie te miejsca widzialam w milionach roznych klipow muzycznych. Dwa pierwsze z brzegu – LMFAO „Sexy and I know it” – KLIK – oraz Danny „Todo el mundo” – KLIK. Przechodzac promenada, jakis koles podszedl do nas i powiedzial, ze widzi nas w kadrze… Okazalo sie, ze cos nagrywali, ale nie mam pojecia, co to bylo.

Jesli chodzi o reszte widokow, to na trawie przy plazy bylo bardzo duzo bezdomnych i ludzi zarabiajacych na rysowaniu obrazkow na szkle czy tez na robieniu roznych wisiorkow. Jednoczesnie bylo tam bardzo czysto, co zapewne spowodowane jest tym, ze w Ameryce, a przynajmniej w Georgii i Kalifornii, bo tylko w tych dwoch miejscach zwrocilam na to uwage, sa bardzo wysokie kary za smiecenie.

Muscle Beach

 

Znany mi bardzo dobrze kolorowy mur w oddali :).

 

 

 

 

Jesli chodzi o sam pobyt w Kalifornii, to wiekszosc czasu spalismy w Costa Mesa, godzine drogi od LA na poludnie. Zahaczylismy wiec o polwysep Balboa, gdzie wynajelismy lodke i wybralismy sie na przejazdzke po zatoce. Alicia bardzo lubi bawic sie w piratow, wiec dla niej to byl dopiero ubaw.

 

 

 

 

Jesli chodzi o Kalifornie, to chyba tyle. Wszystkie punkty na liscie odhaczone, a i kilka nawet dopisalam, wiec tym lepiej. Pozniej pojechalismy do Las Vegas, o czym opowiem w nastepnej notce…

Dzien przed wylotem do Atlanty pojechalismy nad Wielki Kanion (o tym tez pozniej) i wracalismy bardzo poznym wieczorem, do SD dojechac mielismy ok. 5 nad ranem. Wczesniej zatrzymalismy sie jeszcze, zeby cos zjesc, tym razem wybor padl na ihop, ktore to miejsce uwielbiam, i ktore tym razem znajdowalo sie w centrum kasyna. Na poczatku prowadzil Nathan i w polowie drogi mielismy sie zmienic i w koncu zrezygnowalismy z San Diego i mielismy jechac prosto do Tijuany. Niestety nagle strasznie zachcialo mi sie spac, ze zwyczajnie zasnelam w tym aucie i po jakims czasie zostalam obudzona i Nathan zapytal czy moze lepszym wyjsciem, wedlug mnie, byloby przespanie sie w Barstow, bo on tez juz nie moze dalej jechac, i po prostu zrezygnowanie z Tijuany. Nie bylo czasu, bo samolot mielismy o 13:50. Zdecydowalismy sie wiec na to wlasnie wyjscie, a do Meksyku na pewno jeszcze pojade :).

Tak, JARAM SIE maksymalnie i nic na to nie poradze, poza tym w ogole sie tego nie wstydze :). Teraz jest najlepszy czas mojego zycia i mowie to z cala swiadomoscia moich slow.

Pozdrowienia!
Aga

EMAIL
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram